Nowy Nowy Ład?

chat-dymki
4

Druga kadencja miała być inna. Uwolniony od presji reelekcji, prezydent miał się odciąć od etatyzmu, militaryzmu i wrócić do korzeni, czyli zająć wzrostem gospodarczym, reformą systemu wymiaru sprawiedliwości i deregulacją. Tymczasem, nie licząc kilku werbalnych deklaracji o wierność konstytucji oraz szacunku dla życia ludzkiego, George W. Bush bardziej przypomina populistę, ojca chrzestnego „New Deal”, Franklina Roosevelta niż amerykańskiego konserwatystę.

Antybiznes

Wprowadzając za przykładem Mussoliniego, politykę Nowego Ładu, populista, Franklin D. Roosevelt nie ukrywał, że została ona pomyślana jako bat na wielki biznes. Przedsiębiorcy to zawsze wdzięczny „chłopak do bicia”. Konserwatysta, George W. Bush nie różni się niczym od autora Nowego Ładu. W obliczu rosnącego deficytu, kompletnej beztroski w zakresie finansów publicznych i wciąż słabej waluty, wygodnie mieć kogoś, na kogo można zrzucić winę za zły stan rzeczy. Jeszcze nigdy – nawet w czasie Wielkiej Depresji – nastroje antybiznesowe nie były w Ameryce tak silne, jak właśnie teraz.
Po skazaniu głównego księgowego Enronu, Andrew Fastowa na 10 lat więzienia, dwucyfrowe wyroki grożą prezesom: WorldCom, Bernardowi J. Ebbersowi, Enronu – Kennethowi L. Lay, Tyco – Denisowi Kozlowskiemu i kilkudziesięciu innym przedsiębiorcom – przestępcom, którzy rzekomo poprawiali raporty roczne kierowanych przez siebie spółek. Za pogarszanie raportów też grożą kary; Departament Sprawiedliwości przyjął właśnie 100 mln dol. „zadośćuczynienia” od potentata na rynku pożyczek hipotecznych, spółki Freddie Mac, za to, że nie wykazała w swoich raportach rocznych ekstra zysków osiągniętych dzięki sprzedaży obligacji. Część skazanych zasłużyła sobie na wyroki głupotą i pychą, jednakże kara dosięgła całego biznesu. Mam na myśli ustawodawstwo znane jako ustawa Oxley-Sarbanesa, które stało się istną zmorą amerykańskich przedsiębiorców. „Tylko w pierwszym roku obowiązywania ustawodawstwa (Oxley-Sarbanesa – przyp. JMF) – mówi prezes giganta potentata elektronicznego, Vishay Intertechnologies z Filadelfii, dr Felix Zandman – wydaliśmy na dostosowanie się do jej wymogów 40 mln dol.”. W przypadku Vishay’a, firmy o wartości ok. 3 mld do. i zyskach rzędu 300 ml dol. rocznie, te 40 mln dol. to stosunkowo niewiele, w przypadku firmy debiutującej na rynku czy niewielkiej może oznaczać kryzys lub wręcz upadłość. Lata 2003 – 2004, pod względem ilości bankructwo, były rekordowe.
O ile, powstałe w 1933 roku, jako element rooseveltowskiego „nowego porządku”, ustawodawstwo znane jako „ustawa o papierach wartościowych” nie ingerowała w samą działalność spółek giełdowych, pozostawiając ją w gestii zarządów i akcjonariuszy, o tyle ustawy Busha wyręczają akcjonariuszy, dając im do zrozumienia, że są tępymi nieudacznikami, którzy bez ochrony rządu nie są w stanie należycie kierować swoimi portfelami inwestycyjnymi. Nie mówiąc o tym, że traktuje każdego przedsiębiorcę jako potencjalnego przestępcę. Beneficjantami takiej polityki są księgowi i adwokaci, głównie jednak politycy. Znany „pies na biznes”, b. prokurator stanowy i burmistrz Nowego Jorku, Rudy Giuliani, jest nadzieją prezydencką Republikanów w 2008 roku. Natomiast Demokraci stawiają na jego następcę, równie antybiznesowo nastawionego prokuratora, Eliota Spitzera. Biznes, zamiast zajmować się produkowaniem, konkurowaniem i optymalizowaniem swoich działań, coraz więcej czasu i wysiłku poświęca na zadowalanie polityków. To nie jest dobra wiadomość.
Nota bene buńczuczne zapowiedzi uwolnienia biznesu spod dyktatury adwokatów skończyły się na minimalnym zaostrzeniu kryteriów składania pozwów z oskarżenia zbiorowego; dużo hałasu o nic!

Troskliwość

Pod względem troski o zdrowie narodu, Bush przebił nawet Roosevelta. Szczytem populizmu jest uchwalona z hukiem, w czasie I kadencji obecnego prezydenta, „ustawa o bezpłatnych lekarstwach dla emerytów”. Pomysł powstał za czasów Lyndona B. Johnsona, autora powszechnych programów ubezpieczenia zdrowotnego dla emerytów (Medicare) i dla osób na zasiłku (Medicaid), odświeżył go potem Bill Clinton, autor największej w pokojowych dziejach Stanów Zjednoczonych podwyżki podatków, ale nawet ci dwaj, uchodzący za najbardziej socjalistycznych, prezydenci USA, nie odważyli się na taką rozrzutność. W przypadku George’a W., jedynym kryterium wydatków jest jego popularność polityczna, dla której gotów poświęcić każdy grosz – podatnika, rzecz jasna. Bezpłatne lekarstwa na receptę kosztować będą tego ostatniego ponad 70 mld dol. rocznie. Na początek. Z chwilą przejścia na emeryturę „wyżu demograficznego”, to jest po 2010 roku, kwota ta przekroczy 100 mld dol.
O ile pp. Ebbers i Lay pójdą siedzieć za to, że „przeoczyli” w raportach rocznych niespełna 1 mld dol., o tyle prezydentowi uchodzi na sucho „pomyłka” rzędu 35 mld dol. rocznie. O tyle bowiem „niedopowiedział”, przekonując kongresmenów go do głosowania za ustawą. Z chwilą odkrycia różnicy, przerażeni perspektywami dalszego wzrostu deficytu budżetowego (ustawa wchodzi w życie od stycznia 2006), ustawodawcy postanowili nacisnąć na przemysł farmaceutyczny, domagając się wprowadzenia urzędowej regulacji cen lekarstw. I to ma być konserwatywna prezydentura człowieka, który ma Biały Dom, Izbę Niższą i Senat po swojej stronie?

Bezpieczenstwo

Chodzi o bezpieczeństwo socjalne.
Militarne zostało już dawno zapewnione przy pomocy 700 mld dol. wydawanych rocznie m.in. na ok. 20 różnych organizacji i służb wywiadowczych, ministerstwa bezpieczeństwa publicznego, a ostatnio także koordynatora działalności antyterrorystycznej w randze członka gabinetu. George W. Bush po raz kolejny postanowił ratować Amerykę przed samą sobą, propagując energicznie program prywatyzacji systemu emerytur i rent. Prywatyzacja ma polegać na tym, że każdy Amerykanin zostanie zmuszony pod groźbą grzywny i uwięzienia do składania swych oszczędności na jesień życia na konta prywatnych firm finansowych. Teoretycznie jest to postęp w stosunku do oryginalnej koncepcji ubezpieczenia, jaką była kasa państwowa. Problem w tym, ze sama koncepcja „ubezpieczenia” jest wadliwa. Jej szkodliwość polega na pozbawianiu obywatela wyboru i utrzymaniu monopolu emerytalnego państwa. Pod Bushem niewiele się tu zmieni. Nadal pracujący będą płacić (pod przymusem) na nie pracujących, czyli emerytów. Nadal państwo utrzyma odpowiedzialność za wysokość funduszy. Wprawdzie składki na ubezpieczenie znajdą się odtąd w kasach firm prywatnych, to jednak o tym, których firm, decydować będzie rząd.

Uniformizacja

Genialne pomysły polityków można zreformować pod warunkiem, że ktoś to będzie chciał uczynić. Tymczasem Ameryka Busha popiera. Od lat nie zdarzyło mi się słyszeć w mediach takiej jednomyślności. New York Times ściga się z Washington Times w pochwałach pod adresem „prywatyzacji’ systemu „social security”. George W. Bush zbiera pochlebstwa za darmowe lekarstwa, zarówno od lewicowego Geraldo Rivera, jak i „prawicowego” Rusha Limbaugh. A najwięcej zachwytów pod adresem ustawy Oxley-Sarbanesa, regulacji wiążącej ręce przedsiębiorcom i obniżającej konkurencyjność amerykańskiej gospodarki, czytałem w biuletynie wydawanym przez Harvard Business School. Zanika różnica między Republikanami a Demokratami, między lewicą a konserwatystami, zwanymi obecnie neo-konserwatystami. Wybór między kandydatem republikańskim a demokratycznym sprowadza się właściwie do wyboru między „dżumą a tyfusem”, bez względu na barwy partyjne czy wyznawane idee. Wprawdzie Stephen Burnett, prodziekan najlepszej amerykańskiej szkoły biznesu, Kellogg Business School przy Northwestern University uważa, że nie ma powodów do niepokoju, a przechylenie na lewo jest li tylko „doraźną” odpowiedzią polityków na skutki panującego od kilku lat kryzysu gospodarczego, doświadczenie uczy jednak, że po każdym takim wychyleniu: od Roosevelta, poprzez Johnsona, Nixona, Cartera czy Clintona pozostawał osad etatyzmu, którego nikt nie tylko nie potrafił, ale wręcz nie chciał usuwać. Niektórych regulacji Nowego Ładu nie udało się złagodzić przez ponad 70 lat. Nawet Ronald Reagan nie odważył się zlikwidować, wprowadzonych przez swych poprzedników, uchodzących za całkowicie zbędne, wręcz szkodliwe, ministerstwa: mieszkalnictwa, handlu i edukacji. W rezultacie, z prezydenta na prezydenta, Stany Zjednoczone oddalają się od swych korzeni, stając się krajem coraz bardziej socjalistycznym. Chyba że za światełko w tunelu uznać oświadczenie władz Los Angeles, które w obliczu trudności finansowych, postanowiły skrócić wielogodzinne kolejki podróżnych poddawanych uciążliwej, ustawowej kontroli antyterrorystycznej, ograniczając jej zakres!

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-04-06

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. tadeusz jaworski pisze:

    wartościowy felieton,tylko jak zrobić by naród nie był taki głupi.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Trzeba doradzac ludziom, zeby czytali, uczyli sie, mysleli. Innego sposobu nie ma. jmf

  3. Wolski pisze:

    Kiedy panstwo obiecuje cos za nic, wtedy nawet wykszalcenie ludzi czy to podstawowe czy wyzsze przestaje sie liczyc instynkt bierze gore.Emeryta powinno powodzic sie najlepiej, pracowali przeciez dla siebie przez cale swoje zycie.Gdzie oszczednosci,ubezpieczenie, moralnosc?

  4. Marcowy pisze:

    Tu wpisz swój komentarz Powyzsze wieści są porażające. Jak polityka Busha przekłada się na dochody Amerykanów? Można przypuszczać,że na dluższą metę sporo będzie ich to kosztować. Jestem ciekaw Pana zdania na ten temat. Czy kurs dolara wobec euro, Pana zdaniem, będzie dalej niekorzystny dla turystów z USA podrózujących do Europy?
    Inna sprawa – „Sekrety amerykańskich milionerów” to znakomita książka dla każdego. Od dwóch lat regularnie do niej zaglądam, żeby nie zapomnieć. Przydałoby się coś podobnego, ale z uwzględnieniem polskich warunków.
    Z szacunkiem, Marcowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *