Pielgrzym, Globtroter

chat-dymki
4

Był zwiastunek dobrej nowiny dla wszystkich, jednakże to my Polacy mieliśmy dzięki Jego obecności szczególne przywileje. Czuło się to szczególnie zagranicą. A ponieważ dość dużo podróżowałem, wielokrotnie miałem okazję przekonać się o niezwykłej mocy, jaka biła z kroków polskiego papieża.

Anioł stróż

Działo się to podczas meksykańskich piłkarskich mistrzostw świata 1986 roku. Pracowałem – już na emigracji – jako korespondent, wydawanego w Chicago tygodnika polonijnego, Relaks, zainstalowany w pobliżu „polskiej” grupy eliminacyjnej w Monterrey, na północy Meksyku. Któregoś dnia udałem się pożyczonym samochodem za miasto do obozu Brytyjczyków, na spotkanie ze znanym brytyjskim piłkarzem, wtedy już tylko dziennikarzem, Boby Charltonem. Nagle na prostej i niemal pustej drodze wyrósł meksykański policjant, wzywając mnie lizakiem do zatrzymania.
– Czy wiesz, informował mnie, że przejechałeś czerwone światło?
– Nie, nie wiem – odparłem. Zarzut był ewidentnie zmyślony. Zresztą gdybym nawet jakieś światła przejechał, to on by tego z takiej odległości nie dostrzegł. Ponownie ostro zaprzeczyłem. Policjant był jednak nieubłagany: prawo jazdy i dwieście dolarów grzywny. Nie pomagały prośby i tłumaczenia; że jestem polskim dziennikarzem, że właśnie jadę robić wywiad, że bardzo podoba mi się jego kraj etc. Uparł się, że wyłudzi ode mnie te 200 dol. i nawet mnie nie słuchał. Nabrałem więc głęboko powietrza, spojrzałem policjantowi w oczy i groźnym tonem oświadczyłem:
– Słuchaj no, Seńor Gonzalez, ja jestem Polakiem i jutro rano napiszę do naszego papieża list, w którym poinformuję go, że kłamiesz, że mi wmawiasz coś, czego nie zrobiłem, i w ogóle, że chcesz skrzywdzić Jego rodaka…Zobaczymy, jak papież na to zareaguje!
Policjant zbladł, złapał moją dłoń, potrząsnął nią na zgodę i zawołał błagalnym tonem:
– Seńor, por favor, no, no! Esta bien! No, no…papa no! Tylko nie to, proszę bardzo! Tylko nie papież!
Wsiadł na motor i pospiesznie odjechał.
Dzięki temu, że urodziłem się „ledwie 50 mil” od miejsca urodzenia „papy”, trójka gwatemalskich opryszków podarowała mi zdrowie, a kto wie, może i życie, kiedy zabłądziłem w mocno podejrzanej okolicy.
Przez niemal trzy lata jakie spędziłem w Meksyku, ukochanym kraju Ojca świętego, Jego imię, i moje polskie pochodzenie otwierały niemal wszystkie wrota.
Przyjechałem kiedyś w interesach do Meridy. Pech chciał, że akurat tego dnia celebrowano jakiś „jukatański” festiwal kultury. Hotele były wypełnione do ostatniego miejsca. Zapowiadało się, że będę spać w parku. Dowiedziawszy się jednak, że jestem Polakiem, recepcjonista hotelu Melia, nie dość, że załatwił mi „specjalny apartament”, to na dodatek właściwie mi za ten nocleg nie policzył. Podobno w czasie III wizyty Jana Pawła II w Meksyku, w 1993 roku, ówczesna gubernator stanu Jukatan, p. Dulce Maria Sauri przyrzekła Ojcu świętemu „otoczyć troską każdego Polaka”.
Och, Usted es polaco?! Papa es Polaco! – takie zawołania słyszę w Ameryce Łacińskiej od lat.
Dzięki papieżowi, nawet na największym odludziu, czy to w gminnej szkole, na wiejskiej plebani czy w zagubionej na skraju dżungli siedzibie misji, każdy Polak może liczyć na dach nad głową, a nawet wikt i opierunek. Dzięki osobie Jana Pawła II, polskie pochodzenie stało się czymś cennym, gwarancją rzetelności, a Polak synonimem kogoś ciekawego i sympatycznego. Nie tylko zresztą w Ameryce Łacińskiej. W październiku 1989 roku, goszczono mnie jak głowę państwa w redakcji singapurskiego dziennika The Strait Times. Na trzy dni i trzy noce szefostwo pisma oddało do naszej (była nas trójka Polaków) dyspozycji królewski apartament hotelu Hilton, platynowe karty kredytowe bez limitu i przewodnika z mercedesem i morskim jachtem. Papież był wtedy z wizytą w Korei, a nikt w redakcji (składającej się głównie z Chińczyków i Hindusów) nie miał bladego pojęcia na temat katolicyzmu. Jednakże naszą główną rekomendacją było to, że byliśmy rodakami Ojca św.

Życzliwsze spojrzenie

Kto wie, jak skończyłaby się najgroźniejsza afera związana z moimi podróżami, gdy w maju 1988 roku, wraz z trójką kolegów, też Polaków, wyrokiem sądy wojskowego w Limie, w trybie obowiązującego tam stanu wojennego, wpakowano każdego z nas na 10 lat więzienia za szpiegostwo. To, że peruwiański minister sprawiedliwości zgodził się nas w 48 godzin później wypuścić za łapówką, możliwe było właściwie dlatego, że za tydzień czy dwa przyjeżdżał do Peru z pielgrzymką, Jan Paweł II. Byłoby niezręcznie trzymać w więzieniu czwórkę rodaków papieża.
Ks. ks Ksawery Solecki, kapelan argentyńskiej Polonii, i Jerzy Morkis , Szef Polskiej Misji Katolickiej z Kurytyby potwierdzają, że od czasu pontyfikatu Jana Pawła II, latynoskie policje patrzą na Polaków życzliwiej. Trudniej to odnieść do policji amerykańskiej, ale i tak nigdy w dziejach Stanów Zjednoczonych pozycja Polaków nie była tak wysoka, jak od czasów polskiego papieża. Po latach polish jokes i naigrywania się z nas, do polskości przyznał się b. burmistrz Nowego Jorku, Ed Koch, rabin Brooklynu, a nawet Ukrainiec, aktor, Jack Palance. W popularnym programie telewizyjnym, Jeopardy (odpowiednik naszego Va bank), ”łamano” kwizowiczów na pytaniu: jaki jest drugi, po angielskim, najpopularniejszy język Hollywood, którego odpowiedź brzmiała: język polski!
Nie tylko Amerykanie łaskawiej na Polonię patrzą. Amerykańscy Polacy zaczęli być dla samych siebie łaskawsi. Urośli. Uwierzyli w siebie. Ustały docinki, polish jokes. Nigdy wcześniej Polacy nie mieli tak wysokiej pozycji, jak właśnie po 16 października 1978 roku. To jest ogromna zasługa Jana Pawła II. Tym bardziej, że właśnie Jego i prezydenta Ronalda Reagana, miłujący wolność Amerykanie, kojarzą z bezpośrednim sprawstwem rozpadu komunizmu.

Z bliska

Uczestniczyłem w co najmniej pięciu audiencjach Jana Pawła II, ale – od dnia bierzmowania, we wrześniu 1958 roku, kiedy nowowyświęcony biskup pomocniczy, Karol Wojtyła, w zastępstwie metropolity, Eugeniusza Baziaka, uczynił na moim czole znak Krzyża Świętego – nigdy nie udało mi się zamienić z Nim słowa czy chocby dotknac. Ocierałem się o Niego. Czułem jego bliskość, czasem – jak podczas pamiętnej audiencji dla górali, w czasie beatyfikacji św. Maksymiliana Kolbego, we wrześniu 1982 roku w Rzymie – do dotknięcia Jego dłoni zabrakło dosłownie centymetrów. Po każdym takim spotkaniu liczyłem na to, że może następnym razem…
Nigdy jednak nie dostąpiłem tego szczęścia.
Po raz pierwszy, we wrześniu 1979 roku. Niespodziewanie wyznaczono mnie na korespondenta z wizyty Ojca św. w USA. Jednakże tuż przed wyjazdem, popierający moją kandydaturę, naczelny Słowa Powszechnego, Janusz Stefanowicz poszedł w polityczną odstawkę i jego następca, zamiast mnie, oddelegował do USA kolegę, red. J. Był co prawda bardziej ode mnie doświadczony, ja jednak lepiej znałem Stany Zjednoczone. Kiedy J. przyleciał do Nowego Jorku, papież odjechał już do Bostonu, zanim się J. zorientował i poleciał do Bostonu, papież był już w Filadelfii. W Filadelfii też papieża nie spotkał; zamknął się więc hotelu i pił z rozpaczy, wysyłając – w przerwach na otrzeźwienie – przetłumaczone relacje prasy amerykańskiej.
Oficjalnie, jako dziennikarz, miałem spotkać papieża dopiero w marcu 1987, w czasie pamiętnej wizyty Ojca św. w Chile i Argentynie. Najpierw jednak nie dostałem wizy chilijskiej, potem, już w Buenos Aires, z powodu jakichś uchybień proceduralnych, odmówiono mi akredytacji. Udało mi się w końcu dołączyć do miejscowej Polonii, z którą papież spotkał się w stołecznym Lunaparku. I dopiero w 2000 roku, Amerykanie potraktowali mnie poważnie. Wyposażony w pełną, legalną akredytację, obsługiwałem pielgrzymkę Jana Pawła II do St. Louis dla mediów polonijnych. Miałem wtedy okazję ucałować Jego pierścień, gdyby nie spotkanie papieża z bejsbolistami miejscowej drużyny, Cardinals, po którym owacjom pod adresem papieża nie było końca, w związku z czym osobisty sekretarz Ojca św. ks. Stanisław Dziwisz, zmuszony był odwołać kameralne spotkanie przewidziane dla przedstawicieli mediów.
Mimo braku tej fizycznej bliskości, otarłem się osobiście o najbardziej dramatyczne wydarzenie z życia Jana Pawła II, jakim był niewątpliwie zamach 13 maja 1981 roku. Leciałem właśnie z Nowego Jorku do Chicago, gdy kapitan „flagowca” PAN AM odczytał przejmującym głosem komunikat o stanie zdrowia papieża. Pasażerowie zamarli. Zaczęli modlić się na głos. Lotnisko O’Hare przypominało jedną wielką kaplicę. Na środku holu przylotowego, zakonnica odmawiała na głos różaniec. Kilkaset osób, czarni, żółci, biali, w skupieniu, na klęczkach wznosiło modły o zdrowie papieża. Przez tydzień, dopóki stan zdrowia nie zaczął się poprawiać, dzień w dzień, noc w noc, w polskich kościołach Chicago tysiące wiernych modliło się za polskiego papieża. Jednym z nich był włoski misjonarz, O. Mario, niegdyś kapelan kliniki Gemelli, dzięki któremu – kilka miesięcy później – poznałem prof. Francesco Crucitti, chirurga który po zamachu operował papieża. Treść wywiadu z prof. Crucitti opublikował nieistniejący już tygodnik Kierunki; kopii niestety nie mam.
Gdziekolwiek się pojawiałem, On tam już był wcześniej. Poruszałem się niejako po jego śladach. Nikaraguańczycy, Koreańczycy, Japończycy, Filipińczycy, Tajowie, Afrykanerzy informowali mnie z dumą i satysfakcją: był już u nas; był dwukrotnie; przyjedzie w styczniu. Zmieniał ich życie. Dodawał sił, nadziei, wiary. Nigdy nie zapomnę rozmowy z kardynałem Rio de Janeiro, Dom Eugenio de Araujo Salesem, który o Nim powiedział: „Kościół miał kilku wielkich papieży. Pius XI, to na pewno pierwszy papieski erudyta. Jan XXIII, był pierwszym papieżem, który „przewietrzył” Kościół, Paweł VI, jako pierwszy papież wyjechał z Watykanu, do ludu, a Jan Paweł II to pierwszy papież, który naprawdę wierzy w Boga.”

Globtroter

Papież kochał świat, kochał ludzi. Inaczej nie byłby w stanie wytrzymać sześciu godzin w słonecznym skwarze, podczas spotkań z młodzieżą w Denver czy Santiago de Compostela. Kochał tę młodzież i nie miał jej za złe, gdy po 20 godzinach podróży, w czerwcu 1982 roku skandowała całą noc pod budynkiem nuncjatury apostolskiej, w pobliżu La Recoleta w Buenos Aires: „Juan Pablo Secundo, te quiere todo el mundo!”
Był Pielgrzymem, ale kochał też same podróże; niezwykłe miejsca, egzotyczną florę, trudne klimaty. Ktoś, kto po „siedemdziesiątce”, do tego w samym środku lata, jedzie do Kenii, Brazylii czy na Filipiny; komu niegroźne są bezdroża Boliwii, piaski Górnej Wolty czy bagna Zairu; kto potrafi w ciągu 11 dni przemierzyć 33 tys. km, ten musi się urodzić Globtroterem. Zazdrościłem Mu tego; odbył ponad 70 pielgrzymek; był w 200 krajach, na wszystkich kontynentach. Wszędzie tam, gdzie warto być. Szczególnie umiłował Amerykę Łacińską, którą odwiedzał najczęściej. Wyznaczył standard miejsc, które chciałbym jeszcze odwiedzić. Tym bardziej, że po śladach Jana Pawła II Polakowi jest łatwiej i bezpieczniej się poruszać. Zachęcam do tego wszystkich, zwłaszcza, że pamięć ludzka jest zawodna a nasza, polska obecność pomoże być może zachować ten drogowskaz w ludzkich wspomnieniach na dłużej.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-04-03

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. libertyWojciech Łapiński pisze:

    „Treść wywiadu z prof. Crucitti opublikował nieistniejący już tygodnik Kierunki; kopii niestety nie mam.”

    Czy pamięta Pan z którego roku,było wydanie tygodnkia.
    Dziękuje i pozdrawiam.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Chyba z konca 1981, albo poczatkow 1982. Nie pamietam. Pozdrawiam Jan M. Fijor

  3. ola pisze:

    jaki był pierwszy papież

  4. Jan M. Fijor pisze:

    sw. Piotr…chyba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *