Skąd się wzięły podatki?

chat-dymki
1

Tegoroczny Dzień Wolności Podatkowej, czyli moment, od którego Polacy przestają pracować na państwo, a zaczynają na siebie, obchodzi bedziemy pod koniec czerwca, w Europie dłużej od nas pracują na państwo Szwedzi, Belgowie, Duńczycy i Niemcy. Dla porównania, Amerykanie swoje święto wolności podatkowej w 2004 roku obchodzili już 14 kwietnia, aż ponad 10 tygodni wcześniej niż my.

Racjonalizacja

Skąd w ogóle takie święto? Przecież teoretycznie, nie powinno być różnicy – praca dla siebie, czy praca dla państwa. Jedna i druga służy pomnażaniu dobra wspólnego, a więc majątku każdego z nas. Tak przynajmniej uważali ci, którzy przed wiekami uzasadniali wprowadzenie podatków, czyli wspólnej danin na rzecz państwa. Wprawdzie wspólna danina służyła przez długi czas utrzymaniu dworu królewskiego czy innego władcy, to jednak również służyła ogółowi. Dwór był centrum władzy, władza pochodziła od Boga i kierowała państwem, chroniła jego granice, organizowała podboje – wszystko to służyło w mniejszym lub większym stopniu obywatelom. I chociaż bolało ich, kiedy poborca podatkowy wyciągał z obory ostatnią krowę, ze stodoły worek ziarna czy zza pasa, sakwę srebrnych monet, godzili się na podatek z bólem serca, bo czuli w nim także swoją korzyść.
Z ekonomicznego punktu widzenia korzyścią tą był efekt skali.
Wprawdzie w wyniku podatku nic specjalnego się w gospodarce nie dzieje – pieniądze są jedynie przenoszone z jednej (prywatnej) kieszeni do kieszeni państwowej – ogólnego majątku nie przybywa, to jednak, raz, że istnieją działania, których jednostki nie są w stanie wykonać dobrowolnie, a zarazem skutecznie i racjonalnie, a dwa, że w wyniku efektu skali, działania kolektywne są tańsze niż suma działań indywidualnych.
Gdyby każdy z obywateli kupował sobie żołnierza, trudno byłoby stworzyć sprawną i silną armię, taką jaką może zapewnić wysiłek zbiorowy. Co prawda, można sobie wyobrazić wynajęcie wojska przez obywateli, ale nie ma nigdy pewności, czy wystarczająca ich ilość będzie chciała na ten cel dobrowolnie łożyć. Stąd przymus, w imię wspólnego interesu, zwany podatkiem, bywa uzasadniony.
Państwo kupując lekarstwa czy usługi medyczne dla swoich obywateli, dzięki wolumenowi, a więc sile przetargowej jaką dysponuje, jest w stanie wynegocjować z producentem leków cenę znacznie niższą niż wynegocjowałby pojedynczy obywatel. Efekt skali to nie jedyny argument uzasadniający podatnikowi potrzebę rozstania się z pieniędzmi na rzecz państwa.
Człowiek, jak wiadomo działa w celu poprawy swojej sytuacji życiowej. Polega to na zastępowaniu tego „co ma”, tym „co powinien (czy chciałby) mieć”. Ludzie w swoim egoizmie (optymizmie?) liczyli, że dzięki istnieniu wspólnej kasy osiągną netto, dla siebie samych, zysk. Jeśli do tej pory nie wybuchł bunt z powodu kolektywnego systemu opieki zdrowotnej czy edukacji państwowej, to najprawdopodobniej dlatego, że każdy podatnik liczy po cichu na to, że w wyniku takiej kolektywizacji skorzysta. Jeden wierzy, że będzie mieć więcej dzieci, chcących skorzystać z systemu edukacji, niż wynosi średnia krajowa, wyda więc na ich naukę mniej pieniędzy, niż by wydał, gdyby musiał za nią płacić sam, inny obawia się, że będzie bardziej chorowity niż statystyczny Polak, i dlatego płacąc statystyczną składkę otrzyma za nią więcej opieki medycznej.

Wstydliwa przypadłość

Teoretycznie więc kraje, w których istnieje wysokie opodatkowanie powinny żyć w większej prospericie niż kraje, w których Dzień Wolności Podatkowej przypada wcześniej. W praktyce jednak jest odwrotnie. Tempo wzrostu gospodarczego, a i zamożność w ogóle, jest w Stanach Zjednoczonych, i to od dziesiątków lat kilkakrotnie większe niż w Europie. To, że w latach 1970. i 1980. Amerykanie dali się wyprzedzić „azjatyckim tygrysom” możliwe było dlatego, że te ostatnie celebrowały w tamtych latach dzień wolności podatkowej jeszcze wcześniej. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego efekt skali w przypadku świadczeń państwa nie działa?
Przyczyna tkwi w jednej bardzo prozaicznej, a nawet wstydliwej, cesze natury ludzkiej. Chodzi o egoizm: ludzie bardziej dbają o swoje niż o cudze. Wprawdzie pewni przywódcy (Stalin, Hitler, Pol Pot, Kim Ir Sen i in. ) podejmowali próby zmiany tego stanu rzeczy, zakończyły się one totalnym niepowodzeniem.
Ekonomicznym uzasadnieniem tej psychologicznej przypadłości natury ludzkiej były przeprowadzone przez dziennik Wall Street Journal i spółkę maklerską Merill Lynch, pod koniec ubiegłego stulecia w Stanach Zjednoczonych, badania na temat siły i rodzaju bodźców w ludzkim działaniu. Chodziło w nich o stwierdzenie, który z bodźców jest najsilniejszy. Wbrew oczekiwaniom socjologów, którzy spodziewali się, iż jest nim chciwość, prestiż albo żądza władzy, okazało się, że czynnikiem, który homo eoconomicus zmusza do działania najsilniej jest…strach przed stratą.
Biznesmen, inwestor, kapitalista, który włożył w jakieś przedsięwzięcie swoje pieniądze, dba o ich pomnażanie, ale bardziej jednak dba o to, by ich nie stracić. To strach przed stratą (a nie chciwość) sprawia, że restauracja prywatna otwarta jest do ostatniego gościa, a państwowa zamykana „o godzinie urzędowania”; że lekarz prywatnie dba o pacjenta znacznie lepiej niż w przychodni państwowej; że w żadnej instytucji prywatnej nie ma tak długich kolejek, jak na państwowej poczcie. Przykłady można mnożyć. Nie trudno bowiem zauważyć, że urzędnik, któremu powierzono pieniądze podatnika, nie boi się o ich stratę, a jeśli nawet, to nie boi się tak jakby się bał, gdyby to były jego własne pieniądze. Restaurator państwowy, jeśli nawet wyprosi gości w środku szampańskiej zabawy, nie ma nic do stracenia. Lekarz w przychodni mniej dba o pacjentów, bo z tej dbałości niewiele wynika. To samo jest z referentem pocztowym. Dla nich najsilniejszym motywatorem do pracy jest też strach przed stratą. Oni boją się jednak stracić coś innego: swój czas, wysiłek, zdrowie. I to jest jeden z podstawowych powodów, dla których pieniądze wydawane wspólnie – z niewielkimi wyjątkami takimi jak armia, drogi, wymiar sprawiedliwości i więziennictwo – są wydawane znacznie mniej efektywnie niż gdyby były wydane przez każdego z nas z osobna. Mimo istnienia efektu skali, efekt netto z istnienia podatków jest jednak negatywny. Sytuację pogarsza monopol państwa, a zwłaszcza przymus wprowadzony w miejsce wolnego wyboru i wolnej konkurencji, ale to temat na inne rozważania.

Jan M. Fijor
„różne” 2005-03-17

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. liberty pisze:

    -co do tych „niewielkich wyjątków” mam poważna wątpliwości. Prędzej czy później z wyjątków ponownie uczyni się reguła, a państwowa hydra odrośnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *