Czwarta droga

chat-dymki
4

Trudno sobie dziś wyobrazić polityka, który odważyłby się przedkładać wolny rynek nad demokrację. Ta ostatnia traktowana jest jako aksjomat, bez którego świat istnieć nie może. I dlatego prawie nikt nie wyobraża sobie, aby np. obudowę Afganistanu i Iraku zaczynać od mechanizmów wolnorynkowych, a nie demokracji. Tymczasem demokracja może, a niekiedy nawet powinna zostać poświęcona dla dobra krajów. Tak było np. w powojennych Niemczech, w Japonii, a później na Tajwanie i w Singapurze. „W sytuacjach skrajnie trudnych – twierdzi prof. Mark Klugman, niegdyś doradca ekonomiczny Ronalda Reagana i wykładowca Universidad Catolica z Santiago w Chile – wolny rynek jest znacznie skuteczniejszą formą rozwoju niż najlepsza nawet demokracja”. )

Niemcy, czyli Erhard

Odbudowa Niemiec po II wojnie światowej nie zaczęła się od tworzenia demokracji, lecz od likwidacji wprowadzonej przez Hitlera kontroli cen, znacznej obniżki podatków oraz uproszczeń procedur prawnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Architektami nowego porządku byli profesorowie ekonomii uniwersytetu w Fryburgu, Ludwik Erhard i William Roepke (n.b. uczniowie Ludwika von Misesa). Już w kilka tygodni po wprowadzeniu reform spadła demoralizująca ludzi i osłabiająca gospodarkę hiperinflacja, w miejsce barteru pojawiać się zaczął pieniądz. Badający ten okres ekonomista amerykański, Thomas W. Hazlett z University of California podaje, że o ile w czerwcu 1948 roku (początek reform) produkcja Niemiec Zachodnich była na poziomie 51 proc. stanu z roku 1936, o tyle już w grudniu, wzrosła do 78 proc. czyli o połowę! W ciągu dwóch lat reform PKB (per capita) praktycznie się potroił. W sąsiedniej, równie niedemokratycznej, tyle że nie wolnorynkowej strefie okupacyjnej sowieckiej, tempo wzrostu gospodarczego – pisze Hazlett – było (mimo naciągania statystyk) trzykrotnie wolniejsze. I choć propaganda lewicowa głosi, że Niemcy Zachodnie wydobyły się z kryzysu dzięki dwóm miliardom wypłaconym im w ramach Planu Marshalla, zdaniem Hazlett’a to nieprawda. W swoim szczytowym momencie wpłaty z tytułu Planu Marshalla nie przekraczały 5 proc. PKB. Uważa on, że gdyby Niemcy Zachodnie, w miejsce wolnorynkowych reform Reoepke/Erharda, wybrały demokrację, to przy panujących tam po wojnie silnych nastrojach socjalistycznych i etatystycznych, ich rozwój byłby znacznie wolniejszy. Potwierdza to zresztą obserwacja współczesnych problemów naszego zachodniego sąsiada.

Tygrysy Azji

Przykładem podobnego kompromisu są dzieje okupowanej przez Amerykanów po 1945 roku, Japonii. W trakcie okupacji, Stany Zjednoczone narzuciły Japończykom system reform zmuszający do uwolnienia gospodarki spod dominacji państwa; osłabieniu uległy wpływy związkowe, obniżono podatki, uproszczono procedury własnościowe zwłaszcza na wsi i, choć gospodarka wciąż była podporządkowana centralnemu planowaniu, „cud gospodarczy” jaki później nastąpił byłby w warunkach demokratycznych niemożliwy. Inne potęgi gospodarcze Azji – Hong Kong, Tajwan czy Singapur – mają problemy z demokracją do dzisiaj. Szczególnie wyraźny jest przykład Hong Kongu. Pod nieobecność demokracji, przy odważnych reformach rynkowych, udało się w tej biednej, pozbawionej bogactw naturalnych, a nawet ziemi kolonii stworzyć imperium gospodarcze. Pozbawiony instytucji demokratycznych, Hong Kong rósł w latach 1961 – 2002 w tempie ok. 5 proc. rocznie., a jego dochód krajowy brutto (w cenach z 2000 roku) powiększył się per capita z 3523 dol. amerykańskich w 1961 roku do 25,066 dol. w roku 2002!, jest to trzykrotnie więcej niż w Polsce i 10. krotnie więcej niż w największej demokracji świata, jaką są Indie.

Outsiderzy liderami

W Afryce podobny eksperyment udał się wyłącznie w Tunezji. Ten biedny jeszcze 16 lat temu kraj odważył się na pakiet agresywnych reform wolnorynkowych wprowadzanych w warunkach, charakterystycznej dla krajów arabskich, „miękkiej dyktatury”. Prezydent Ben Ali objął władzę po 31 latach socjalizmu Burgiby, który wprawdzie też opierał się na rządach dyktatorskich, daleko mu jednak było do wolnego rynku, konkurencji i tym podobnych zjawisk wprowadzanych dzisiaj z determinacją i w szybkim tempie przez rząd Ali’ego. W ciągu kilkunastu lat Tunezja wyszła na czoło gospodarcze Afryki, wyprzedzając w tempie rozwoju znacznie większe Maroko i, lepiej dotąd rozwiniętą, Republikę Południowej Afryki. Gospodarka rośnie nieprzerwanie od 1987 roku w tempie ponad 4,5 proc. rocznie. Centralne planowanie jest systematycznie zastępowane delegowaniem władzy, a własność państwowa prywatyzowana. O ile w 1987 roku w rękach państwa znajdowało się blisko 90 proc. majątku, o tyle dzisiaj pozostało go już mniej 30 proc. Dzięki poszanowaniu własności prywatnej, stabilności monetarnej i gwarancjom dla inwestorów Tunezja przyciąga dziś więcej inwestycji zagranicznych (14 mld dol. rocznie) niż cała reszta Afryki. W rankingu konkurencyjności gospodarczej kraj ten wyprzedza…Polskę. Podobnie, jak Chile, którego gospodarka również powstała z popiołów.
Do przewrotu wrześniowego 1973 roku Chile było outsiderem Ameryki Łacińskiej. Trzydzieści lat później kraj ten ściga się o prymat na kontynencie, z inną, też nie-całkiem-demokratyczną potęgą, Meksykiem. Jeszcze w grudniu 1973 roku Pinochet wybrał się w świat w poszukiwaniu modelu ekonomicznego. Odbył w tym celu trzy podróże: na Tajwan, do Singapuru oraz do Lesotho (RPA). Wybrał Tajwan, którego system Chile zaczęło kopiować. Efektem tej niedemokratycznej decyzji sprzed 20 lat jest bezprecedensowy wzrost gospodarczy – ponad 7 proc. rocznie – dzięki któremu Chile jest dziś liderem gospodarczym kontynentu.

Dyktator nie wystarczy

Sama dyktatura rozwoju gospodarczego nie gwarantuje, co widać chociażby po Filipinach, Chinach epoki Mao Tse Tunga, Paragwaju za Stroessnera czy rządzonych po dyktatorsku Libii. Bliskim sercu przykładami są reżymy w krajach RWPG. To, że dyktatura przyniosła owoce w Tunezji a nie w Libii; w Chile a nie w Paragwaju; na Tajwanie a nie na Filipinach zawdzięczać należy wolności gospodarczej zwanej przez von Misesa, „demokracją konsumentów”. Zdaniem prof. Klugmana, „przejście od wolnego rynku do demokracji, nawet w warunkach dyktatury jest mniej bolesne niż wykrzesanie rozwoju gospodarczego w krajach, w których gospodarka podlega rozjuszonej większości roszczeniowej”. Demokracja – zdaniem Jose Pińera, architekta cudu gospodarczego Chile – nagradza większość, a ta nie zawsze zachowuje się w sposób racjonalny. Myśliciel brytyjski, Alexander Tytler poszedł dalej twierdząc, że „Demokracja może istnieć tylko tak długo, jak długo większość wyborców nie odkryje, że są w stanie wyłudzić cokolwiek ze skarbca państwa”.
W Iraku, wskutek ignorancji ludu, wprowadzeniu demokracji towarzyszy utrwalanie się postaw socjalistycznych – jedynych wyuczonych form zachowań ekonomicznych. Podobnie było w Polsce 1989 roku. Brak doświadczeń, mimo pojawienia się instytucji wolnorynkowych, przywraca „ręczne sterowanie” gospodarką charakterystyczne dla socjalizmu. Niepokojąco wielu Polaków wzdycha za epoką Gierka, co jest wyrazem ich rezygnacji z demokracji na rzecz „miękkiego” reżymu. Polacy nigdy nie mieli za złe swoim dyktatorom, o czym świadczą ciepłe uczucia żywione wciąż do Józefa Piłsudskiego, a po wojnie, do Władysława Gomułki i Wojciecha Jaruzelskiego.
Dojście do zasad wolnorynkowych na drodze demokratycznej jest trudne, gdyż wymaga ciężkiej pracy, konkurencyjności, poszanowania prawa własności i innych zjawisk, od których po 22 lipca 1944 roku odwykliśmy. Zresztą z samą demokracją też nie jest u nas najlepiej. Frekwencja wyborcza w Polsce rzadko kiedy przekracza 40 proc. Ta malejąca wiara w demokrację polityczną, w biurokrację i towarzysząca im nieudolność państwa sugerują, że Polacy przystaliby na „demokrację konsumentów” nawet pod nieobecność demokracji politycznej. Problemem pozostaje jednak sposób ustanowienia tego przejścia. Jeśli jednak system gospodarczy nie ulegnie gruntownej i szybkiej zmianie, właśnie w kierunku wolności gospodarowania, przejście to stanie się dla nas koniecznością i pojawi się, czy będziemy tego chcieli, czy nie.

Jan M. Fijor
„różne” 2005-05-07

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Daniel pisze:

    40% frekwencja wyborcza, to nie wada, to zaleta. Taką demokrację należy mieć w d****. Odpowiedzialność za swoje czyny jest podstawą sprawiedliwości, a „tajna demokracja” jest tego zaprzeczeniem.

  2. liberty pisze:

    Bandyckie państwo należy robić w konia na każdym kroku. Unikanie płacenia haraczu na warszawską mafię i ekspansja szarej strefy to obowiązek każdego prawdziwego patrioty. Obywatela kraju zwanego Polską, a nie państwa polskiego, które „kraj” Polskę zawłaszczyło, uważa za „swój” i wmówiło maluczkim, że to „nasze” państwo. Kompletna bzdura. Panśtwo polskie jest tylko i wyłącznie narzędziem pasożytniczych reketiorów i jako takie powinno podlegać powszechnemu ostracyzmowi. Nie dajmy z siebie robić niewolników biurokratycznej hołoty. Jeżeli nie stawimy oporu, ten społeczny nowotwór pociągnie nas w końcu na samo dno

  3. Marcin Osowski pisze:

    Zgadzam się praktycznie z wszystkimi tezami autora artykułu. zastanawiam się jednak, czy w naszych warunkach jest możliwe zastosowanie takiej wolnorynkowej terapii szokowej.
    jestem przekonany, że przedsiębiorczcość i energia Polaków spełniałaby się w takim systemie bardzo dobrze. Problemem jest jednak znalezienie odpowiedniej siły, która mogłaby narzucić taką zmianę. I w gruncie rzeczy to jest główny problem, gdyż praktycznie wszystkie główne siły w Polsce reprezentują w Polsce koncepcje etatystyczne vide (media, PO, PiS, LPR, Pałac Prezydencki obojętnie z jakim sukcesorem, wojsko, Kościół). Nie ma u nas autorytetu, nawet ośrodka (thinktanks) opiniotwórczego, który by nieśmiało proponował gwałtowną zmianę. wybór jest praktycznie między całą plejadą rozwiązań lewicowych, a ostrożnymi próbami nawiązania do pewnych wolnorynkowych rozwiązań, ale bez strat dla budżetu, który jest przecież najważniejszy.
    niestety, nie widzę możliwości w najbliższym czasie (5 lat), żeby taki ośrodek mógł sie pojawić. Osoby i grupy takie jak p. Korwin-Mikke, UPR są traktowane pobłażliwie. akces do UE tylko utrwalił tendencje roszczeniowe, a na dodatek wytworzył groźne wrażenie, że jakikolwiek postęp i modernizacja jest możliwa dzięki dotacjom i rozmaitym funduszom europejskim. Tak zostaną zdemoralizowani do końca rolnicy, takim złudzeinom ulegają samorządy i co najgosze niektóre firmy.
    Paradoksalnie jedyną osobą, która mogła przeprowadzić takie reformy był gen. Jaruzelski, gdyby pod koniec lat 80, zamiast oddawać władzę wprowadzić ultraliberalne reformy gospodarcze. jak wiemy, ten sowiecki aparatczyk, utrwalający system planowego i wszechogarniającego złodziejstwa nie mógł tego zrobić, gdyż byłoby to ponad siły mentalne jego ekonomów.
    dlatego mamy szalejący etatyzm z byłymi związkowcami w swojej życiowej roli – walczących o socjalizm z ludzką twarzą.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Wszystko sie zgadza, z tym ze w Chile bylo dokladnie to samo. Pinochet tez byl etatysta, ktory spostrzegl naraz, ze „stare” nie dziala. Mial okazje, zaprosil do stolu liberalow, kazal sobie wylozyc ich doktryne i uznal, ze to jest wlasnie to czego krajowi trzeba. I mial racje. A co do sposobnosci? Etatyzm jest kosztowny, a Polska biedna. UNia tez juz bokami robi. Wkrotce dojdzie do przewrotu i bedzie okazja. Oby szybko i bezbolesnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *