Podróż do Surinamu (5)

chat-dymki
9

Nie, nie zapomniałem o relacji z ostatniego odcinka podróży do Surinamu. Wstrzymywałem się z napisaniem go z dwóch powodów. Czekałem na wieści o „tajemniczej Polce”, która na obrzeżach Paramaribo (stolicy Surinamu), tuż przed moim przyjazdem, otworzyła „wschodnio-europejską” restaurację. A ponadto, napisałem o Surinamie do jednej z dużych polskich gazet, licząc na szerszą popularyzację tego niezwykłego miejsca. Ten tekst miał iść jego śladem. Stało się inaczej, o czym za chwilę…

Azyl za krawat
Periodyki pokładowe czytam wyłącznie z konieczności. Jest to prasa lekka, łatwa i nudna. Magazyn brazylijskiej linii powietrznej TAM nie był tu wyjątkiem; wywiad z piłkarzem jakiegoś FC (football club), który zachwalał uroki…Sao Paulo, reportaż o kościołach z Botafogo, sekrety soczystego churrasco i…instrukcja wiązania krawatów.
Od dziecka mam kompleks wiązania krawatów. Z pojedynczym węzłem radzę sobie jako tako, ale podwójny był dla mnie nie do przejścia. Ojciec obumarł mnie w wieku przedkrawatowym, nie miałem się od kogo się uczyć. Ucieszyłem się więc, kiedy w magazynie TAM znalazłem szczegółową instrukcję wiązania krawata i to na kilka sposobów. Wyrwałem ją sobie, planując rozpracowanie węzłów w czasie postoju w Belem. Sztywne, kredowe kartki włożyłem do kieszeni dżinsów i zupełnie o nich zapomniałem. Przypomniałem sobie dopiero w na lotnisku w Paramaribo.
Jak wspominałem kilka miesięcy temu, do Surinamu przyleciałem bez wizy. Na kilka tygodni przed wyruszeniem skontaktowałem się z waszyngtońską ambasadą Surinamu, gdzie mnie zapewniono, że „wiza to formalność” i otrzymam ją bez problemu na lotnisku. Gdybym wiedział, że będzie inaczej, udałbym się w Belem do konsulatu i po prostu tam wizę wykupił.
Wiza Surinamu jest, istotnie, formalnością, pod warunkiem, że jest ktoś, kto może nam ją sprzedać. Parodniowy remont, i ciągnące się w jego ślad opóźnienia w rozkładzie lotów jednego z dwóch samolotów Surinam Airways (drugi, boeing 747 lata wyłącznie na trasie do, i z Amsterdamu), wytrąciły z normalnego rytmu pracy pracowników sekcji wizowej lotniska w Paramaribo. N.b. na „międzynarodowym” lotnisku w Paramaibo ląduje każdego dnia aż 6 samolotów. No, więc kiedy wreszcie tam dotarłem poza rozkładem, sekcja wizowa była nieczynna. Jej urzędnicy mieli się pojawić znowu dopiero wieczorem, mniej więcej za 5 godzin. Tymczasem prawo Surinamu nie pozwala przebywać na terenie „republiki” bez wizy dłużej niż…trzy godziny, urzędniczka graniczna kazała mi więc bezzwłocznie wsiadać do samolotu, który właśnie przyleciałem, i wracać do Belem. Jedyną osobą, która mogła to zmienić, czyli przyznać mi azyl, był jej przełożony, który właśnie przed godziną udał się był do Paramaribo na jakieś spotkanie służbowe. Powrót do Belem rujnował moje plany. Primo, przyleciałem do Surinamu, bo był to ostatni kraj Ameryka Południowej, brakujący do mojej kolekcji. Secundo, z Paramaribo odlatywałem do Europy, do domu. Tertio, powrót do Brazylii wiązał się ze znacznymi kosztami, wymagał bowiem zasadniczej zmiany marszruty, czyli powrotu aż do Sao Paolo, jedynego miejsca w Brazylii, skąd mogłem odlecieć do Amsterdamu.
I wtedy stał się cud.
Szef graniczników, dowiedziawszy się o wyjątkowej randze spotkania, na które został wezwany, wrócił na lotnisko po…krawat. I wyobraźcie sobie, że jak już ten krawat znalazł, nie potrafił go związać. Przypomniałem sobie o kartkach z magazynu, wyjąłem je, rozprostowałem i podsunąłem sapiącemu z bezradności i zdenerwowania mężczyźnie. Wspólnymi siłami rozszyfrowaliśmy instrukcję i krawat był związany w najmodniejszy obecnie, „gruby węzeł”. Nie muszę chyba wyjaśniać, że uratowało mnie to przed deportacją. Co prawda, wizy nadal nie miałem, otrzymałem jednak azyl (poważnie), dzięki któremu mogłem przebywać na terenie Republiki Surinamu dłużej niż trzy godziny. Skostniały z zimna od podmuchów tropikalnych klimatyzatorów lotniskowego hallu, wzmocniony niezłym surinamskim piwem (bo właśnie otworzono sklep wolnocłowy) doczekałem do przylotu samolotu KLM z Amsterdamu i po blisko sześciu godzinach azylowania wizę dostałem. Nie posiadam jakichś wiarygodnych danych na ten temat, ale osobiście nigdy droższej wizy nie napotkałem; 50 dolarów za 4 dni pobytu. Podobno za prezydenta Ferdinanda Collor de Mello, Brazylijczycy żądali od Rosjan za wizę po 100 dol., ale odkąd pod Krzyżem Południa rządzą marksiści, Rosjanie mają wizy darmo.

Polonica

Wszędzie gdzie jadę szukam najpierw śladów Polski i Polaków. W „zamierzchłej” historii Surinamu, kiedy była to jeszcze kolonia Murzynów zbiegłych z plantacji brazylijskich i karaibskich, polskich śladów brak. W czasach kolonialnych, za panowania Holandii, zdarzały się tu i ówdzie nazwiska przypominające brzmieniem nazwiska polskie (Solny, Bogacke), nie wyróżnili się jednak niczym szczególnym. W latach 1930. przyjechało do Paramaribo kilkadziesiąt rodzin żydowskich z Europy Wschodniej, ale czy to byli Polacy, nie wie nawet Marius, kronikarz gminy żydowskiej z Paramaribo. Jest za to kilka śladów współczesnych.
Jeszcze w Belem, w czasie dwudniowych oczekiwań na samolot przekonałem się, że Polacy są w Surinami nadspodziewanie dobrze znani. Głównie z powodu znajomości, jakie nasi rodacy zawierali z surinamskimi gastarbeiterami w czasie pracy Holandii. Jedni i drudzy specjalizowali się w pracy na holenderskich plantacjach truskawek, przy zbiorze kalafiorów czy restauracyjnych zmywakach. Wspólny los połączył kilka polsko-surinamskich par. Mężem Polki był przez jakiś czas, Ricky Tjokjoredio i jego kuzyn, Soenil. Oba małżeństwa, jak twierdzili, rozpadły się z przyczyn klimatycznych. Polskie kobiety nie wytrzymywały panujących w Surinamie upałów. Zresztą małżeństwa mieszane są nietrwałe bez względu na strefy klimatyczne. Odmienne kultury, różne obyczaje, pewnie też „nostalgia za swojskością” bywa przyczyną rozpadu związków polsko – zagranicznych, ale to temat na inne opowiadanie. Jeśli gdziekolwiek w egzotycznych krajach spotykałem polskie kobiety, były to przeważnie rozwódki, skarżące się na brak zrozumienia ze strony zagranicznych partnerów. Gujany nie są wyjątkiem.
Na lotnisku w Cayenne (Gujana Francuska) opowiadano mi o pewnej Polce, która przed laty przyjechała tam za jakimś oficerem Legii Cudzoziemskiej, a dziś ze złamanym sercem prowadzi w interiorze plantacje owoców tropikalnych. Serge z oddziału ochrony lotniska, który mi o niej opowiadał, pamięta też pewnego samotnej i pięknej Polce, która osiedliła się w Gujanie Francuskiej i prowadzi hotelik na Diabelskiej Wyspie, będącej atrakcją turystyczną tego kraju. Było też kilku polskich żołnierzy w ramach oddziałów Legii Cudzoziemskiej, strzegącej francuskiego kosmodromu. O jednym z nich, swoim kuzynie, opowiadał mi gdańszczanin z Chicago, mecenas Maciej Ordon.
W kasynie Plaza, jednym z kilkunastu centrów hazardu Paramaribo, przedstawiono mi Irene, czyli Irenę, Polkę, krupierkę z Las Vegas, oddelegowaną na kilka miesięcy do Surinamu. Wymieniliśmy tylko uśmiechy i powitania. Krupierom nie wolno rozmawiać z gośćmi, tym bardziej z dziennikarzami.
Na prowadzonej od 1992 roku przez władze imigracyjne, liście osób otrzymujących wizę surinamską, pośród blisko 39 tys. osób, jakie w tym czasie odwiedziły ten egzotyczny kraj, widnieje tylko jeden polski obywatel: „dr A. Dabrowski”. Urzędnik imigracyjny twierdzi, że był to polski dentysta schwytany na lotnisku Johana Adolfa Pengela i osadzony w miejscowym więzieniu za przemyt narkotyków. Nie udało mi się tej wiadomości zweryfikować. Los „dr. Dabrowskiego” owiany jest tajemnicą nawet w biurze policji. Pisał o nim miejscowy dziennik, Stabroek News, ale nikt w redakcji nic już na ten temat nie wie. Pokazano mi natomiast wycinek gazety o Polce, która po kilkunastu latach życia w interiorze, otworzyła na wschodzie Surinamu, w miasteczku Moengo „słowiańską” kafeterię. Niestety, ani nazwiska właścicielki, ani adresu restauracji w notatce nie podano. W znalezieniu Polki miał mi dopomóc właściciel hotelu North Resort w Paramaribo, Ricky, surinamski potomek Hindusów, którzy osiedlali się w Gujanie Holenderskiej masowo na przełomie wieku XIX i XX. Przed paroma dniami otrzymałem od Rickyego wiadomość, że Polka okazała się być Czeszką, a restauracja…hurtownią części i wyposażenia łodzi. Mimo to uważam, że moja podróż z przygodami do Surinamu nie została zmarnowana. Zwłaszcza, że jest to miejsce szczególne i niezwykłe, chociażby ze względu na ogromne znaczenie, jakie Surinamczycy nadają wolności, która przed blisko dwoma wiekami była fundamentem tego kraj. Do dziś, pod względem zakresu swobód jest to chyba najbardziej wolnościowo zorientowany zakątek globu. Aż dziw bierze, że świat tak mało na ten temat wie.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-05-15

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Michal pisze:

    bardzo ciekawa relacja.za 2 tygodnie bede w gujanie francuskiej i surinamie to dowiem sie wiecej o losach krajan w tamtym rejonie.pozdrowienia.
    michal.szawan@sciencemuseum.org.uk

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Szczesliwej drogi. Uwaga: w Surinamie jest globalne ocieplenie. Nawet o tej porze. Pozdrawiam Jan M Fijor

  3. marta pisze:

    świetny komentarz,jak w grudniu sie wybieram

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Jesli moge doradzic, to niech pani jedzie najpierw do Gujany Francuskiej, a dopiero stamtad (samolotem) do Paramaribo. Gdy juz pani bedzie w Surinamie, to radze pojechac w glab kraju, w dzungle. To jest raj. Ja niestety tylko liznalem tematu. Moze wybiore sie tam ponownie. Choc szczerze powiedziawszy jest to kraj z tych co to wystarcza na jedna wizyte. Okropnie nie po drodze, chyba ze ktos jest eksplorerem polnocne-wschodu Ameryki Poludniowej. Zycze udanej podrozy Jan M Fijor

  5. SLAWEK pisze:

    Mieszkam w Surinmamie 16 lat Kasie z Mungo znam mamy tuta konsula moj skyp sznydel,suaviq1 tel005978765940 pozdrawiam

  6. SLAWEK pisze:

    Znajdziecie mnie na NK Sznydel Slawomir Paramaribo

  7. SLAWEK pisze:

    jestem dostepny tylko w sobote i niedziele na internecie telefon po 18.00 nie zapomnijcie o roznicy czasu 5 godz do tylu

  8. Jan M Fijor pisze:

    Co za niespodzianka. Polacze sie z toba w ten albo nastepny weekend.. Szkoda, ze nie wiedzialem wczesniej, moglismy zrobic polskie party w Paramaribo. A swoja droga, gdzie nas nie ma. Za 3 meisiace lece do zambii i juz wypozyczylem Toyote 4×4 od…Polaka. Znalazlem go via Internet, ale w Surinamie nawet nie szukalem.

    Lekkiego ochlodzenia zycze

  9. Natalia pisze:

    Jestem córką „SŁAWKA”. 2 lata temu byłam razem z siostrą i dziadkami w Surinamie. Jest to kraj niezwykły i pełen uroku. Ludzie maja inny styl życia. A wszystko w kolo takie wielkie i piekne:))) Mam duzo zdjec;) Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *