Cieszyć się czy płakać?

chat-dymki
3

Nie spełniły się przepowiednie sceptyków – w pierwszym roku członkostwa Polska otrzymała z Unii netto ponad 6 mld zł. Wprawdzie darowanemu koniowi nie wypada zaglądać w zęby, to jednak sposób, w jaki pieniądze te docierają do polskiej gospodarki może budzić obawy i wątpliwości.

Wskutek biurokratycznego (prze)sterowania, przesadnej formalizacji, niejasnych kryteriów nagradzania wniosków o pomoc, a zwłaszcza uznaniowości w ich ocenie, marnuje się co najmniej połowa środków otrzymywanych z Brukseli. Podręcznikowym przykładem takiego marnotrawstwa jest zakończona właśnie, II tura dofinansowania projektów w ramach sektorowego projektu „Rozwoju Zasobów Ludzkich”, znanego jako Europejski Fundusz Społeczny (EFS), wartość w 2005 roku ok. 207 mln zł.

Kolejka do kasy

Bogdan Malinowski, dyrektor Instytutu Organizacji i Zarządzania w Przemyśle „Orgmasz”, jednej z kilkuset polskich firm specjalizujących się w przygotowywaniu wniosków o pomoc unijną, podkreśla, że dobry wniosek to wniosek absolutnie bezbłędny od strony formalnej; nie może zabraknąć literki, przecinka, załącznika. Implikacją tego niewinnego, zdawałoby się, założenia jest to, że gros unijnej pomocy nie trafia do jej adresata.
Pierwszym w kolejce do unijnych pieniędzy jest ich kasjer, Regionalne Instytucje Finansowe i ich organ nadrzędny, Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP). W zakończonej właśnie, II turze wniosków o dofinansowanie działalności szkoleniowej, w ramach programu EFS przyznano 68 mln zł na 71 projektów szkoleniowych, ułamek tego, o co występowano. Termin składania wniosków minął 31 grudnia 2004, werdykt wydano dopiero po 20 kwietnia. Kontrakty zostaną podpisane w tym miesiącu. Znaczy to, że urzędnicy RIF i PARP potrzebowali na przeanalizowanie i przyjęcie (ewentualnie odrzucenie) wniosków aż 14 tygodni. Z informacji uzyskanej w PARP wynika, że w procesie decyzyjnym wzięło udział co najmniej 120 osób, głównie specjalistów, inspektorów i kontrolerów. Koszty ich pracy uszczuplą pulę grantów o ponad 3,5 mln zł, co stanowi ok. 5 proc. przyznanych środków. O wiele więcej kosztuje samo przygotowanie wniosku.
Tylko niewielki procent „wnioskowiczów” przygotowuje wnioski na własną rękę, gros robi to za pośrednictwem wyspecjalizowanych firm „wnioskowych”. Cena za wniosek wynosi od 8 do 12 proc. jego wartości. Niektóre, jak „Orgmasz” biorą z dołu, po tym, jak ich klient dotację otrzyma, inne, jak holenderski potentat w dziedzinie przygotowania wniosków, PNO, z góry. Prawie wszystkie firmy liczą jednak swoim klientom tzw. opłatę manipulacyjną, która wynosi od 6 do 15 tys. zł. za wniosek. Co prawda koszty przygotowania mogą być przez EFS refundowane, jednakże z refundacji skorzystać tylko firma, której wniosek został zakwalifikowany. Zresztą i to nie jest całkiem pewne – ostrzega Malinowski:
– Samo przyznanie środków nie oznacza wcale, że zostaną one w 100 procentach wypłacone. Przedsmak „dramatu rozliczeniowego” miały firmy, którym przyszło zwracać środki otrzymane w ramach SAPARD czy PHARE.
Szczęśliwców, którzy zostali przez PARP zakwalifikowani, przygotowanie wniosków wraz z prowizją oraz ich własną pracą, która wymaga niekiedy oddelegowania 2 osób personelu, kosztuje od 15 do 20 proc. wartości grantu. Dodając do tego koszt procesu kwalifikacyjnego, wychodzi że jedną czwartą funduszu dotacji pochłania biurokracja. Jeszcze wyższe są koszty społeczne. Pamiętajmy bowiem, że opłatę manipulacyjną – to jest średnio ok. 8 tys. zł na wniosek – plus koszty obsługi własnej w ramach firmy starającej się o dotację (licząc konserwatywnie ok. 3000 zł na wniosek), ponosi się z góry, bez względu na wynik konkursu. Histeryczne doniesienia mediów o perspektywach utraty dotacji unijnych z powodu ich niewykorzystania, sprawiły że tylko w I i II turze, złożono ich prawie 1000. „Tak ogromnej ilości – nie ukrywa rzecznik prasowy PARP, Monika Karwat – nie spodziewał się nikt”. Koszt przygotowania tych wniosków to w skali gospodarki – jak dotąd, a w tym roku odbędą się jeszcze 3 tury – wydatek rzędu 11 mln zł, czyli ponad 5 proc. całości środków przyznanych na 2005 rok. Zdaniem Andrzeja Godlewskiego z PNO, firmy mającej za sobą kilkanaście lat doświadczeń unijnych: „zwycięskie firmy otrzymają „na rękę co najwyżej 85 proc. formalnie przyznanych im kwot”.
Polska więc będzie mieć dużo szczęścia, jeśli do adresatów dofinansowania w ramach EFS trafi choć połowa puli grantów.

Grupa trzymająca kasę

Jeszcze więcej wątpliwości – zdaniem Henryki Bochniarz z PKPP Lewiatanu – wzbudzają kryteria przyznawania pieniędzy. Co prawda PARP zapewnia pełną obiektywność przyznawania pomocy, powołując się na rygorystyczną kontrolę unijną, trudno się jednak z tym zgodzić, jako że kryteria poszczególnych programów są formułowane w sposób tak ogólny, że aż wieloznaczny. Już sam fakt przyznawania ich w oparciu o kryteria „polityczne” a nie ekonomiczne, rodzi podejrzenia marnotrawstwa środków. I choć osoby zajmujące się zawodowo przygotowywaniem wniosków twierdzą, że doskonale wiedzą, jak należy wniosek przygotować, by przeszedł, w rzeczywistości – poza zasadami formalnymi – nie wiedzą nic, o czym świadczy chociażby wskaźnik wniosków odrzuconych, sięgający aż 90 proc. Ba, z kryteriami przyznawania mają problemy nawet członkowie komisji oceniających. Projekt urzędu marszałkowskiego z województwa kujawsko-pomorskiego, oceniony przypadkowo dwukrotnie, przez dwa różne zestawy oceniające, raz przepadł z wynikiem: 62 punktów, drugim razem „przeszedł” z 86. Ze zrozumiałych względów adresat projektu nie chce ujawnić szczegółów. Podobną dowolność odkrył minister gospodarki w Wielkopolsce.
Wśród potencjalnych adresatów europejskich pieniędzy trwa więc gorączkowe poszukiwanie „dojść” do „grupy trzymającej kasę”, żeby przynajmniej poznać prawdziwe intencje komisji. Trudno przecież zgadnąć, co poszczególni jej członkowie rozumieją pod hasłem: podnoszenie kwalifikacji, rozwój i doskonalenie kadr, modernizacja, nowoczesność etc. Zresztą przy wypełnianiu wniosków zdrowy rozum zawodzi. Bardziej liczy się troska o status kobiet, ochronę środowiska, BHP, równość i tolerancję niż jego rzeczywista przydatność gospodarcza. Owocem tych dociekań jest „magiczny słownik”, dopasowany do preferencji unijnych komisarzy. I tak np. zamiast pisać we wniosku o kserokopiarce, lepiej jest użyć określenia „urządzenie do powielania cyfrowego o zaniżonej emisji ozonu”, zamiast operatorki telefonicznej korzystniej jest użyć terminu: „specjalista ds. procesowania danych audiowizualnych na wejściu systemu teleinformatycznego”.
Dlatego niektóre werdykty komisji kwalifikacyjnej budzą zdumienie zarówno przegranych, jak i specjalistów z firm przygotowujących wnioski. Tak jest na przykład z Polskich Zrzeszeniem Płytkarzy (grant w wysokości ponad 1 mln zł na ”poprawę konkurencyjności glazurników”) czy PPUH InterPetro, które za 1 mln „unowocześni kwalifikacje spawaczy”. Obie te firmy pozostawiły w pokonanym polu renomowane wyższe uczelnie i wyspecjalizowane firmy informatyczne, których „konkurencyjność” i „nowoczesność” nie spotkały się z uznaniem komisji. Nie ujmując nic spawactwu i glazurnictwu, czy są to rzeczywiście te dziedziny gospodarki, które najbardziej wymagają doskonalenia zawodowego?
I choć nie padły jeszcze konkretne oskarżenia, w wojewódzkich komendach policji tworzone są specjalne „komórki ds. przestępstw unijnych”. Mówi o tym Krzysztof Wiciak z Instytutu Kształcenia Funkcjonariuszy Służb Państwowych Zwalczających Przestępczość Zorganizowaną i Terroryzm, nie ukrywając, że system przyznawania pomocy unijnej jest „kryminogenny”.
Dr Jacek Męcina z Lewiatanu (obecnie wiceminister pracy) jest zdania, że „byłoby znacznie mniej nieporozumień, gdyby adresatem unijnych grantów byli szkoleni, czyli pracownicy konkretnych firm, a nie organizacje szkolące”.

Z kieszeni do kieszeni

Póki nikt nie rzucił jeszcze w Unii hasła: „podatnicy wszystkich krajów łączcie się”, możemy się rozkoszować świadomością, że to nie nasze pieniądze. Nie znaczy to jednak, że mają być one tak łatwo marnotrawione. Szczególnie szkodliwy jest sam transfer środków z budżetu państwa, czyli z kasy podatnika, do adresata pomocy.
„Firma ciesząca się zaufaniem konsumentów – pisał Ludwik von Mises – na wolnym rynku prosperuje. Firma, która interesy konsumentów zaspokaja źle, powinna w interesie społecznym upaść”. Tymczasem rozdawanie pieniędzy jest takiego obiektywizmu pozbawione. Zakładając nawet nieskazitelną uczciwość i rzetelność komisji kwalifikacyjnych, pieniądze transferowane są uznaniowo. Przykładem może być firma Altkom Akademia S.A., która w I turze otrzymała z EFS aż 36 mln zł (prawie 18 proc. tegorocznej puli dla całego kraju), przy czym jej ubiegłoroczny obrót w tej dziedzinie wyniósł ledwie 22 mln zł. N.b. krakowska AGH otrzymała z tego samego źródła 1,1 mln zł, zaś Uniwersytet Warszawski aż 200 tys. zł., prywatne uczelnie praktycznie przepadły w ogóle.
W sytuacji braku obiektywizmu, wieloznacznych kryteriów i wymogu poprawności politycznej, w walce o unijną kasę – w opinii inspektorów NIK – silniej zdeterminowane są firmy słabe, mające trudności ekonomiczne, niż firmy dobre, silne. Zresztą te ostatnie nie miałyby dużych szans w konfrontacji z utrzymującymi się z „pozyskiwania funduszy publicznych”, gospodarczymi miernotami i cwaniakami, mającymi doświadczenie w wyłudzaniu i dobre umocowanie polityczne. Przekazywanie pieniędzy takim biznesom może na dłuższą metę przynieść gospodarce więcej strat niż pożytku przynosi dzisiaj owe 6 mld zł nadwyżki netto. Może więc korzystniej pozostawić tę pomoc w kieszeni podatników, zwiększając tym samym ich siłę nabywczą, która przełoży się na rzeczywisty ruch w interesie.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-06-10

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. liberty pisze:

    100% racji. Tylko jak przekonać naród do tego, że biurokratyczna ingerencja w gospodarkę jest jedną wielką pomyłką? Wystarczy wpisać w google hasło „państwo opiekuńcze”, a pojawiają się liczne wypowiedzi dosłownie jeżące włos na głowie. Indagowani (moi) znajomi nie wykazują żadnej orientacji w podstawowych sprawach ekonomicznych. Hołdują rozpowszechnionemu przekonaniu, że jak państwo zrabuje ludziom większość dochodu, część zmarnuje, resztę skieruje nie tam, gdzie zrobiłyby to (ludzkie)preferencje, to dochód narodowy WZROŚNIE. Czasami zastanawiam się, gdzie uciec z tego kraju „urodzonych” socjalistów-ale w zasadzie na całym świecie zacisnęła się etatystyczna pętla. „Nowego” USA już nie ma i nie widać szans na jego zaistnienie. Po prostu nie ma gdzie uciec. W dzisiejsym świecie czuję się jak w więzieniu-co z tego, że mam „wolność” robienia pompek i przysiadów, skoro praktycznie wszystko zależy od widzimisię biurokratycznych złodziei?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Moze Surinam? Pozdrawiam JM Fijor

  3. Karol Modzelewski pisze:

    Można się było spodziewać, że Europa zaczynająca od wznoszenia potężnej biurokracji szybko w niej uwięźnie. Polskie rolnictwo nie miało dofinansowania, gdy musiało gonić unijne standardy. I to była zdrowa ekonomicznie sytuacja. Teraz, z dopłatami, jest bardzo niezdrowa. A o zmniejszenie dopłat zaczynają dopominać się nawet niektórzy członkowie starej Unii. Może tylko kilku rodzimych, polskich biurokratów cieszy się i zaciera łapki za widok lukratywnych unijnych posadek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *