Ekonomia sprzedaży cz. 6

chat-dymki
2

Wiemy już, że najtrudniejszym zadaniem biznesmena jest wyprodukowanie dóbr i usług, służących do zaspokajania najpilniejszych (niezaspokojonych przez innych producentów) potrzeb, w sposób najlepszy z możliwych i do tego najtaniej. Sprostanie temu warunkowi jest niemalże gwarancją sprzedaży.

Dlaczego, skoro jest to takie proste, z takim trudem przychodzi nam przekonywać ludzi do korzystania z naszych produktów czy usług? Skąd się biorą kryzysy, krachy i inne załamania koniunktury, wpływające negatywnie na kondycję biznesów i konsumentów? Czy są one skutkiem nieprzestrzegania zasad przez nas, czy może rezultatem istnienia jakichś zewnętrznych czynników, od nas niezależnych? Mimo iż odpowiedź na te pytania jest stosunkowo prosta, znalezienie jej zabrało uczonym wiele wieków. Ludźmi, którzy objaśnili naturę i pochodzenie tzw. cyklów koniunkturalnych byli dwaj wybitni ekonomiści austriacki, Ludwik von Mises i Friedrich von Hayek.

Obowiązujący przed nimi pogląd, że przyczyną kryzysów jest nadprodukcja obaliliśmy w poprzednim paragrafie. Teraz zajmiemy się drugą z powszechnie uznawanych przyczyn, mianowicie brakiem pieniędzy w gospodarce. Znalazła ona swój wyraz w tzw. inflacjonizmie, a więc w teorii utrzymującej, że w sytuacjach kryzysowych, zadaniem rządu jest „wstrzykiwanie” do organizmu gospodarczego pieniędzy, co odbywało się najczęściej za pomocą pras drukarskich, które wprowadzały do obiegu drukowane przez rząd banknoty. Mechanizmem, który je po gospodarce rozprowadzał były kredyty.
Pieniądz jest takim samym towarem, jak chleb, opony czy usługi fryzjerskie. Przy określonym na nie popycie, dodatkowa podaż pieniądza powodowała spadek jego ceny. Spadał koszt pieniądza czyli cena kredytu. Ludzie chętniej pożyczali, wprowadzając pieniądze do obiegu gospodarczego na różne sposoby: inwestując w środki produkcji lub konsumując. W obu przypadkach, pieniądze te przekładały się na nowe miejsca pracy. Ci nowi pracownicy rozprowadzali strumień pieniędzy po gospodarce głębiej i dalej. Pamiętajmy jednak, że te nowe (dodatkowe) pieniądze powstawały z papieru czyli z niczego. Nie kryły się za nimi ani towary ani usługi. Przy tej samej puli towarów i usług, społeczeństwo miało do dyspozycji zwiększoną pulę pieniędzy. Wywoływało to spadek ich siły nabywczej, czyli spadek wartości pieniądza znany pod pojęciem inflacji. Jej skutkiem był wzrost cen. Ten wzrost cen po jakimś czasie zaczynał hamować „ruch w interesie”. Ludzie mieli więcej pieniędzy, ale wcale więcej za nie nie byli w stanie kupić. Gospodarka wracała do stadium sprzed „dodruku” pieniędzy, czyli z okresu za małej ilości pieniędzy. Konieczny był nowy dodruk. I znowu, ci którym nowe pieniądze przypadły w udziale wcześniej, mogli jeszcze kupować towary po starej cenie. Inni, do których dotarły one później, musieli już zapłacić więcej.
Co gorsza, fala taniego pieniądza wprowadzona na rynek dawała biznesowi fałszywy sygnał; przedsiębiorcy uważali bowiem, że pieniądze te pojawiły się w ślad za produkcją dóbr i usług, jak pisał Say. Gdyby tak było, znaczyłoby że powstały one w wyniku powiększenia puli bogactwa społecznego. Wracając do prawa Saya, oznaczałoby to, że przedsiębiorcy będą mieli na co wymienić swoje dobra i usługi. Niestety, tak nie było. Jedynym „pokryciem” wartości nowych pieniędzy (które jak pamiętamy są jedynie środkiem ułatwiającym wymianę dóbr i usług) było…powietrze. A wymienianie maszyn czy usług na powietrze nie jest działaniem korzystnym. Przedsiębiorcy zmyleni przez rząd, podejmowali decyzje inwestycyjne, których w innych okolicznościach by nie podjęli. I wtedy pojawiał się kryzys; wydali pieniądze na produkcję dóbr czy usług, których nie było na co wymienić. Czyli, na których nie było chętnych.
Już w XIX wieku ekonomiści wiedzieli, że stymulowanie gospodarki przy pomocy pustego pieniądza jest działaniem nie tylko bezsensownym, lecz na dodatek szkodliwym. Wychodzenie z kryzysu, do jakiego doprowadziło „dmuchanie” pieniądza (inflacja) było niekiedy bardziej dolegliwe, niż sam kryzys, którego przy pomocy tych pieniędzy chciano zażegnać. Dlaczego więc w początkach XX wieku, wbrew oczywistym racjom, państwa poczęły wracać do starych praktyk?
Przyczyn można podać wiele, łączy je jeden wspólny element, któremu na imię: polityka.

W warunkach demokratycznych, obywatel czy poddany ma wybór: jeśli nie podoba mu się Iksiński z PO, może wybrać Ygrekowskiego z PiS czy Zetowskiego z Samoobrony. Polityk, którego rządy przypadły na czasy kryzysu, musi albo starać się gospodarkę z kryzysu wyprowadzić, albo rozglądać za nowym zajęciem. W ciągu 16 lat Trzeciej RP nie zdarzyło się ani raz, żeby wyborcy wybrali ponownie (kadencję po kadencji) ugrupowanie, które wprowadziło kraj w kryzys, a mimo to każde nowowybrane ugrupowanie powtarzało błędy swoich poprzedników i sytuacja niewiele się zmieniała. Takie wyboru są co prawda dowodem nieznajomości zasad rządzących gospodarką, politycy jednak tę ludzką tendencję (słabość) zwęszyli natychmiast i zaczęli się do niej dostosowywać.
Pamiętamy z poprzednich rozważań, że w fazie początkowej, ten dodatkowy pieniądz inflacyjny poprawia sytuację. Działa on jak pierwsze dwa, trzy kieliszki alkoholu. Niestety, dodawanie pieniędzy, podobnie jak przyjmowanie coraz większych dawek alkohol, prowadzi do upicia się i ciężkiego kaca. Uczucie wdzięczności, z jakim traktowaliśmy barmana ustępuje wściekłości na siebie, ale i na niego, że nie przestał nam polewać. Niestety, ma to najczęściej miejsce nazajutrz, kiedy barmana w pobliżu nas nie ma.
Analogiczny kac w gospodarce pojawia się z chwilą, gdy polityka, który do niego doprowadził albo w pobliżu nie ma, albo – co ma miejsce jeszcze częściej – kojarzymy z kacem nie tego barmana, który nas obsługiwał. Pamięć wyborcy jest wyjątkowo krótka. Wystarczy, że osobnik pragnący zostać wybranym ponownie obieca, że „dołoży starań”, albo co gorsza, to coś dobrego zrobi, bez oglądania się na konsekwencje swej dobroci, by naród go ponownie wybrał. Politycy dobrze opanowali tricki umożliwiające im ponowny wybór, dlatego mimo pogarszającej się z roku na rok sytuacji gospodarczej, skład Sejmu pozostaje w zasadzie …niezmienny. Prawidłowość tę dostrzegł i zręcznie wykorzystał brytyjski ekonomista John Maynard Keynes, który zamiast pomagać gospodarce i społeczeństwu, postanowił zrobić karierę na służeniu politykom.

Kto jest winien kryzysów?
Jan M. Fijor
„różne” 2005-05-03

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Puli pisze:

    Puli…

    Interesting Puli infomation…

  2. Niestety siła dzisiejszej propagandy jest ogromna, a politycy stają się coraz lepszymi aktorami.

    Ps. Świetne porównanie inflacji do spożywania alkoholu. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *