Miasto czy hurtownia?

chat-dymki
1

„Miasto to nie hurtownia nie musi tylko przynosić zysk” – powiedział do jednego z radnych burmistrz Olkusza. Ponieważ burmistrz Olkusza nie jest w swych przekonaniach odosobniony, spróbujmy zastanowić się nad sensem tej głębokiej skądinąd myśli.

Ideał

W sytuacji idealnej, miasto nie powinno przynosić zysku. Co więcej, nie może przynosić zysku, bo miasto istotnie nie jest ani hurtownią, ani żadnym innym przedsiębiorstwem. O ile hurtownia czyli przedsiębiorstwo utrzymuje się z zysków czyli różnicy między tym, co w jej działalność włożono, a tym co otrzymano, o tyle miasto (samorząd miejski) jest organizacją obywateli (podatników), którzy w imię wspólnego dobra złożyli się, by opłacić pewne działania takie jak: budowa i utrzymanie dróg, szkół, sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, służb porządkowych, oczyszczania miasta, dezynsekcji, dezynfekcji, deratyzacji i szeregu innych funkcji, które – zdaniem mieszkańców – w wydaniu kolektywnym są wykonywane taniej i sprawniej niż gdyby prowadził je każdy z nich z osobna. W tym rozumieniu miasto nie jest żadnym interesem, lecz co najwyżej wspólną kasą.
Jeśli z jakichś tajemniczych powodów, na koniec roku budżetowego pozostaje w kasie miejskiej nadwyżka, powinna ona zostać natychmiast zwrócona właścicielowi, czyli podatnikom. Istnienie nadwyżki oznacza bowiem, że podatek został zawyżony w stosunku do potrzeb. Jeśli zaś nadwyżka wynika z faktu nie wykorzystania części środków budżetowych, znaczy to, że wstawiono do budżetu pozycje, bez których miasto mogłoby się obyć, czego najlepszym dowodem jest to, że mimo niewykonania danej pozycji budżetowej, miasto nie rozpadło się.
Jeśli nawet zdarza się, że z powodu zaległości podatkowych miasto ma prawo przejąć czyjąś nieruchomość, powinno ją natychmiast sprzedać, a pieniądze uzyskane ze sprzedaży, przekazać do kasy miejskiej, co zmniejszyłoby wymiar podatku w następnym roku.

Realia

Rzeczywistość odbiega jednak od ideału. Wbrew temu co napisaliśmy powyżej, polskie prawo, a konkretniej „ustawa o samorządach” zezwala tym ostatnim na prowadzenie działalności gospodarczej, czyli na zabieranie w postaci podatku więcej niż jest to dla danej społeczności konieczne. W przeciwnym razie miasto nie miałoby kapitału na rozpoczęcie działalności.
Burmistrzowi chodziło najprawdopodobniej o taką właśnie sytuację. Mówiąc, że miasto nie musi przynosić zysku chciał uzasadnić pogląd, że działalność gospodarcza Olkusza może przynosić straty.
Samorząd miejski, jak wynika z powyższego, powinien dysponować jedynie taką ilością pieniędzy, jakiej wymaga utrzymanie instytucji i infrastruktury, na które mieszkańcy zdecydowani są (we własnym interesie) łożyć. Mam uzasadnione podejrzenia, że nie obejmuje ona wydatków kapitałowych na biznes samorządowy. Wątpię bowiem, aby mieszkańcy Olkusza (czy innych polskich miast i wsi) chcieli, aby ich własne samorządy robiły im konkurencję czy wyręczały ich w prowadzeniu biznesów. Mieszkańcy robią to sami – i chętniej, i lepiej. Dziecko bowiem wie, że biznes w wykonaniu prywatnym jest lepszy od biznesu w wykonaniu państwa czy samorządu. Prywatny przedsiębiorca wykłada weń własne, ciężko zarobione pieniądze, samorząd czy państwo, posługują się pieniędzmi nie swoimi, pieniędzmi podatnika. Człowiek z natury swojej dba o własny majątek lepiej niż o majątek powierzony mu. Strata pieniędzy własnych jest bowiem znacznie bardziej bolesna, niż strata pieniędzy, które dostaliśmy od kogoś, bez wysiłku czy starań z naszej strony.
Teoretycznie miasto miałoby prawo prowadzić działalność gospodarczą tylko wtedy, gdyby nie chcieli się jej podjąć obywatele. Trudno jednak uwierzyć, że nie ma w Olkuszu (czy jakiejś innej polskiej miejscowości) ludzi chętnych do prowadzenia warsztatów samochodowych, barów, sklepów, mleczarń, kancelarii adwokackich, gabinetów dentystycznych itp. placówek potrzebnych danej społeczności. Dowodzą tego chociażby prace Sejmu i innych instytucji kierujących życiem gospodarczym w Polsce, które robią wszystko, aby pęd obywateli do prowadzenia działalności gospodarczej przyhamować, a nie zwiększać. Służą im do tego takie narzędzia, jak: podatki, kontrole, obowiązek sporządzania sprawozdań, płacenia ubezpieczeń i szereg innych mechanizmów utrudniających prowadzenie biznesu.

Strzelanie w stopy

Życie uczy jednak, że wbrew temu co napisałem, samorządy prowadzą własną działalność gospodarczą chętnie. Dlaczego? Pomijając głupotę czy przypadki kryminalne, kiedy działalność ta służy wzbogaceniu się samorządowców, pokusą do wchodzenia w biznes jest poczucie misyjności. Samorządowcom wydaje się, i całkiem słusznie, że są takie sfery życia gminy, powiatu czy województwa, które prywatny sektor omija, a które mogą być dla życia danej społeczności żywotne. W przypadku Olkusza, takim biznesem misyjnym jest budowany właśnie kosztem kilku mln złotych, kompleks wystawienniczy z salą koncertową na kilkaset osób. Miasto posiada wprawdzie dom kultury, ale nie spełnia on aspiracji tego ambitnego organizmu administracyjnego XXI wieku. Sektor prywatny budowy kompleksu wystawienniczego podjąć się nie chciał, miasto musiało go wyręczyć. Czy w takiej sytuacji można mieć pretensje do burmistrza, że go buduje? Można, a nawet należy! Doświadczenie uczy bowiem, że gdyby kompleks był naprawdę potrzebny i mógł powstać, to powstałby już dawno. Prywatni inwestorzy czyhają tylko na okazję korzystnego ulokowania swoich oszczędności. Gdyby nawet inwestorom brakowało kapitału, mogliby go pożyczyć z banku. Nie wzięli się za kompleks wystawienniczy, ponieważ to marny biznes.
Ludzie inwestują swoje pieniądze tak, aby były one ulokowane najkorzystniej. A najkorzystniejszą lokatą jest to, na co istnieje zapotrzebowanie społeczne. Jeśli zbudują, przynoszącą straty salę koncertową, nie stać ich będzie na wybudowanie zyskownej fabryki czy osiedla mieszkaniowego. Jeśli ich kapitał przynosić będzie straty, po jakim czasie nie będą mieli za co żyć, popadną w biedę, zbankrutują. Burmistrz i radni takich problemów nie mają. Jeśli ulokują pieniądze w marny biznes, to osobiście nie tylko nic nie stracą, mogą nawet zyskać. Stratę na inwestycji pokryją z wyższych podatków. I w tym rozumieniu, burmistrz ma rację, miasto to nie hurtownia czy przedsiębiorstwo. Tym bardziej, że zawsze może się powołać na misję, czyli obowiązek podnoszenia poziomu kulturalnego mieszkańców.
Problem w tym, że pieniądze z podatków pochodzą od mieszkańców. Im wyższe podatki, tym biedniejsi obywatele. Wprawdzie opodatkowanie (w momencie nakładania podatku) nie zmienia łącznego bilansu zasobów miasta i obywateli, to jednak zmienia kierunek strumienia tych zasobów; zamiast na buty, koszulę czy wędlinę, pieniądze Jana Olkuskiego zostaną przeznaczone na utrzymanie sali koncertowej. Dokona się tym samym transferu pieniędzy z miejsc, gdzie są one należycie wykorzystywane (szewc, krawiec, masarz) do miejsc, w których przynoszą stratę (sala koncertowa). Po jakimś czasie szewc, krawiec i masarz podupadną, kto wie, może nawet zbankrutują, zaś sala koncertowa będzie kwitła. Nic w tym złego. Przecież buty, koszule czy wędliny można przywieźć z innych miejscowości. Problem w tym, że likwidacja producentów (szewca, krawca, masarza) oznacza równocześnie likwidację podatników, jakimi ci producenci są. Miasto tych podatków nie otrzyma. Burmistrz strzela sobie (miastu) w stopy. Tym bardziej, że tracąca pieniądze sala koncertowa podatków nie płaci.
Miasto będzie miało salę koncertową, ale nie będzie środków na jej utrzymanie. Z czasem i ona upadnie. Burmistrz może będzie już wtedy Czcigodnym Senatorem i mało kto skojarzy jego osobę z kryzysem jaki rozpętał.
Działalność gospodarcza samorządów to gwóźdź do gospodarczej trumny. Bez względu na to, czy przynosi ona zyski czy straty jest to działalność szkodliwa. Tylko rynek czyli obywatele wiedzą jakie przedsiębiorstwa powinny istnieć, a jakie nie. O ich istnieniu decydują, wydając dobrowolnie na ich utrzymanie swoje pieniądze. Jeśli nie wydają, znaczy, nie chcą i nikt nie ma prawa ich do tego zmuszać.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-04-15

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Tomasz Wołek pisze:

    Byle do końca kadencji. Potem ‚my’ (włodarze miasta) martwic sie juz tym nie bedziemy musieli, ze nowy dom kultury bedzie przynosic straty. Masę tego typu przykładów obserwujemy w innych przypadkach jak chociazby kasy chorych – likwidacja kas chorych (wyrzucenie pieniedzy na tworzenie calej infrastruktury), jednoczesnie ich centralizacja. Moze to nasza choroba, szybko sie ‚nachapać’ na stanowisku a potem niech sie dzieje co chce. Z punktu widzenia przecietnego obywatela nie potrafie zrozumiec wygórowanych ambicji osób na tzw. stanowiskach opłacanych z budżetu, które przeciez dostaja dobre wynagrodzenie za swoja prace.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *