Globtroterzy

chat-dymki
6

Globtroterstwo jest pasją, a niekiedy nawet profesją. Globtroter to nie turysta, wycieczkowicz, czy nawet podróżnik. To ktoś, kogo mniej interesują wodospady, laguny czy okazy dzikich zwierząt, a bardziej żywi ludzie. Jak żyją, czym żyją, co robią, co piją i jedzą, co wiedzą i co chcieliby wiedzieć. Globtroterzy to prekursorzy globalizmu; kosmopolici, dla których sensem podróżowania jest poznawanie świata poprzez ludzi. Albo ludzi poprzez świat.

Kim są?

Przypuszczam, że po żadnym kontynencie nie wędruje tylu globtroterów, co po Ameryce Łacińskiej. Powód takiego zagęszczenia jest dość prosty. Mimo iż globtroter podróżuje „ekonomicznie” peregrynacje po ciekawych miejscach świata są dość kosztowne. Stać na nie głównie Europejczyków zachodnich i Amerykanów (globtroterstwo wśród Japończyków to rzadkość; Japończycy i Azjaci w ogóle, to turyści). Ludzie ci – siłą swego łacińskiego rodowodu – znacznie łatwiej komunikują się z narodami Ameryki Łacińskiej niż Azji. Afryka jest trudno dostępna i niekomunikatywna. Nieufność jej ludów czy ich wrogość sprawia, że globtroterzy Afryki unikają. Ostatnio popularnym terenem penetracji globtroterów staje się Europa Wschodnia i tereny po b. ZSRS, ale to nas jakby mniej interesuje. No, więc Ameryk Łacińska…
Globtroterzy mają tam swoje ulubione knajpy, środki transportu, hoteliki, a przede wszystkim „mekki”; Tasco w Meksyku, Panajachel w Gwatemali, Cartagena w Kolumbii, Cusco, Arequipa czy Aguas Calientes w Peru, Puerto Limon w Kostaryce, Sucre i Potosi w Boliwii, argentyńską Saltę i Ushuaia czy Puerto Iguazu, Rio de Janeiro, Manaus i wiele innych fascynujących miejsc, gdzie kłębią się, działają ludzie, z którymi można pogadać, zaprzyjaźnić się, wypić – do których można zawsze wrócić, nawet po wielu latach.
Na tarasach niewielkich hotelików, przy szklance piwa, wina czy w dymie skręta globtroterzy wymieniają się między sobą doświadczeniami. Z tych spotkań i rozmów powstaje globalna mapa doznań, którą każdy z nich dobrze zna. Tak jak Polskę cenią za kobiety i drewniane kapliczki, tak Argentynę za melancholię tanga, soczystą wołowinę i pełne finezji wina, Kolumbię za aguardiente, urodziwe kobiety i owoce morza, Peru za andyjską surowość, imperialną przeszłość i nędzę, Boliwię za mroczne dzieje i herbatę z koki, Brazylię za słońce, smagłe dziewczyny i pogodę ducha, Salwadorczyków za mrówczą żywotność, a Dominikanę i Kubę za podły rum i rozwiązłość. Globtroter nie wysiaduje w kawiarniach, night clubach, luksusowych „resortach”. Włóczy się, rozmawia, szuka ludzi, porusza się lokalnymi środkami – zdezelowanymi autobusami, ślimaczącymi się pociągami, a jeśli trzeba, to zaryzykuje lot cesną z zepsutym silnikiem. Wszystko dla wrażeń, którymi żyje po powrocie.

Dolot

Najdroższy jest bilet lotniczy. Linie lotnicze zachowują się jak egotystyczny neurastenik, wokół którego świat ma się kręcić. Uważają, że są ofiarą pasażera, na którym się mszczą…ceną. Dlatego nie ma sensu się nimi przejmować; bilety należy kupować tylko wtedy, kiedy to nam odpowiada, czyli kiedy są tanie. Z Europy najlepszy jest KLM (częste obniżki cen), z USA najbardziej ekonomicznie lata American. Odradzam linie miejscowe (TACA, TAM, Mexicana, Avensa etc.) które są drogie, niepunktualne i mało wygodne. Chyba że wykupuje się na nie bilety w ramach sojuszu z linią europejską lub amerykańską.
Pogoda przy podróżowaniu odgrywa rolę, ale nie aż taką. Jak się ma trochę szczęścia, to i w porze deszczowej nie leje. Pomijając Amerykę Środkową i okolice równika, gdzie deszcz pada z częstotliwością „podręcznikową”, w pozostałych regionach jest w porządku cały rok. Linie lotnicze o tym nie wiedzą, stąd bywają tygodnie, kiedy do Rio, Buenos czy Limy można polecieć z Londynu, Frankfurtu czy Nowego Jorku za 600 dol. czy za niewiele więcej. W temacie: bilety lotnicze zalecam ostre negocjacje z liniami. Zwłaszcza w trakcie podróży. Za odwołany lot z Santiago do Buenos zażądałem od Lufthansy hotel I klasy, pełne utrzymanie oraz voucher na trasie Buenos Aires – Sao Paolo. Dali bez słowa. Jeden z moich chilijskich przyjaciół wymusił na Delcie darmowy bilet przez pół świata za to, że zgubiła mu bagaże w podróży na Sylwestra do Rio. Bardzo wygodne są ”overbookingi” czyli sprzedanie większej liczby biletów niż miejsc z samolocie. Można za nie otrzymać od linii voucher na kilkaset dolarów. Należy unikać linii hiszpańskich. Nie wiem z jakiego powodu, ale poziom lekceważenia pasażera przez przewoźników iberyjskich, a zwłaszcza Spanair dorównuje Aeroflotowi z okresu wczesnego Breżniewa. Gubią bagaże, marnie karmią, dokuczają w różne inne sposoby przy kompletnym braku odpowiedzialności czy choćby słowa przeprosin. Wysoki poziom usług ma brazylijski Varig i Lan Chile, ale to linie drogie, choć chilijczycy zaczynają się uelastyczniać i dostosowywać do konkurencji.

Na miejscu

Wprawdzie Latynosi to ludzie z gruntu uczciwi, niestety dość chętnie kradną. Poza Meksykiem i Kolumbią, gdzie działają zorganizowane bandy, pozostali złodzieje są raczej drobni i nieszkodliwi. Pod warunkiem, że się jest ostrożnym. Obszarem wysokiego ryzyka jest zachodnie wybrzeże Ameryki Środkowej i Południowej (Guayaquil w Ekwadorze, Callao i Lima w Peru, Barranquilla w Kolumbii), centra wielkich miast (Mexico City, Buenos Aires, Caracas, Sao Paulo i Rio) a zwłaszcza miejsca chętnie uczęszczane przez turystów: Antigua w Gwatemali, Potosi, okolice jeziora Titicaca czy wodospadów Iguazu. Dlatego na plaże czy na targowisko wybieramy się tam z niewielką ilością pieniędzy, bez portfela, paszportu, bagaży i innych sprzętów, aparat fotograficzny przywiązujemy zaś mocno do przegubu ręki. Niebezpieczne są autobusy, dworce, a nawet taksówki. Korzystamy wyłącznie z radio taxi. Bezpieczne zaś dzielnice wszelkiego rodzaju uciech – od kulinarnych po muzykę i seks. Ochronę policji zapewniają właściciele tamtejszych przybytków. Stąd w innych rejonach miast brakuje policji.
Odradzam absolutnie dzielnice nędzy, choćby nie wiem jak fascynujące były. Podróż do slumsów na wzgórzu San Cristobal w Limie kosztowała mnie wyrok 10 lat więzienia. Na szczęście miało to miejsce w Ameryce Łacińskiej, więc po wykupieniu się niezbyt wysoką propiną, wolność odzyskałem. Com przeżył, to przeżył.
Nie pozna się kraju i duszy jego ludzi, jeśli się nie zje tego, czym oni się żywią. Owoce morza w portowych restauracjach Montevideo , grille Costanery w Buenos Aires, limańskie ceviche, churrasco, feijoada w brazylijskim Salwadorze i Fortalezie, ryby w Hondurasie, na Yukatanie czy z górskich rzek Peru i Boliwii, będą nam się śniły przez wiele lat. Wina z Chile i Argentyny przywędrowały już do Europy, ale napoje, jakie się pija w knajpkach Valparaizo czy Mendozy to więcej niż wino. N.b. z alkoholem należy eksperymentować ostrożnie, zwłaszcza w Andach; źle wchodzi i silnie osłabia. Wodę pijemy tylko butelkowaną i z zamrażarki. Kostki lodu są dobre wyłącznie do alkoholu. Na upały zbawienna jest Cuba libre (rum z Coca Colą) albo tequila (bez soli, z limonką).

Ludzie

Są przyjaźni, choć bywają nieufni. Latynosi, podobnie jak Polacy mają niską samoocenę. Są od nas o niebo uprzejmiejsi i milsi. Wymuszanie czegokolwiek krzykiem czy pod presją spotka się tam z murem nie do pokonania. Przekroczenie obowiązujących standardów napięcia doprowadzić może nawet do agresji. Jest to niebezpieczne szczególnie w rejonach wiejskich, gdzie posiadanie maczety jest regułą. I odwrotnie, okazany szacunek zwraca się z nawiązką. Zachwycony spotkaniem „rodaka papieża”, menadżer hotelu Melia w Guatemala z City dał mi 80 proc. zniżki za pokój. Pomaga znajomość języka, a przynajmniej kilku podstawowych zwrotów w rodzaju: „Jak się masz?” czy „Bardzo mi się podoba twój kraj”. Otwierają one wrota i serca Latynosów.
Należy jak ognia unikać policji. Nikt nie jest nam w stanie uczynić tam większej krzywdy niż właśnie stróże porządku. Pomocne są natomiast biura podróży, hotele, a w sprawach trudnych księża i misjonarze. Liczenie na pomoc pracowników polskich ambasad, poza wyjątkami, jak np. Bogota. Montevideo, Mexico City to naiwność. Nadal panują tam ubecko – peerelowskie stosunki: obrażone, nieuprzejme panie, mające wszystkim za złe i rozbiegani, spoceni urzędnicy skupieni na znalezieniu sposobu dorobienia się na resztę życia. Nie mówiąc o tym, że prawie do żadnej z nich nie można się dodzwonić.
Dolar jest nadal walutą Latynosów, choć w niektórych regionach (Kuba, Brazylia, Kostaryka) zaczyna być wypierany przez euro. Mimo to siła nabywcza dolara jest w Ameryce Łacińskiej dwukrotnie wyższa niż u nas.
Słówko o cenach. Wszędzie, no może poza Copocabaną, Cartageną, Barriloche, Punta del Este czy narciarskimi ośrodkami Chile można się utrzymać na niezłym standardzie (room plus board) za 60 – 100 zł dziennie. Drożyzna panuje w Gujanach, zwłaszcza francuskiej, i na Karaibach, drogi zaczyna być Meksyk oraz Peru.
Zakupy są dobre w galerii Mokotów, Lafayette lub na Manhattanie. W Ameryce Łacińskiej kupujemy jedynie sztukę ludową, płyty i pamiątki obyczajowe. Wyjątkiem jest Buenos Aires – wełna i skóra na najwyższym poziomie światowym. Reszta to co najwyżej centra handlu tanim „przemytem z Azji”, którego wszędzie pełno.
Internet bywa pomocny tylko jako źródło informacji i do porównań. Na miejscu, z żywym człowiekiem, można wynegocjować znacznie lepsze warunki. I w ogóle żywy człowiek jest tam znacznie przyjemniejszy niż w innych regionach świata.

Podróż do Ameryki Południowej (4)
Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-02-27

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Marcin pisze:

    CHCIAŁBYM SIĘ DOVIEDZIEĆ Z JAKICH RAS POTOMKÓVV SĄ LATYNOSI CZY MOŻECIE MI POMÓC?A DO TEKSTU NIE MAM ŻADNYCH ZASTRZEŻEŃ.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Mysle, ze to sa glownie Indianie – Majowie, Toltekowie, Aztekowie, Inkowie, plemie Ajmara, Nazca, Guarani Keczua. Do tego dochdozą Japonczycy, Hiszpanie, Wlosi, Niemcy, Ukarincy i Polacy, sporo jest Anglikow i troiche Francuzow, a takze ludnosc wysp Pacyfiku (Hawaje, Tahiti), w tym Maorysi. Duzy procent populacji stanowi mieszanina w/w ras, wsrod ktorych prym wioda Kreole. Sa tez Murzyni, przywiezieni w XVIII i XIX wieku z Afryki.

  3. Rafał pisze:

    Trochę bawią mnie te pseudorozróżnienia na globtroterów, turystów itd. Spotkałem mnóstwo Japończyków backpackersów, więc to gruba przesada, że nie ma wśród nich globtroterów. Co więcej, uważam, że jest ich właśnie szczególnie wiele. Nie zauważyłem też, żeby globtroterzy unikali Afryki, bo nawet do jej czarnej części jeździ mnóstwo ludzi, a w Afryce arabskiej wszędzie spotka się jakiegoś podróżnika z plecakiem. Argument, że mekką globtroterów jest Ameryka Łacińska, bo niby mniejsze różnice kulturowe, wydaje mi się ostro naciagany. Prawdą jest, że najwięcej Europejczyków podrózuje jednak po Azji, w szczególności Indiach, Nepalu, Chinach, Indochinach itd. No ale ogólnie nie chciałem się czepiać. Pozdrawiam

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Ameryka Lacinska, Indie i Nepal – zgoda. Badan jakidhs nie robilem. Podrozuje od prawie 30 lat intensywnie i rzucam okiem tu i owdzie. pozdrawiam Jan M Fijor

  5. kiniqa pisze:

    durne

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Zapomnial pan/pani o tekscie, dziekuje chociaz za podpis. Proponuje mimo wszystko wybrać sie w świat. Podróże kształcą! Ukłony Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *