Newsletter

Zostaw E-mail, a będziemy cię informować o nowościach na stronie.

Imię:

Nazwisko:

E-mail:

Archive for Listopad, 2009:

Prezes, Premier czy Komisarz?

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 26 lis 2009 }
Kategoria : PUBLICYSTYKA

Jerzy Bielewicz

Prezes Pekao SA, Jan Krzysztof Bielecki złożył rezygnację. W piątek na antenie Polsatu mówiłem o złych wynikach Pekao, utracie przez bank udziału w rynkach, a przede wszystkim o groźnej sytuacji, gdy wpływowy polityk kieruje jednocześnie znaczącym bankiem w Polsce. Wczoraj, Rada Nadzorcza po dwóch dniach obrad przyjęła rezygnację Prezesa. Jego następcy (lub następczyni) należy życzyć by zrezygnowała ze strategii konfrontacji oraz arogancji wobec akcjonariuszy mniejszościowych i klientów. By politykę i media pozostawiono samym sobie. A bank zadbał o swoje wyniki, płynność i pozycję w Grupie Unicredit.

Tymczasem, co zamierza Pan Bielecki? Między bajki należy włożyć plotki o Bieleckim jako Premierze. Nawet domniemanie takiej dla niego roli mogłoby zaważyć na decyzjach wyborców podczas wyborów prezydenckich na niekorzyść kandydata PO. Nierealne też jest stanowisko Komisarza d/s Gospodarki w Unii Europejskiej. Choćby z prostego powodu, że włoski właściciel Pekao zrobi wszystko by tak się nie stało. Oznaczałoby to bowiem, iż pytania co do profesjonalizmu Komisarza stawiane  byłyby tym razem na forum Unii. Nie bez znaczenia są też zarzuty przedstawiane przez Stowarzyszenie Przejrzysty Rynek o naruszanie przez Unicredit zasad konkurencji w Unii.

Wg naszych źródeł, zarezerwowano Bieleckiemu prezesurę największego banku w Polsce PKO BP. Ciągle Prezes miałby wykorzystać pozyskany niedawno kapitał (5 miliardów złotych) na budowę grupy finansowej z PZU i BZ WBK. Choć plany takie idą pod prąd trendom i przekonaniom w sektorze bankowym, wg których duże instytucje finansowe należy raczej dzielić, a już na pewno separować ubezpieczenia od działalności bankowej. W Polsce jednak wszystko jest możliwe…  Nowa Prezesura Bieleckiego jest prawdopodobna ze względu na bezwolną i słabą pozycję KNF jako nadzorcy nad sektorem bankowym. Warto przypomnieć, że KNF nie zajęła się poważnymi zarzutami akcjonariuszy dotyczącymi tzw. Projektu Chopin, przeprowadzonemu w ramach Grupy Unicredit. Nie zajęła też oficjalnego stanowiska w sprawie wypłaty nadmiernej dywidendy z Pekao SA, przekraczającej zysk netto banku, pomimo, że bank zignorował Komisję i nie uzyskał jej zgody wymaganej prawem na tak znaczną wypłatę. Pozycję KNF osłabiają toczące się w sprawie/przeciwko jej urzędnikom śledztwa prokuratorskie.

Stowarzyszenie Przejrzysty Rynek zamierza, jako akcjonariusz Banku PKO BP, przedsięwziąć wszelkie kroki by nie dopuścić do powtórki sytuacji, kiedy szara eminencja obecnego rządu miałaby kierować największym w Polsce bankiem. Zagrożenia dla systemu demokratycznego zdają się oczywiste.

Dodać warto, że 23 grudnia 2009 roku w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbędzie się, po dwuletniej przerwie, rozprawa w sprawie wytoczonej przez akcjonariusza banku przeciwko udzieleniu absolutorium Prezesowi Bieleckiemu za rok 2006.

 

Zapraszamy na www.unicreditshareholders.com

 

Raje podatkowe – raport specjalny.

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 25 lis 2009 }
Tags : ,
Kategoria : Książki

Autor: Lutz Winter

tłumaczenie: Krzysztof Węgrzecki RAJE PODATKOWE

Fijorr Publishing, Warszawa 2010
ISBN: 978-83-89812-61-4

Cena promocyjna 29 zł (wysylka gratis)

Unikalny raport nt. rajów podatkowych, przygotowany przez czlowieka, ktory od lat zajmuje się zawodowo  omijaniem raf systemów podatkowych Zachodu i USA, chroniąc ciężko zarobione pieniądze przedsiębiorców przed chciwością i zachłannością fiskusa. Tylko niewielu wydawców europejskich zdecydowało się wydać raport Wintera.

Pytania i uwagi: www.lutzwinter.pl

Więcej »

Triumf socjalizmu

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 23 lis 2009 }
Kategoria : PUBLICYSTYKA

Autor: Lew Rockwell (www.mises.org)

Tłumaczenie: Łukasz Buczek, Mateusz Benedyk (www.mises.pl)

Czy myślisz, że idee nie mają znaczenia, a to co ludzie myślą o sobie i o świecie, w którym żyją, nie ma żadnych konsekwencji? Jeśli tak, następujący tekst nie zaniepokoi cię ani trochę.

RedArmyVictory

Ostatni międzynarodowy sondaż BBC pokazał, że tylko 11 procent spośród 29 000 ankietowanych uważa wolny rynek za coś dobrego. Reszta wierzy w jeszcze większą regulację rządową. Jedynie mały procent światowej populacji wierzy, że kapitalizm działa dobrze a zwiększenie regulacji tylko obniży wydajność gospodarek.

Co czwarty z badanych stwierdził, że kapitalizm jest “z istoty wadliwy” (fatally flawed). We Francji wierzy w to 43% pytanych, zaś w Meksyku 38%. Większość wierzy, że rząd powinien obrabować bogatych i oddać pieniądze biednym krajom. Tylko w jednym kraju, w Turcji, większość stwierdziła, że im mniejszy poziom interwencji państwa, tym lepiej.

Kiedy większość Europejczyków i Amerykanów myśli pozytywnie o rozpadzie Związku Sowieckiego, większość ludzi w Indiach, Pakistanie, Rosji i Egipcie uważa iż było to złe. Tak, dobrze przeczytałeś: miliony wyzwolonych z socjalistycznej niewoli to zła rzecz.

Te informacje muszą dodać otuchy wszystkim, którzy marzą o karierze despoty. Jest to szokujące, bo 20 lat temu upadek socjalizmu w Rosji i wschodniej Europie pokazał, co ten system naprawdę stworzył: zacofane społeczeństwa z obywatelami, którzy wiedli krótkie i smutne życie.

Nie jest tak, że ludzie niczego się nie nauczyli, lecz zapomnieli w znacznym stopniu o własnych doświadczeniach i zakochali się w starej bajeczce o tym, że wszystko można naprawić poprzez kolektywizm i centralne planowanie.

Więcej »

Mandalay Express (I)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 15 lis 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Mandalay Express (I)

           Mandalay. Drugie co do wielkości i ważności miasto Birmy, kraju znanego też jako Burma, a ostatnio Myanmar owiane jest legendami, których ukoronowaniem – jak głoszą przewodniki po tym pięknym i niezwykłym kraju – powinien być rejs luksusowym statkiem The Road to Mandalay (Droga do Mandalay) po rzece Irawadi z Mandalay do Pagan, stolicy antycznego Imperium Myanmaru (w latach 1044 – 1286). Problem w tym, że rejs trwający cztery dni kosztuje od 3500 dolarów od osoby wzwyż. Nawet jak na tak wyjątkowy kraj, jakim jest Birma, była to dla mnie cena absurdalnie wysoka. Za dwa procent tej kwoty można dotrzeć do Pagan w 12 – 14 godzin, tyle że w mniej luksusowych warunkach. Mój stateczek, w przeciwieństwie do swego szlacheckiego rywala, był prymitywną łajbą pamiętającą czasy kolonialne i to we wczesnym ich okresie. Zresztą luksusy to nie jest sprawa, dla której należy odwiedzać Birmę. Tym bardziej, że połowa ceny biletu na The Road to Mandalay trafia i tak do kieszeni któregoś z generałów, wyjątkowo szkodliwej, złośliwej i głupiej junty rządzącej Birmą od prawie 50 lat.

 Bojkot

          Początek 2008 roku był dla Birmy jednym z najcięższych. Brakowało żywności, lekarstw, pracy, prądu elektrycznego a nawet benzyny, mimo iż Birma siedzi na ropie, a samochód wciąż stanowi przedmiot wyrafinowanego luksusu. Jakby tych nieszczęść było mało, prawie cały rok 2007 rok panowała susza. Nadchodzące zbiory ryżu nie zapowiadały zmiany na lepsze. Głód dotknął nawet mnichów buddyjskich, którzy przecież jedzą niewiele. Na ulice Rangunu, Mandalay, Bago wylegli żebracy, każdego ranka służby porządkowe zbierały ciała ludzi zmarłych z głodu i wycieńczenia. Po kolejnych groźbach uwięzienia noblistki i najbardziej znanej przeciwniczki rządu wojskowych, Aung San Suu Kyi, którą dotąd przetrzymywano w arszcie domowym, nawet tolerancyjne wobec generałów Chiny ograniczyły do minimum pomoc humanitarną. Nasilił się bojkot Birmy na arenie międzynarodowej, którego dokuczliwym skutkiem był prawie kompletny brak turystów. Zamarła współpraca gospodarcza z zagranicą. Cudzoziemcy przestali Birmę odwiedzać, dając tym po części wyraz oburzeniu, po części obawie o własne bezpieczeństwo. Reżym w kraju buddyjskim, który nie waha się prześladować „posłańców bogów”, najbardziej podziwianych, szanowanych i kochanych obywateli kraju nie zawaha się stosować represji wobec przybyszów zagranicznych. Zresztą niechęć była obopólna. Junta zaostrzyła wymagania wizowe, nasilając równocześnie kampanię wymierzoną w dyskryminujący ją Zachód.

      W rezultacie takiej polityki, bankrutowały biura podróży, restauracje, a nawet firmy jubilerskie i fabryki mebli, sztandarowe branże przemysłowe Birmy. Reprezentacyjne hotele stolicy, pięciogwiazdkowe Governor’s Residence i Summit Parkview, u podnóża kapiącej złotem pagody Szwe Dagon, mimo obniżki ceny do poziomu „trzech gwiazd”, świeciły pustkami. W Boeingu 737 linii Bangkok Airways, którym przyleciałem ze stolicy Tajlandii leciało osiem osób; małżeństwo brytyjskich dyplomatów pracujących  w Rangunie, czterech mnichów buddyjskich z Kambodży, lecących do Mandalay na kongres teologiczny, jakiś oficjał tajlandzki i niżej podpisany. Zresztą nie lepiej było kilka dni później w czasie lotu ze stolicy do Mandalay.

Więcej »

Podatek od ludzkiej życzliwości

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 09 lis 2009 }
Kategoria : PUBLICYSTYKA

      Polska ustawa podatkowa jest nie tylko sprzeczna z elementarnymi zasadami ekonomii, ale wręcz absurdalna, nieludzka i chyba też niezgodna z konstytucją kraju.

      Oto przed paroma tygodniami obiegła prasę obiegła informacja o tym, że – zgodnie z obowiązującymi przepisami o podatku dochodowym – fiskus ma prawo domagać się podatku nawet od drobnych przysług sąsiedzkich, takich jak pomoc przy opiece nad dzieckiem, przy przeprowadzce, czy naprawie samochodu. Władze skarbowe uznały, że każda korzyść – czy to pieniężna czy nie – osiągnięta przez podatnika stanowi dochód, który należy opodatkować.

Podatek od alternatywy

      Formalnie urzędnicy skarbówki mają rację. W Wikipedii, pod hasłem „dochód” podano, że jest to „miara finansowa pożytków czerpanych z różnych źródeł”. Pomoc, darowizna, wygrana na loterii są źródłem pożytku, jeśli nawet jest on niewymierny, albo trudny do wymierzenia w jednostkach monetarnych. Jeśli sąsiad naprawi mi auto nieodpłatnie, albo jego żona popilnuje gratis dziecka wieczorem, słowem, gdy za te usługi nie zapłacę, znaczyć to może, że osiągnąłem korzyść w wysokości równej temu, ile zapłaciłbym za naprawę mechanikowi samochodowemu albo zawodowej baby sitter. Innymi słowy, państwo opodatkowuje moje zachowanie alternatywne, mimo iż do niego nie doszło. Idąc za tym tropem rozumowania należałoby nas opodatkowywać również ewentualne korzyści osiągane z rozmowy z przyjacielem, pożyczenia książki, czy zdrady małżeńskiej. Rozmowa z przyjacielem może być źródłem inspiracji owocującej udaną inwestycja; pożyczenie książki to czysta oszczędność w stosunku do alternatywy, jaką jest jej kupno, podobnie jak (pardon za dosadność) stosunek pozamałżeński z żoną sąsiada, którego alternatywą jest np. płatna miłość.

Więcej »

Kongo (II)

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 05 lis 2009 }
Tags : , ,
Kategoria : MOJE PODRÓŻE

Kompleksy

 

        Kongo, zwłaszcza wschodnia jego część to dziś jeden z najmniej bezpiecznych obszarów na Ziemi. Nie jest tam, co prawda, tak groźnie jak w Somalii czy Darfurze, choć kto wie.  Opowiadał mi w czasie lotu z Kigali do Entebbe belgijski dyplomata, pracujący w Mogadiszo, że w Somalii biały człowiek cieszy się respektem i, poza drobnymi kradzieżami czy postrzeleniem przez zabłąkaną kulę jakiegoś watażki, nic poważniejszego mu nie grozi. W Kongo nawet takiego szacunku ze strony miejscowych nie ma.

 

Kompleks reportera

 

        Po co więc pojechałem do kraju, w którym – poza garstką goryli w rezerwacie Virunga, jeśli ma się szczęście – niczego ciekawego obejrzeć nie można, niczego wartościowego kupić, gdzie są nawet problemy z codziennym wyżywieniem, a przy tym koszty pobytu – ze względu na drogie bilety lotnicze, brak bezpieczeństwa i inne niedogodności, które trzeba pokonywać na każdym kroku są porównywalne z tym, co by się wydało w cudownym Rzymie czy na Fiji? Wiem, co mówię. I w jednym i w drugim miejscu byłem tuż przed wyjazdem do Kongo.

      Ja do Kongo pojechałem na wojnę. Po prostu chciałem coś przeżyć. Zrobiłem to z pełną świadomością, z zabezpieczeniem, ale nie ukrywam, że ta podróż była „szukaniem guza”. Dlaczego? Aby leczyć się z kompleksu.

     Nigdy nie byłem korespondentem wojennym. Facetem z dużą ilością adrenaliny i charakteru, który nie waha się pakować na linię strzału jakichś rozjuszonych rebeliantów z Timoru Wschodniego, czy talibów z Pakistanu. Który każdego dnia, tygodnia, ba, godziny ryzykując życie, niewygody i cierpienia przebija się przez linie wroga, żeby móc na żywo przekazać jakiś szczegół na temat stanu zabitych i rannych w danej potyczce. Z zazdrością czytałem doniesienia korespondentów wojennych czy sprawozdawców z walki z narcotraficantes z najbardziej niedostępnych i niebezpiecznych rejonów globu. Sam nie miałem takiego „szczęścia” i, co najwyżej, koło wojny przejeżdżałem (Bośnia, Chorwacja, Salwador), handlarzy narkotyków widziałem z okna autokaru w Copocabana w Boliwii i w Tijuana (Meksyk), a świadkiem trzęsienia ziemi (Kostaryka) czy zamachu bombowego (Argentyna, 1978) stałem się przez czysty przypadek i to mimo woli.

       Chciałem więc chociaż raz uczestniczyć w takiej akcji, albo przynajmniej być w jej pobliżu. Mniej więcej rok temu byłem tuż tuż, ale w ostatniej chwili ominęła mnie („ze względu na wysokie zagrożenie utratą życia” – napisał organizator, jedna z amerykańskich organizacji dziennikarskich) „wycieczka” do Mogadiszu; do Iraku czy Afganistanu nie mam szans wyjechać, poza tym tamtejsza wojna pozbawiona jest krzty romantyzmu, w Darfurze i Erytrei nie miałem kontaktów, a z braku innych bliższych wojen, najbliższa, jaką mogłem zobaczyć z bliska, rozgrywała się w Kongo.

      Więcej »

Naiwność

{ Opublikował: Jan M. Fijor Data: 03 lis 2009 }
Kategoria : PUBLICYSTYKA

Czy prywatyzacja PGE S.A. jest okazją do zarobienia dużych pieniędzy? A jeśli tak, to dla kogo jest ta okazja i ile można na niej stracić?

Złudzenie

Na tydzień przed planowanym terminem prywatyzacji Polskiej Grupy Energetycznej S.A. wśród potencjalnych inwestorów panuje wyjątkowe ożywienie. Coraz więcej osób chce skorzystać z okazji, jaką zdaniem komentatorów rynku papierów wartościowych, stanowi debiut PGE S.A. Dowodem zainteresowania jest ogromna nadwyżka popytu (redukcja sięga 97 procent), a zwłaszcza wolumen kredytów zaciągniętych przez inwestorów na kupno akcji PGE. Wynosi on ponad 15 miliardów złotych, czyli ok. jedną trzecią wartości całej firmy. Czy to nie absurd!?
Co prawda, nikt nikomu nie zabrania pożyczania pieniędzy na kupno papierów, jednakże pożyczanie pieniędzy na zakup debiutujących akcji (czy nawet obligacji) w nadziei na szybką aprecjację jest z reguły działaniem mało roztropnym, żeby nie powiedzieć głupim. Doradcy finansowy w Stanach Zjednoczonych mają formalny obowiązek ostrzec potencjalnego inwestora przed zagrożeniem, jakie rodzi ze sobą kupowanie papierów wartościowych na kredyt. Najbezpieczniej w takim przypadku, wiem to z własnego doświadczenia, zrezygnować ze współpracy z inwestorem na kredyt. Jeśli przypadkiem jego plan szybkiego wzbogacenia nie powiedzie się, każdy sąd uzna winnym doradcę, który nie dość skutecznie wyperswadował mu tak ryzykowne postępowanie.

Więcej »