Argentyna: odświeżanie legend

Dwa­dzie­ścia trzy lata temu, 10 grud­nia 1983 roku wylą­do­wa­łem na lot­ni­sku w Eze­iza w Buenos Aires, zapro­szony przez przy­ja­ciela na inau­gu­ra­cję pierw­szej od wielu lat demo­kra­tycz­nej pre­zy­den­tury. Rządy w Argen­ty­nie obej­mo­wał Raul Alfon­sin, czło­wiek który miał w kraju przy­wró­cić nor­mal­ność. Po sied­miu latach wojny domo­wej, junty i strasz­li­wego ter­roru, Argen­tyń­czycy powie­dzieli basta. Nad La Platę miała wró­cić wol­ność, która z górą pół wieku wcze­śniej zbu­do­wała potęgę i bogac­two tego kraju. Zapo­wia­dano rychły upa­dek pero­ni­zmu, dok­tryny, która do całej tej biedy doprowadziła…

Legenda

Aby zro­zu­mieć, co się wtedy wyda­rzyło trzeba się cof­nąć aż do począt­ków ubie­głego stu­le­cia, kiedy Argen­tyna prze­ży­wała okres roz­woju o roz­ma­chu porów­ny­wal­nym do ame­ry­kań­skiego. W latach Wiel­kiej Depre­sji Buenos Aires było bodajże jedyną sto­licą Ame­ryki, gdzie noto­wano wzrost gospo­dar­czy. Roz­wi­jał się prze­mysł, gór­nic­two, ener­ge­tyka i sek­tor usług. Pano­wała dok­tryna pań­stwa mini­mum i gospo­darka ryn­kowa. W okre­sie II wojny świa­to­wej cie­szyła się Argen­tyna dobro­by­tem porów­ny­wal­nym jedy­nie z Austra­lią, a peso było w Euro­pie, w tym także w Pol­sce, chęt­niej akcep­to­wa­nym pie­nią­dzem od dolara. Zwłasz­cza pod koniec wojny, która zamknęła się dla Argen­tyny gigan­tycz­nym jak na owe czasy sal­dem 1,5 miliarda dola­rów. Było to wię­cej – pisze Paul John­son – niż w Ame­ryce Łaciń­skiej zain­we­sto­wali Anglicy w ciągu całego pół­wie­cza XX wieku.
Ten spo­kój, atmos­fera pracy i dobro­bytu nie spodo­bały się woj­sko­wym, któ­rzy zwy­kle w cza­sach pokoju nie mają oka­zji uszczk­nąć dla sie­bie z wypra­co­wa­nego przez naród tortu (vide: USA i wojna w Iraku). Zama­chy woj­skowe stały się więc spo­so­bem zdo­by­wa­nia wła­dzy w całej Ame­ryce Połu­dnio­wej, ale wol­nej Argen­ty­nie zaszko­dziły naj­bar­dziej. Zwłasz­cza ten z 1943 roku, kiedy po kolej­nym golpe rzą­dząca junta mia­no­wała mini­strem pracy, nie­ja­kiego Juana Domingo Perona. Ten syn bied­nego rol­nika, dzięki przy­mio­tom swego ciała – był przy­stojny, jeź­dził na nar­tach, był zdol­nym szer­mie­rzem, i ducha — miał wyjąt­kową pamięć. ambi­cję i talent ora­tor­ski, szybko zdo­był serca Argen­tyń­czy­ków. Tym bar­dziej, że – po zdła­wie­niu przez woj­sko­wych związ­ków zawo­do­wych, Peron – jako mini­ster pracy, mógł światu pracy dać znacz­nie wię­cej niż robiły to do tej pory cen­trale związ­kowe i pań­stwo mini­mum. Aby zaskar­bić sobie miłość narodu, roz­po­czął Peron festi­wal roz­rzut­no­ści. Podo­bała się naro­dowi także jego ide­olo­gia – oparta na dok­try­nie justi­cia­li­smo – która była mie­sza­niną faszy­zmu wło­skiego, nacjo­na­li­zmu hitle­row­skiego, tota­li­ta­ry­zmu sta­li­now­skiego i państwa…solidarnego. Wmó­wiła w ten spo­sób argen­tyń­skim robot­ni­kom, w owych cza­sach zara­bia­ją­cym mniej wię­cej tyle, co robot­nicy ame­ry­kań­scy, że są wyzy­ski­wani i biedni i, że on to zmieni. Tak powstał pero­nizm, pro­ro­cza ide­olo­gia. Wkrótce bowiem robot­nicy argen­tyń­scy rze­czy­wi­ście zna­leźli się na dnie.
Sie­lanka nie trwała długo. Już na początku 1945 roku, woj­skowi pokłó­cili się przy podziale łupów i Peron zna­lazł się w nie­ła­sce. Byłby pew­nie prze­padł na zawsze, gdyby nie jego kochanka, Eva Duarte, znana póź­niej jako Evita. Kim była Evita? Przy­szła na świat jako jedna z pię­ciu nie­ślub­nych córek pew­nej kucharki z Junin pod Buenos Aires. Była biedna, sprytna i chciwa. Ta tan­cerka kaba­re­towa i dzia­łaczka femi­ni­styczna, dla rato­wa­nia swego uko­cha­nego (i sie­bie) dopro­wa­dziła do wybu­chu zamie­szek robot­ni­czych, któ­rym zde­spe­ro­wany Peron zawdzię­cza demo­kra­tyczny wybór (w lutym 1945 roku) na sta­no­wi­sko pre­zy­denta kraju. I to był koniec Argen­tyny. Ten duet: ckliwa femi­nistka i tchórz­liwy wojak, dopro­wa­dził w mniej niż 10 lat kraj do ruiny. Zna­cjo­na­li­zo­wano wszystko co się dało, włącz­nie z ban­kiem cen­tral­nym i naj­lep­szymi kole­jami na kon­ty­nen­cie, znaj­du­ją­cymi się od swego zara­nia w rękach budow­ni­czych — Angli­ków. Narze­kamy na pań­stwo opie­kuń­cze w Euro­pie zachod­niej, ale to co się działo wtedy w Argen­ty­nie prze­cho­dzi naj­śmiel­sze wyobra­że­nia nawet w skali skan­dy­naw­skiej. Na usługi publiczne szła jedna trze­cia dochodu naro­do­wego, zasiłki dla robot­ni­ków dorów­ny­wały ich zarob­kom, uma­rzano pożyczki, regu­lo­wano ceny. Pero­no­wie, bo z cza­sem gene­rał poślu­bił pannę Duarte, roz­ło­żyli nawet potężne rol­nic­two argen­tyń­skie. Oso­bi­stym pomy­słem Evity była nie­for­malna reforma rolna, pole­ga­jąca na roz­da­wa­niu ziemi imi­gran­tom, a przy oka­zji koma­so­wa­niu jej w rękach zna­jo­mych z armii i związ­ków zawo­do­wych, któ­rymi mani­pu­lo­wano według naj­lep­szych wzor­ców nauczo­nych od Lenina i Hitlera.
Już w 1951 roku gospo­darka kraju zna­la­zła się nad prze­pa­ścią. Zapo­wia­dało się, że dni Perona są poli­czone, na jego szczę­ście, a na nie­szczę­ście Argen­tyny i samej mał­żonki, Evita roz­cho­ro­wała się na raka i w rok póź­niej zmarła. Ponie­waż była bar­dzo młoda (w chwili śmierci miała zale­d­wie 32 lata) i do ostat­nich swych dni udzie­lała się publicz­nie, dzie­ląc swym bólem i tro­ską z ludem pracy (nie zakła­dała prze­cież, że umrze, a sytu­acja robiła się naprawdę gorąca) naród zapo­mniał Pero­nom grze­chy, wyba­czył błędy i obwo­łał zmarłą pre­zy­den­tową swoją „świętą”. Legenda Evity prze­trwała do dzi­siaj, Peron jedy­nie do roku 1955, kiedy to wzbu­rzony tłum zmu­sił go do ucieczki z kraju. Sal­wo­wał się na pokła­dzie para­gwaj­skiej kano­nierki. Dotarł do Hisz­pa­nii, gdzie cze­kały na niego setki milio­nów dola­rów zgro­ma­dzone w latach walki o spra­wie­dli­wość (justi­cia z hisz­pań­skiego: spra­wie­dli­wość).
Wyda­wało się, że Argen­tyna powróci do swej sta­rej świet­no­ści. Tak się nie stało. Na prze­szko­dzie sta­nęła legenda Evity. Dziel­nej, dobrej kobiety, dba­ją­cej o głowę pań­stwa i sto­ją­cej na straży dobro­bytu zwy­kłych ludzi.

Kac

Powrót Perona z wygna­nia w 1973 roku był moż­liwy też tylko dzięki wspo­mnie­niu Evity. Ku zdu­mie­niu świata, ale i samego sie­bie, sie­dem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­letni gene­rał, posłu­gu­jąc się legendą swej dru­giej żony, w czym nie­mały udział miał świa­towy prze­bój Andrew Lloyda Web­bera, wygrał demo­kra­tyczne wybory pre­zy­denc­kie i ponow­nie zasiadł w Casa Rosada. Tym razem u jego boku trwała Isa­bel Mar­ti­nez, zwana przez lud Isa­be­litą. Rządy Perona nie były dłu­gie. Po jego śmierci w rok póź­niej, pre­zy­den­tem z wcze­śniej­szego namasz­cze­nia mał­żonka, została for­malna wice­pre­zy­dent, Iza­be­lita. Ta dopiero dała do wiwatu. To, czego nie znisz­czył Peron i ruch, który zasiał, dokoń­czyła pani Iza­bela.
O rzą­dze­niu poję­cia nie miała nawet tyle, co Evita, a że zwią­zała się z pew­nym kry­mi­na­li­stą, sier­żan­tem taj­nej poli­cji, kra­jem kie­ro­wał on. Dopro­wa­dził do wojny domo­wej. Kiedy zaczęto jej za to kry­ty­ko­wać, odwo­łała się do legen­dar­nej poprzed­niczki. Na gro­bie Evity urzą­dzała seanse spi­ry­ty­styczne, które miał jej pomóc w podej­mo­wa­niu decy­zji. W 1976 naród zwró­cił się – jak zwy­kle – „o pomoc” do woj­ska. Do kom­nat Casa Rosada wkro­czyła krwawa junta z gen. Jorge Videlą na czele. W ciągu 7 lat wymor­do­wano w bru­talny spo­sób kwiat narodu, dalej ruj­nu­jąc jego gospo­darkę i ducha. To nie w Chile, ale w Argen­ty­nie działo się ludo­bój­stwo zarzu­cane powszech­nie Pino­che­towi. W ciągu 6 lat rzą­dów junty zgi­nęło nad La Platą od 50 – 70 tysięcy ludzi. Wielu z nich zrzu­cono żywych z samo­lo­tów woj­sko­wych do morza, innych zabito prą­dem lub strza­łem w tył głowy.
W 1983 roku, po prze­gra­nej w woj­nie z Wielką Bry­ta­nią o Mal­winy junta została aresz­to­wana, nastał rząd „rady­kalny” z pre­zy­den­tem Rau­lem Alfon­si­nem na czele. Nowy, demo­kra­tyczny pre­zy­dent miał peł­nić rolę ana­lo­giczną do roli Tade­usza Mazo­wiec­kiego w Pol­sce. Nie­stety oka­zał się być mężem sła­bym i bez­de­cy­zyj­nym. Nie docze­kał nawet końca swej kaden­cji. Zmę­czony wła­dzą oddał ją przed ter­mi­nem. A że nie roz­li­czył się z prze­szło­ścią, bo lustra­cja w Argen­ty­nie prze­pro­wa­dzona była rów­nie opie­szale, co i w Pol­sce, ska­co­wany i zdez­o­rien­to­wany naród wybrał ener­gicz­nego refor­ma­tora. Prze­sko­czy­łem kilka lat, ale nie miały one więk­szego zna­cze­nia. Dopiero rządy Car­los Menem (od 1989 roku) zazna­czyły zmianę.
Menem był wpraw­dzie pero­ni­stą, ale ku zasko­cze­niu Argen­tyń­czy­ków zdra­dził ide­ały swo­jej par­tii, sta­ra­jąc się powró­cić do sta­rych dobrych tra­dy­cji wol­nego rynku. Tro­chę z winy korup­cji i nepo­ty­zmu, tro­chę wsku­tek nie­spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej nie wszy­scy zała­pali się na boom wywo­łany refor­mami Menema. W par­tii justi­cia­li­stów zawrzało. Menem stra­cił wła­dzę na rzecz sła­bego kan­dy­data, Fer­nando de la Rua. Roz­po­czął się rabu­nek dorobku 10 lat reform, a że nie dla wszyst­kich star­czyło, robot­nicy wyszli na ulicę. Pero­ni­ści odsu­nęli wtedy de la Rua od wła­dzy, wsta­wia­jąc na to miej­sce par­tyjny beton z Edu­ardo Duhalde na czele. Duhalde sam nie chciał i nie umiał rzą­dzić, nama­ścił do tego celu swego eks­cen­trycz­nego kolegę par­tyj­nego, Nestora Kirchnera.

Pin­gwiny

Kirch­ner był pre­zy­den­tem lubia­nym i dobrym, bo kiedy nastał gorzej już być nie mogło. To Duhalde wyko­nał czarną robotę kon­fi­sku­jąc Argen­tyń­czy­kom 2/3 ich oszczęd­no­ści. Pin­gwin, jak Kirch­nera piesz­czo­tli­wie nazy­wano, był poli­ty­kiem nie­ty­po­wym, tro­chę hip­pies, tro­chę luzak. Potra­fił w ostat­niej chwili odwo­łać swoją wizytę zagra­niczną, czy nie poja­wić się na powi­ta­nie króla Hisz­pa­nii. Nie było dla niego świę­to­ści i naród to lubił. Jesz­cze w lipcu 2007 Cri­stina Kirch­ner była jedną z wielu Pierw­szych Dam, jakich na świa­to­wych salo­nach wła­dzy napo­tkać można setki. To mał­żo­nek miał sta­nąć w szranki do reelek­cji. Oświad­cze­nie Nestora Kirch­nera o rezy­gna­cji z kam­pa­nii było dla Argen­tyń­czy­ków więk­szym zasko­cze­niem niż „wyouto­wa­nie” Jana Rokity przez jego Nelly. W mgnie­niu oka cała sym­pa­tia do pana pre­zy­denta prze­nie­siona została na żonę, która z poli­tycz­nego kop­ciuszka stała się czo­ło­wym kan­dy­da­tem na głowę pań­stwa, aż w końcu jego pre­zy­den­tem.
Pani pre­zy­dent ma 54 lata, wywo­dzi się z ruchu mło­dzie­żo­wego justi­cia­li­stów jesz­cze z lat 1970. Ma zacię­cie femi­ni­styczne, socja­li­styczne i lubi robić wra­że­nie. Po kilku kaden­cjach w sena­cie pro­win­cji Santa Cruz, w 1995 roku wygrała wybory do senatu repu­bliki, gdzie dzia­łała do 10 grud­nia 2007, kiedy to z rąk mał­żonka – pre­zy­denta otrzy­mała biało – nie­bie­ską szarfę, sym­bol wła­dzy pre­zy­denc­kiej. Cri­stina Kirch­ner jest więc trze­cią mał­żonką pero­ni­stow­skiego pre­zy­denta, po Evi­cie i Iza­be­li­cie, która w Argen­ty­nie sięga dzięki mężowi po naj­wyż­szą wła­dzę i wpływy w pań­stwie, a pierw­szą, która doko­nała tego na dro­dze demo­kra­tycz­nej. W świe­cie takich przy­pad­ków jest kilka: pani Imalda Mar­cos rzą­dziła Fili­pi­nami po odej­ściu męża, a żona Billa Clin­tona o czymś takim wła­śnie marzy. W więk­szo­ści jed­nak taka scheda oparta na zasłu­gach męża koń­czy się dla kraju źle. Argen­tyń­czycy wie­dzą to bar­dzo dobrze, a mimo to zde­cy­do­wali się ją poprzeć.
Czy zwy­cię­stwo Cri­stiny Kirch­ner było testem popu­lar­no­ści jej męża, czy może także dowo­dem uzna­nia dla niej samej? Co prawda argen­tyń­ska gospo­darka rośnie już szó­sty rok z rzędu, i to w tem­pie 8 pro­cent rocz­nie, wzrost ten jest bar­dziej rezul­ta­tem głę­bo­ko­ści kry­zysu z jakiego Argen­tyna wycho­dzi, niż wyni­kiem jakiejś racjo­nal­nej poli­tyki gospo­dar­czej pre­zy­denta Kirch­nera. Defi­cyt budże­towy jest dra­ma­tycz­nie wysoki, morale narodu spada, infla­cja sięga 20 pro­cent, związki zawo­dowe doma­gają się pod­wy­żek, bra­kuje ener­gii elek­trycz­nej, a inwe­sto­rzy z Argen­tyny ucie­kają. Roz­wią­za­nia pro­po­no­wane przez panią pre­zy­dent nie róż­nią się niczym od tego, co robił jej eks­tra­wa­gancki mał­żo­nek. Spra­wie­dli­wość, rów­ność, walka z boga­tymi i kilka innych sym­boli postę­po­wo­ści – bez spój­nej kon­cep­cji, jak je w prak­tyce reali­zo­wać. Argen­tyna wal­czy o spra­wie­dli­wość i postęp od cza­sów Perona i końca nie widać. Może więc Argen­tyń­czycy zatę­sk­nili za legendą? Wpraw­dzie w cza­sie kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej, znana ze swej pro­so­cjal­nej reto­ryki, Cri­stina Kirch­ner, wie­lo­krot­nie pod­kre­ślała, że nie chce koja­rzyć się z Evitą Peron, wygląda na to, że bycie legendą to jej jedyny pomysł na rzą­dze­nie kra­jem. Pro­blem w tym, czy taki pomysł wystar­czy? Pani pre­zy­dent Kirch­ner jest bowiem od swej słyn­nej poprzed­niczki w znacz­nie trud­niej­szej sytu­acji. O ile Evitę stać było na igrzy­ska, o tyle „pin­gwi­nom” zaczyna bra­ko­wać nawet na chleb. Histo­ria zato­czyła koło, pero­nizm trzyma się wciąż dobrze.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2007-12-21

Podziel się:
  • Blip
  • Flaker
  • Twitter
  • Facebook
  • Posterous
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Print
  • email

Komentarzy: 13

  1. TW Bereta pisze:

    Może coś o tym zamiast o Argentynie?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    To, zna­czy o czym? Weso­lych swiat jmf

  3. ryskan pisze:

    Pisze Pan fan­ta­stycz­nie. Sza­nuję Pana za zdrowe poglądy, jasność wywodu i lek­kość pióra. Przy­kład powy­żej. Ale…jak Pan nie wyja­śni zamie­sza­nia z TW „Bereta”, to ten zapach będzie się za Panem cią­gnął nie­skoń­cze­nie długo. Pro­szę pamię­tać, że śro­do­wi­sko pra­wi­cowe jest dość uczu­lone na te kwe­stie. Życzę powo­dze­nia i Weso­łych Świąt.

  4. Ntl pisze:

    Ot, roz­wle­kla histo­ria wyjat­kowo glu­piego narodu, ktory sie na ble­dach histo­rii nigdy chyba niczego nie nauczy. Typowo mic­kie­wi­czow­skie, czy euro­pej­sko­ro­ma­nyczne mnie­ma­nie, ze „nie szkielko medrca”, ale kie­ro­wa­nie sie uczu­ciami, sercem,wiara, pory­wamy wypro­wa­dzi kraj z kry­zysu, a cha­ry­zma­tyczny przy­wodca narodu, jakos mistycz­nie popro­wa­dzi narod do pro­spe­rity. A poza tym ten nastepny z kolei tasie­miec autora insy­nu­uje, ze rze­komo „woj­skowi USA, w cza­sie pro­spe­rity nie maja oka­zji uszczk­nac dla sie­bie z wypra­co­wa­nego w cza­sie pokoju przez narod tortu, wiec wywo­lali wojne w Iraku”. Jesz­cze nie sly­sza­lem, aby gene­ra­lo­wie, czy ofi­ce­ro­wie ame­ry­kan­scy stali sie milio­ne­rami, czy miliar­de­rami wywo­lu­jac rze­kome wojny. To nastepny jak zwy­kle emo­cjo­nalny wyskok autora, ktory widac, ze potrafi pisac, ale ma pro­blemy war­to­sciowe, pro­blemy ocen, porow­nu­jac ame­ry­kan­ska armie do polu­dnio­wo­ame­ry­kan­skich junt woj­sko­wych. Swiad­czy to tylko o braku wie­dzy, jak i zwie­zlo­sci umy­slo­wych samego autora tasiemca. A przy oka­zji, jak zwy­kle, autor demo­struje swo­imi opi­sami i wnio­skami, ze nie ma poje­cia na czym polega filo­zo­fia wol­nego rynku. A i owszem wie do pew­nego stop­nia o powierz­chow­nych danych tech­nicz­nych kapi­ta­li­zmu, jed­nak suge­ruje budo­wa­nie tego wol­no­ryn­ko­wego gma­chu, zaczy­na­jac go od dachu, a nie od moral­nych fun­da­men­tow. Wiec ten jego ideal, kolos wol­no­ryn­kowy, gdzie­kol­wiek byl budo­wany na gli­nia­nych nogach, tam sie szybko zawa­lil, ze wzgldu na brak „kleju”, ktory by trzy­mal narod ochot­ni­czo w zwie­zlo­sci. Takim kle­jem w USA jest Dekla­ra­cja Nie­pod­le­glo­sci i Kon­sty­tu­cja USA, ktore sa skut­kami, wypra­co­wa­nej przez wieki filo­zofi jedy­nego moral­nego sys­temu spo­lecz­nego jakim jest kapitalizm.

  5. RSA pisze:

    Panie Ntl, woj­skowi ame­ry­kań­scy zara­biają gigan­tyczne pie­nią­dze na woj­nie w Iraku. Pro­szę sobie prze­czy­tać np. ten arty­kuł:
    http://www.wprost.pl/ar/61625/Psy-pokoju/. To tylko jedno ze źró­deł. Dru­gie to sprze­daż broni armi irac­kiej, trze­cie — sprzę­tem z demo­bilu. Tyle mi wyobraź­nia pod­po­wiada na pocze­ka­niu.
    Pozdrawiam

  6. Ntl pisze:

    Panie RSA, poczy­ta­lem sobie i nic z tego nie wynika. Niech sobie Pan poczyta o co w tej woj­nie cho­dzi.
    http://capmag.com/http://capmag.com/article.asp?ID=5087article.asp?ID=5087
    Pan, Pani mi pod­po­wiada co czy­tac, wiec chyba nie obraze suge­ru­jac inna rzeczywistosc..

  7. JM Fijor pisze:

    Gene­ra­lo­wie nie staja sie miliarderam,ale sek­tor mili­tarny odbija sobie lata posu­chy — drogi panie Marku.
    Pozdra­wiam
    JM Fijor

  8. RSA pisze:

    Prze­czy­ta­łem, ale arty­kuł jest o tym, co Ara­bo­wie rozu­mieją pod poję­ciem jihad, a nie o zyskach sek­tora militarnego.

    Pomyśl­no­ści w Nowym Roku!

  9. Ringit pisze:

    Witam
    Wszyst­kiego naj­lep­szego w Nowym Roku. Czy­tam Pana z zain­te­re­so­wa­niem, ale wczo­raj w pro­gra­mie Elż­biety Jawo­ro­wicz widzia­łem czło­wieka o podob­nym nazwi­sku Jan Fijor, w czer­wo­nej muszce, zacie­trze­wiony jak kogut i bar­dzo aro­gancki, wypadł fatalnie.Proszę spraw­dzić kto się pod Pana pod­szywa, bo nie może być to jeden i ten sam czło­wiek. Pozdrowienia.

  10. Jan M. Fijor pisze:

    To nie­stety, ja. Nie widze niczego zlego w zacie­trze­wie­niu sie. Zwlasz­cza, gdy obo­wia­zuje wokol przy­zwo­le­nie dla byle­ja­ko­sci i akcep­ta­cja lito­sci. Szkoda, ze pana zwio­dlem pozdra­wiam Jan M Fijor

  11. Zibbi pisze:

    Wyspy o które toczyła się wojna to Malviny ( Islas Malvi­nas ) , a po pol­sku Fal­klandy , a nie Male­divy. Male­diwy leżą w Azji na Oce­anie Indyj­skim więc po prze­ciw­nej stro­nie globusa.

  12. Jan M. Fijor pisze:

    Oczy­wi­scie, bylem na jed­nych i na dru­gich. Sorry, kiep ze mnie! Jan M Fijor

  13. Maciek pisze:

    Histo­ria dosyć zagma­twana ale świet­nie się czyta ! Duży plus!

Zostaw swój komentarz

Komentarz

*

Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts Contacts