Albania — trudności komunikacyjne

Alba­nia nie cie­szy się wzię­ciem u tury­stów. Nie dość, że na liście euro­pej­skich potęg tury­stycz­nych zaj­muje ostat­nie miej­sce, to i tak gros przy­jezd­nych sta­no­wią tam albań­scy imi­granci i uchodźcy oraz tury­ści tran­zy­towi w dro­dze do Mace­do­nii, Włoch czy Gre­cji, przy­pły­wa­jący tam na pro­mach z Włoch i z Gre­cji. Alba­nia ucho­dzi ponadto za kraj dziki, nie­go­ścinny i mało bez­pieczny. Wresz­cie, zda­niem pra­wie wszyst­kich reno­mo­wa­nych prze­wod­ni­ków tury­stycz­nych, nie ma tam niczego inte­re­su­ją­cego. Dla mnie były to powody wystar­cza­jące do odwie­dzin tego kraju.

Gościnni ludzie

Na miej­sce dosta­łem się rej­sem Austrian Air­li­nes z Wied­nia, o tyle dziw­nym, że aż połowę Boeinga 737 zaj­mo­wała klasa biz­nes, a w niej…dwunastu pasa­że­rów. Mój sąsiad z pra­wej, nie­wąt­pli­wie miesz­ka­niec Bał­ka­nów, spy­tał kur­tu­azyj­nie: Do you speak English, i to było wszystko, co po angiel­sku mówił. Przez resztę drogi już tylko się do mnie uśmie­chał. Na szczę­ście po mojej lewej sie­dział izra­el­ski inży­nier, Ronen, który od dwóch lat pra­cuje w Tira­nie przy mon­tażu skom­pli­ko­wa­nych sys­te­mów łącz­no­ści sate­li­tar­nej (chyba dla NATO). Na roz­mo­wie z nim spę­dzi­łem pół­to­rej godziny mono­ton­nego lotu. Ronen o sto­licy Alba­nii wie­dział nie­wiele; że tak­sówka z lot­ni­ska do cen­trum mia­sta kosz­tuje 25 euro, że hotele są dro­gie, ludzie nie­ufni, a kuch­nia mało wyszu­kana, z wyjąt­kiem czer­wo­nego wina. Ronen wpada do pracy w ponie­dzia­łek, na week­end wraca do sie­bie, do Jero­zo­limy i tyle go to wszystko inte­re­suje. Tak mnie tym swoim bra­kiem zain­te­re­so­wa­nia do Tirany znie­chę­cił, że zde­cy­do­wa­łem pro­sto z Rinas, gdzie znaj­duje się sto­łeczne lot­ni­sko poje­chać na pół­noc, do dru­giego co do wiel­ko­ści mia­sta kraju, Shko­der. Na swój pierw­szy noc­leg wybra­łem mia­steczko, Kruje, o któ­rym opo­wia­dał mi kie­dyś Jeff, adwo­kat z Chi­cago, Albań­czyk z pocho­dze­nia. Jeff twier­dził, że jest jedy­nym praw­ni­kiem na Środ­ko­wym Zacho­dzie USA, mówią­cym w języku albań­skim. Po kilku kie­lisz­kach grappy, w przy­pły­wie szcze­ro­ści wyznał mi, że wszystko co posiada – a był, mimo swego mło­dego wieku czło­wie­kiem wyjąt­kowo zamoż­nym; jeź­dził Rol­lce Roy­cem – zawdzię­cza zna­jo­mo­ści rodzin­nego języka Matki Teresy.
Tak­sów­karz, który mnie wiózł z Rinas do Kruje, podob­nie jak klien­tela Jeffa poli­glotą nie był; umiał zapy­tać po wło­sku, czy mówię po wło­sku i liczyć po nie­miecku. Oka­zało się jed­nak, że to wystar­czy do prze­pro­wa­dze­nia pasjo­nu­ją­cej kon­wer­sa­cji. Przez pra­wie 40 minut jazdy z lot­ni­ska do śre­dnio­wiecz­nej sto­licy Alba­nii opo­wia­dał mi o pro­ble­mach z wyłą­cze­niami prądu spo­wo­do­wa­nymi bra­kiem elek­trycz­no­ści, o kło­po­tach z Koso­vem i muzuł­ma­nami, któ­rym nie chce się pra­co­wać, a nawet o nie­uczci­wych han­dla­rzach zie­mią, jakich podobno w Alba­nii nie bra­kuje. Jeden z jego krew­nych, wró­cił do kraju po 20 latach emi­gra­cji w Niem­czech, kupił piękną działkę w Domen, na połu­dnie od Dur­res, nad samym morzem, i kiedy zdo­był już wszyst­kie pozwo­le­nia na budowę hotelu oka­zało się, że na jego (jego?) działce stoi pen­sjo­nat innego albań­skiego imi­granta, tyle że ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nawet gminny geo­deta był zasko­czony, bo zgod­nie z mapą miał się tam znaj­do­wać nie­za­bu­do­wany ugór. Po krót­kim pro­ce­sie, sąd przy­znał rację Ame­ry­ka­ni­nowi, w myśl zasady: kto pierw­szy ten lep­szy. Poza tym Ame­ry­ka­nie mają w Alba­nii lep­szą renomę niż Niemcy.
Mimo braku chęt­nych ceny ziemi w Alba­nii rosną, powstają sieci biur pośred­nic­twa w Niem­czech, Wiel­kiej Bry­ta­nii i w Skan­dy­na­wii, gdzie zachwala się uroki albań­skiej riwiery, zachę­ca­jąc do kupna na niej gruntu. Trudno się zorien­to­wać, czy jest to sku­tek opty­mi­zmu, czy może kolejna próba oszustwa?

Kruje

Nie można wie­rzyć albań­skim ludziom – zda­wał się mówić tirań­ski tak­sów­karz, zosta­wia­jąc mnie po pół­nocy w zaciem­nio­nym mia­steczku, pod jedy­nym otwar­tym o tej porze hote­lem.
W hote­lo­wym holu pano­wała ciem­ność. Oparty o fra­mugę drzwi wej­ścio­wych chło­pak spał czuj­nie. Usły­szaw­szy kroki obu­dził się, spoj­rzał na mnie sze­roko otwar­tymi oczami i wybiegł w otchłań ulicy. Po chwili wró­cił, dając znaki, żebym za nim poszedł. Po kil­ku­set metrach doszli­śmy do słabo oświe­tlo­nej „Cafe”, jakich w Alba­nii są tysiące, czyli pię­cio­krot­nie wię­cej niż wynosi na nie popyt, gdzie przy sto­liku sie­dział zna­jomy tak­sów­karz i dwóch nie­ogo­lo­nych męż­czyzn. Pili wino. Na mój widok wyraź­nie się oży­wili. Tak­sów­karz z entu­zja­zmem podał mi szklankę, nalali ciem­nej, aro­ma­tycz­nej cie­czy i papie­rosa. Polaco – rzu­cił nie­dbale, jak­by­śmy byli sta­rymi zna­jo­mymi. W ślad za nim, Tiro, jak się potem oka­zało wła­ści­ciel „cafe”, wygło­sił toast po albań­sku, z któ­rego zro­zu­mia­łem tylko: „Boniek” i „Lato”. Powta­rzał go tak ze cztery butelki, wsta­jąc za każ­dym razem nie­zdar­nie i wykrzy­ku­jąc coraz bar­dziej beł­ko­tli­wie imię pew­nej Mal­go­shy z War­szawy, z którą przed laty w Gre­cji miał romans. Wzdy­chał, prze­wra­cał oczami, z jego min wywnio­sko­wa­łem, że dziew­czyna musiała być piękna. Wciąż pamię­tał kilka zwro­tów, jakimi się do niego zwra­cała: Tiro, ty skur….synu! i parę mniej cen­zu­ral­nych. Pili­śmy w mil­cze­niu, szybko, dużo przy tym paląc, jakby była do wyko­na­nia jakaś norma. Potwier­dziła się opi­nia Ronena, że kaber­net, Luaia, to bar­dzo przy­zwo­ite wino. Koło czwar­tej nad ranem tak­sów­karz zerwał się do odej­ścia, a ja, w asy­ście wła­ści­ciela hotelu do pokoju.
Rano z lek­kim bólem głowy ruszy­łem na reko­ne­sans oko­licy: bazar, świeżo zre­kon­stru­owany zamek warowny, ruiny wieży i kilka skrom­nych mecze­tów. Kruje to nie­wąt­pli­wie naj­więk­sza atrak­cja tury­styczna Alba­nii. Mia­steczko jest jed­nak bar­dziej egzo­tyczne niż inte­re­su­jące. Nie­gdyś było sto­licą kraju, jak nasz – nie przy­mie­rza­jąc – Kra­ków. Oble­cia­łem zabytki, zja­dłem berek, czyli pla­cek z fran­cu­skiego cia­sta fasze­ro­wa­nego szpi­na­kiem lub ostrym owczym serem, o boskim smaku, popi­łem nie­złym esspresso i wró­ci­łem do hotelu na poszu­ki­wa­nie Tiro. Po pół godziny dałem za wygraną – spa­ko­wa­łem ple­cak, poło­ży­łem na łóżku bank­not dwu­dzie­sto­do­la­rowy i ruszy­łem na poszu­ki­wa­nie autobusu.

Trud­no­ści transportowe

W Kruje dworca auto­bu­so­wego nie ma, podob­nie jak nie ma go w Dur­res, Shko­der (pol­ska nazwa: Szko­der), a nawet w Tira­nie. Na skrzy­żo­wa­niach dróg kotłują się dzie­siątki, a nie­kiedy setki mikro­bu­sów, cze­ka­ją­cych na pasa­że­rów. Jak oni wycho­dzą na swoje? Tym bar­dziej, że kon­ku­ren­cja jest bar­dzo silna, bo trans­port jest wyłącz­nie pry­watny, a w całym kraju koor­dy­na­cji mię­dzy fir­mami trans­por­to­wymi brak. I tak z Tirany do Dur­res na plażę jeż­dżą busiki jak osza­lałe, co trzy minuty, prze­waż­nie w poło­wie puste, a do Vlore czy Gji­ro­ka­ster na połu­dniu kraju trzeba nie­kiedy cze­kać dwie, trzy godziny i trans­portu nie zna­leźć. Chyba, że ktoś ma kasę i wynaj­mie całego busa, ale nawet przy albań­skiej kon­ku­ren­cji, jest to spory wyda­tek.
Miej­scowi ludzie zwy­kle wie­dzą, gdzie zatrzy­mują się auto­busy kur­sowe, bariera języ­kowa spra­wia jed­nak, że cudzo­ziem­cowi trudno od nich tę wie­dzę wydo­być. Po kilku pró­bach nawią­za­nia kon­taktu w jakimś chrze­ści­jań­skim języku natkną­łem się na wie­śniaka, który mnie rozu­mie i podob­nie jak ja zmie­rza do Shko­der. Na wszelki wypa­dek poka­za­łem mu na mapie, co rozu­miem po nazwą Shko­der, bo każde albań­skie mia­sto ma kilka róż­nych nazw. Przy­kła­dowo ja chcia­łem do Sko­der, on do Shko­dra, choć wciąż wymie­niał jakąś inną, trudną do wymó­wie­nia koso­vską nazwę tej miej­sco­wo­ści. Usta­li­li­śmy jed­nak, że jedziemy w to samo miej­sce.
Z cen­trum Fushe Kruje (pol­ska nazwa: Fusz Kruja), które jest dla Kruje tym, czy Nowa Huta dla Kra­kowa, poprzez labi­rynt ulic, na prze­łaj przez łąkę, prze­wod­nik pro­wa­dzi mnie do remon­to­wa­nego wia­duktu, skąd po rusz­to­wa­niach na wyso­kiej skar­pie docie­ramy do drogi. Żad­nej wiaty, ani nawet tablicy infor­ma­cyj­nej nie ma, ale on wie, że teraz wystar­czy tylko prze­sko­czyć rów dzie­lący nas od jezdni i znaj­dziemy się tam, gdzie zatrzy­muje się auto­bus do Shko­der. I rze­czy­wi­ście, w chwilę potem z piskiem opon zatrzy­muje się zde­ze­lo­wane, wypeł­nione po brzegi pasa­że­rami mer­ce­de­si­sko. W drzwiach pła­cimy za bilet; on 300 leków, ja 500 leków, (taryfa tury­styczna?) ale nie pro­te­stuję. Dwie­ście leków, to rap­tem 5 zło­tych. W PRL też cudzo­ziemcy pła­cili za wszystko wię­cej. Mówię kon­duk­to­rowi „fale­min­de­rit” (dzię­kuję) i sia­dam obok faceta z ple­ca­kiem. Przed­sta­wiamy się sobie; sąsiad na imię ma Tho­mas i jest glob­tro­te­rem z Irlan­dii. Po paru zda­niach wiem, że mia­łem od niego dużo wię­cej szczę­ścia: Tho­mas za noc­leg w Kruje zapła­cił 50 euro, winem nikt go nie poczę­sto­wał, a przy­stanku auto­busu do Shko­der szu­kał cztery godziny. Uma­wiamy się na wspólną podróż. Dzie­ląc pokój na dwóch wydamy na noc­leg o połowę mniej. Tym bar­dziej, że jak się potem okaże zna­le­zie­nie pokoju hote­lo­wego w Alba­nii to praw­dziwe wyzwanie.

Chaos

Wzdłuż naj­bar­dziej uczęsz­cza­nej w Alba­nii trasy, mię­dzy Tiraną a Shko­der, dystans nie­wiele ponad 90 km, nali­czy­łem 40 sta­cji ben­zy­no­wych, przy czym prze­rwa­łem licze­nie na 77 kilo­me­trze. Jesz­cze gęściej (mniej wię­cej co 500 metrów) pobu­do­wane są sta­cje wzdłuż drogi Tirana – Dur­res, którą Albań­czycy jeż­dżą na nad­mor­skie plaże. Więk­szość sta­cji czeka na klien­tów godzi­nami. Nie­które są bar­dzo nowo­cze­sne, kolo­rowe, posia­dają salony zabaw, kasyna, a nawet motele. Prawda obie­gowa nie­sie, że służą pra­niu pie­nię­dzy.
Po dwóch godzi­nach jazdy jeste­śmy w Shko­der. O ile z mikro­bu­sami, pali­wami ropo­po­chod­nymi i zna­le­zie­niem „cafe” pro­ble­mów nie ma, o tyle zna­le­zie­nie hotelu, nawet w tak dużym mie­ście, jak Shko­der to praw­dziwy cud. Jest począ­tek jesieni, tury­stów garstka, a nam tra­fiają się jedy­nie obskurne hote­liki na godziny. Śpi­cie w nocy – obja­śnia wła­ści­ciel o powierz­chow­no­ści han­dla­rza żywym towa­rem — na dzień zwal­nia­jąc pokój „zako­cha­nym”. Z trzech hoteli wymie­nio­nych w prze­wod­niku Lonely Pla­net jeden jest w remon­cie, dru­giego nie ma, zaś trzeci kosz­tuje pra­wie 200 euro za dobę. Rozu­miem, że za pół-gwiazdkowy hote­lik na Mont­mar­tre czy na Awen­ty­nie można zapła­cić 200 euro, ale żeby w Shko­der tyle pła­cić, to prze­sada. W końcu lituje się nad nami jakiś tak­sów­karz i w zamian za 20 euro gwa­ran­tuje zna­le­zie­nie taniego, porząd­nego noc­legu. I rze­czy­wi­ście, po kwa­dran­sie lądu­jemy w obszer­nej „kom­na­cie” po 25 euro za noc od osoby, bez łazienki, bez kli­ma­ty­za­cji, ale za to z kara­lu­chami. Jak się wkrótce okaże, tutaj też gros klien­teli sta­no­wiły „pary” na godziny. Kilka dni póź­niej w Tira­nie czeka nas ten sam los, tyle że dro­żej.
Hotel w sto­licy Alba­nii jest rary­ta­sem. Powód? Brak, tury­stów, ale i bała­gan i korup­cja. Kupie­nie ziemi jest ryzy­kowne. Uzy­ska­nie zezwo­le­nia na budowę trudne i kosz­towne. Mimo iż spo­śród 14 milio­nów Albań­czy­ków aż dzie­więć żyje poza gra­ni­cami kraju, prze­stali w nim inwe­sto­wać. Kraj opusz­czają nawet wiel­kie firmy nie­miec­kie, wło­skie czy ame­ry­kań­skie, które po odzy­ska­niu przez Alba­nię wol­no­ści budo­wały tu nowy ład. W kraju, w któ­rym rzą­dzi chaos i prze­moc jest to przed­się­wzię­cie zbyt ryzy­kowne.
Wbrew ostrze­że­niom prze­wod­nika Cook’a czy Lonely Pla­net, żeby w Alba­nii nie roz­ma­wiać o poli­tyce, Albań­czycy, jak na iro­nię, gdy tylko potra­fią się z cudzo­ziem­cem poro­zu­mieć, chcą mówić wyłącz­nie o poli­tyce.
Nevila i Anila są absol­went­kami wydziału filo­lo­gicz­nego uni­wer­sy­tetu w Shko­der, pierw­sza mówi bie­gle po wło­sku i angiel­sku, druga zna jesz­cze nie­miecki. W 1999 roku, kiedy zano­siło się na albań­ski boom inwe­sty­cyjny, otwo­rzyły agen­cję tłu­ma­czeń i porad praw­nych. Po pół roku dobrze zapo­wia­da­jący się biz­nes został prze­jęty przez ofi­cera sto­łecz­nej bez­pieki. Odwie­dził ich któ­re­goś dnia w towa­rzy­stwie dwóch mun­du­ro­wych, poka­zał drobno zapi­saną kartkę papieru, wyjął rewol­wer i kazał pod­pi­sać zrze­cze­nie się praw do firmy. Nawet nie pro­te­sto­wały. I tak miały szczę­ście, że pozwo­lił im potem u sie­bie pra­co­wać. Zwol­nił je z hukiem dopiero, gdy się dowie­dział, że są prak­ty­ku­ją­cymi ewan­ge­licz­kami. Wkrótce zresztą agen­cja upa­dła, a jej wła­ści­ciel prze­rzu­cił się na znacz­nie bar­dziej intratny han­del obu­wiem i ubra­niami w sto­licy. W podobny spo­sób, jak nie­gdyś ich agen­cję, prze­jął kilka skle­pów odzie­żo­wych w Tira­nie.
Obie dziew­czyny są bez sta­łej pracy. Do nie­dawna utrzy­my­wały się z tłu­ma­czeń dla misji ONZ w Koso­vie, odkąd jed­nak Kosovo stało się nie­za­leż­nym pań­stwem, obo­wią­zuje tam zakaz zatrud­nia­nia Alba­nek. Naj­chęt­niej by wyemi­gro­wały, for­mal­nie jed­nak Alba­nia jest kra­jem demo­kra­tycz­nym i nikt im sta­tusu uchodźcy nie udzieli. Podob­nie jak Shaq, recep­cjo­ni­sta z naszego hote­liku, zło­żyły poda­nia o wizę pra­cow­ni­czą rów­no­cze­śnie do Gre­cji, Włoch i Nie­miec, i liczą na cud. Ten jed­nak zda­rza się bar­dzo rzadko. Albań­czycy trudno się asy­mi­lują, są bun­tow­ni­czy, nie­ufni, zamknięci, nawet w USA i w Niem­czech żyją w get­tach, w któ­rych kul­ty­wują wie­lo­wie­kowe waśnie i ven­detty. W amba­sa­dach to wie­dzą – żali się Shaq – i dla­tego trak­tują nas jak ban­dy­tów, prze­myt­ni­ków i ludzi mafii. Nevila, Anila, Shaq nie kryją, że wsty­dzą się kraju swego pocho­dze­nia. Nie tylko zresztą oni.

Bilans

W Tira­nie nie ma dziś kotów, psów i pta­ków – żali się eme­ry­to­wany nauczy­ciel, han­dlu­jący olej­kiem do opa­la­nia przy plaży w Dur­res. To pozo­sta­łość po epoce orto­dok­syj­nego komu­ni­zmu, kolek­ty­wi­za­cji rol­nic­twa i bra­ków w zaopa­trze­niu w białko zwie­rzęce. I cho­ciaż dzi­siaj żyw­no­ści nie bra­kuje i nawet nie jest droga, nie­wiele się w życiu zwy­kłych ludzi zmie­niło. Pre­mie­rem „pro-reformatorskiego” rządu jest Sali Beri­sha, nadworny lekarz byłego dyk­ta­tora kraju, Envera Hoży, a więk­szość sta­no­wisk cen­tral­nych spra­wują funk­cjo­na­riu­sze taj­nych służb komu­ni­stycz­nych. Nadal domi­nuje strach i nie­uf­ność, któ­rych sym­bo­lem są setki tysięcy bun­krów pobu­do­wa­nych przez poprzedni reżym w celu odpar­cia zagro­że­nia z Zachodu. Komu­ni­ści są u wła­dzy od chwili otwar­cia poli­tycz­nego w 1991 roku. Wpraw­dzie w sześć lat póź­niej, z powodu głę­bo­kiego kry­zysu gospo­dar­czego doszło do wybu­chu rebe­lii i rząd został zmie­ciony, na miej­sce komuny weszła post­ko­muna. W 2005 roku post­ko­mu­ni­ści prze­grali w demo­kra­tycz­nych wybo­rach do opo­zy­cji, któ­rej przy­wódcą jest…p. Beri­sha. Koło się zamyka.
Zanim Albań­czycy zorien­to­wali się, że padli ofiarą misty­fi­ka­cji, do kraju powró­ciły tysiące uchodź­ców i emi­gran­tów, przy­wo­żąc z sobą pie­nią­dze i tysiące mer­ce­de­sów, ucho­dzą­cych w dzi­siej­szej Alba­nii za sym­bol pre­stiżu. Śla­dem tej fali entu­zja­zmu są wła­śnie setki sta­cji ben­zy­no­wych, opu­sto­sza­łych myjni samo­cho­do­wych oraz tysiące przy­droż­nych kapli­czek i nagrob­ków sta­wia­nych w miej­scach samo­cho­do­wych kraks. Za roz­wo­jem i boga­ce­niem się nuwo­ry­szów nie nadąża zmiana men­tal­no­ści przy­wy­kłej od lat do znie­wo­le­nia i agre­sji, albań­skiej duszy. Krwio­żer­czym kapi­ta­li­zmem nazywa się potyczki gan­gów nar­ko­ty­ko­wych czy han­dla­rzy bro­nią wal­czą­cych o strefy wpły­wów. Alba­nia, która była nie­gdyś świa­to­wym rekor­dzi­stą jak cho­dzi o przy­rost natu­ralny (ok. 25 – 30 pro­mil w latach 1960 – 1985) od pię­ciu lat wylud­nia się.
Pod pomni­kiem boha­tera naro­do­wego, Skan­der­bega, w sercu Tirany matka okłada po twa­rzy paro­let­niego synka. Chło­pak pła­cze z bólu i upo­ko­rze­nia, błaga by prze­stała. Jeste­śmy z Tho­ma­sem jedy­nymi, któ­rzy reagują, zwra­ca­jąc biją­cej uwagę. Kobieta spo­gląda na nas z nie­na­wi­ścią. Jakiś prze­cho­dzień bie­rze mnie pod łokieć i przez zęby, po rosyj­sku radzi aby ją zosta­wić w spo­koju. To jej dziecko – mówi, doda­jąc pół­gło­sem: tu każdy ma przy sobie nóż! Kie­rowca pod­miej­skiego auto­busu wyrzuca pasa­żerkę z bile­tem, za to, że upo­mniała się o wła­sne miej­sce, na któ­rym wygod­nie roz­siadł się kon­duk­tor. Nikogo to nie dziwi. Nikogo nie obu­rza. Na przej­ściu dla pie­szych trwa polo­wa­nie na pie­szych. Roz­parci w prze­cho­dzo­nych mer­ce­de­sach kie­rowcy nie respek­tują sygna­li­za­cji. Z prze­ra­że­niem w oczach prze­biega na zie­lo­nym świe­tle przez zebrę zakon­nica ze Zgro­ma­dze­nia Sióstr Matki Teresy z Kal­kuty, któ­rego patronka wydaje się być jedy­nym wyra­zi­stym auto­ry­te­tem moral­nym Alba­nii. Tu nie ma świę­to­ści, nie ma zasad – skarży się Mario, mini­strant sto­łecz­nej cer­kwi pra­wo­sław­nej — spo­łe­czeń­stwo jest nie­okieł­znane, agre­sywne, panuje cham­stwo i mści­wość. Siła jest główną „war­to­ścią” życia w Alba­nii nie­mal tysiąca lat, o czym świad­czą pomniki naro­do­wych boha­te­rów, w stu pro­cen­tach woj­sko­wych. Na plaży w Dur­res, w odle­gło­ści 200 metrów od sie­bie stoją dwie restau­ra­cje o tej samej nazwie: Bunqu­eri (Bun­kry). Żaden z wła­ści­cieli nie chce popu­ścić. Obaj są b. ofi­ce­rami poli­cji, i choć mają równe rangi, w tej bar­dziej na lewo lepiej gotują.
Nikt nie mówi o tym kraju dobrze. Po okre­sie opty­mi­zmu, który ochło­dził nieco tem­pe­ra­ment tego wojow­ni­czego narodu, uru­cha­mia­jąc ener­gię, dzięki któ­rej powstały sta­cje ben­zy­nowe, myj­nie i kafejki, nade­szła fru­stra­cja i zawód. Bra­kuje pie­nię­dzy, inwe­sty­cji, elek­trycz­no­ści, roz­pa­dają się drogi i chod­niki. Nadzieje na zmianę top­nieją z dnia na dzień, emi­granci wra­cają roz­cza­ro­wani do swych dru­gich ojczyzn, prze­kli­na­jąc dzień, który ich tu przy­wiódł. Nie­liczni, któ­rzy zde­cy­do­wali się pozo­stać bru­tal­no­ścią i bez­względ­no­ścią odre­ago­wują swoje kom­pleksy z emi­gra­cyj­nych gett Lon­dynu, Chi­cago czy Rzymu; z cza­sów gdy byli nikim, a przy­naj­mniej tak ich trak­to­wano. Do życia w Alba­nii nie ukry­wają swej nie­chęci nawet dwie hin­du­skie zakon­nice od Matki Teresy. Masy ucie­kają w bier­ność albo gotują się w drogę na emi­gra­cję, pozo­sta­wia­jąc wolną rękę cyni­zmowi i korup­cji. Brak jest inwe­sto­rów zagra­nicz­nych, bra­kuje kapi­tału, Alba­nia jest bodaj jedy­nym kra­jem w Euro­pie, w któ­rym nie ma McDonald’sa, nawet TUI, Tho­mas Cook i Nec­ker­man rezy­gnują z orga­ni­zo­wa­nia wcza­sów w tanich ośrod­kach nad albań­skim Adria­ty­kiem. Świa­do­mość izo­la­cji fru­struje ludzi jesz­cze bardziej.

Jan M. Fijor
„różne” 2009-01-05

 

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 3

  1. Jan M. Fijor pisze:

    Witam!,
    Poniż­sza notka została do mnie nade­słana pocztą elek­tro­niczną. Oto co uważa na temat arty­kułu jego autor:.
    (…)
    Zacznę od tego, że jestem fascy­na­tem Alba­nii. Odwie­dzi­łem ten kraj już kilkukrotnie.

    Po kraju podró­żo­wa­łem lokal­nymi środ­kami trans­portu i „sto­pem”. Odwie­dzi­łem wszystkie

    miej­sca od Alp Albań­skich po Butrinti i pogra­ni­cze Macedonii.

    Jestem w trak­cie pisa­nia pracy nauko­wej o Alba­nii i zakła­da­nia Sto­wa­rzy­sze­nia Przyjaciół

    Alba­nii w Krakowie.

    Ostat­nio padł mi w ręce maga­zyn Glob­tro­ter z arty­ku­łem o „Kra­inie Orłów” tj. Albanii.

    Jestem MOCNO zasko­czony………… Nazwa glob­tro­ter koja­rzy mi się z osobami

    które nie podró­żują tak­sów­kami tylko lokal­nym transportem.

    Wyczy­ta­łem we wspo­mnia­nym arty­kule kilka zaska­ku­ją­cych mnie informacji.

    Pro­szę mi powie­dzieć od kiedy w Tira­nie i Dur­res niema dworca autobusowego?

    Ja wiem, że w Tira­nie są 4 (cztery) dworce auto­bu­sowe! w tym jeden zaraz obok

    dworca kole­jo­wego w samym cen­trum mia­sta. Dokład­nie 5 minut drogi od

    naj­więk­szego i naj­słyn­niej­szego w sto­licy placu SKANDERBEGA.

    Każdy dwo­rzec odpo­wiada za okre­ślony kie­ru­nek pół­noc, północny-wschód, południe,

    południowy-zachód. Sam z nich wszyst­kich nie­raz korzystałem.

    Tak samo Dur­res… Dwo­rzec auto­bu­sowy znaj­duje się koło dworca kolejowego.

    Nie umiem zro­zu­mieć jak można pisać arty­kuł dla pisma podróżniczego

    nie wie­dząc takich rzeczy.

    Dla­tego bar­dzo pro­szę o sprostowanie.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    A to jest to co uwa­żam ja:

    (…) Powiem wie­cej, w Tira­nie i Dur­res jest co naj­mniej 10 „dwor­cow auto­bu­so­wych” i trzeba nie­zle się orien­to­wac w mie­scie, zeby trafic

    na wła­ściwy kie­ru­nek. Spe­cja­li­za­cja jest naprawde waska. Dwo­rzec auto­bu­sowy, albo ter­mi­nal to zwy­kle jedno duze miej­sce, z któ­rego można wyje­chac w dowol­nym kie­runku. Tam takiego we wrze­sniu 2008 nie było.
    Co do tak­sowki, to poje­cha­łem nia z lot­ni­ska, bowiem był to nie tylko jedyny, ale i naj­tań­szy i naj­szyb­szy sro­dek loko­mo­cji w dro­dze do Kruje.

    Gdyby autor notki wczy­tal się w tekst, to by wie­dzial, ze o pół­nocy auto­busy w Alba­nii nie jez­dza, a spa­nie na lot­ni­sku nie wcho­dzilo w gre. .
    Pod wzglę­dem glob­tro­ter­stwa nie mam sobie nic do zarzu­ce­nia.
    Poru­szam się tak, jak mi dyk­tuje wygoda i inte­res. W Bir­mie jecha­lem tak­sowka z Ran­gunu do Bago (2 godzin jazdy) i wcale nie zaluje, gdyz kosz­to­walo mnie

    to tylko polowe wie­cej niż auto­bus; zamiast 3 dola­row zapła­ci­łem 5 i trwalo o trzy godziny krócej.

    Glob­tro­te­rzy podró­żują tez nie­kiedy samo­lo­tami, które nie sa wcale lokal­nymi srod­kami komu­ni­ka­cji.
    Przy dobo­rze srodka loko­mo­cji liczy się czas, koszt, a także roz­sa­dek.
    Z glob­tro­ter­skim pozdrowieniem

  3. Radek pisze:

    Według naj­now­szego Lonely Pla­net Alba­nia jest na liście kra­jów, które trzeba zoba­czyć w 2011 roku:
    http://albania.com.pl/cms/index.php?option=com_content&task=view&id=182&Itemid=1

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*