Podróż do Surinamu (dokończenie)

chat-dymki
3

Rozciągnąłem tę dwutygodniową podróż na wiele miesięcy, mam jednak nadzieję, że moment kulminacyjny będzie tego wart.

Surinam to ziemski raj. Nie płaci się tam podatku dochodowego, zrezygnowano też z poboru podatku od nieruchomości. Cła nie przekraczają 6 proc., zaś akcyza praktycznie nie istnieje. Dlatego 1 litr benzyny kosztuje tam 1,50 zł, a litr „absoluta”, bądź markowej „tequili” można kupić za równowartość…20 zł, chyba najtaniej na świecie. Z braku dochodów podatkowych, rząd i administracja muszą utrzymywać się same. Biznes zakłada się tam na poczekaniu, a świadczenia socjalne są minimalne i dobrowolne. Podobnego zakresu wolności gospodarczej, nie ma ani w Hong Kongu, w Makau, Estonii czy jakimkolwiek „tygrysie” Azji lub Europy. Ten ziemski raj położony jest w Ameryce Południowej; w wolnej Republice Surinamu, niegdyś kolonii holenderskiej.

Njglupsza transakcja?

Surinam to jedno z tych miejsc na Ziemi, o których media donoszą oszczędnie, albo najczęściej milczą. „I bardzo dobrze – uważa Anna Bakboord, publicystka z surinamskiej TV – w mediach mówi się raczej o nieszczęściach”. Tymczasem Surinam to oaza spokoju. Nie ma tam huraganów, trzęsień ziemi, przestępczość jest niewielka, nikt nie umiera z głodu czy od kul „szwadronów śmierci”.
Swoje „pięć minut” kraj ten przeżył ponad trzy wieki temu, stając się w 1667 roku przedmiotem „najgłupszej w dziejach” transakcji handlowej, za jaką w annałach historii gospodarczej uchodzi oddanie przez Holendrów Nowego Amsterdamu (obecnie Nowy Jork) w zamian za skrawek dżungli, znany dzisiaj jako Republika Surinam.
Ze względu na trudny dostęp i brak bogactw, ten północno zachodni zakątek Ameryki Południowej porzucony został przez kolonistów hiszpańskich i portugalskich. Dopiero w początkach XVII wieku zainteresowali się nim Brytyjczycy, organizując nad rzeką Surinam, plantacje trzciny cukrowej. Dwadzieścia lat później kupili je Holendrzy, wymieniając się właśnie na Nowy Amsterdam.
Najburzliwsze dzieje przeżył Surinam, a wtedy Gujana holenderska, w wiekach XVIII i XIX. Bunty Indian, a następnie ucieczka niewolników afrykańskich w interior, pozbawiły kolonistów siły roboczej. Importowano więc przymusowych robotników z Chin, a pod koniec XIX wieku także z Indii i innej kolonii holenderskiej, z Indonezji. Po odpracowaniu kontraktu, wraz z wyzwolonymi wcześniej niewolnikami, ludzie ci utworzyli społeczeństwo, w którym więcej jest dziś Azjatów i Afrykanów, niż autochtonów z rejonu Karaibów. W tym, tak słabo zaludnionym kraju, obowiązują aż trzy języki urzędowe: holenderski, surinamski (Sranang Tongo) i angielski. Na co dzień mieszkańcy posługują się jednym z kilkunastu języków „etnicznych”: potomkowie Hindusów – językiem Hindustani, Chińczycy – po chińsku, Kreole w języku Taki-taki, a Żydzi, których tu jest ok. 10 tysięcy, po portugalsku i hebrajsku. W egzotycznym tyglu Paramaribo, nikogo nie dziwi, że obok synagogi znajduje się meczet, świątynia buddyjska czy kościół katolicki. Nie ma przypadków nietolerancji, czy wrogości rasowej. Ludzie są pogodni, przyjaźni, radują się wolnością pod tropikalnym niebem. I choć jedna Park Avenu w Nowym Jorku warta jest dziś więcej niż wynosi roczny produkt narodowy Surinamu, Ben Badal, kupiec drzewny z Lellydorp pod Paramaribo, głowa licznej hindustańskiej rodziny, Ghurahoo, nigdy by się na Nowy Jork nie zamienił.

Cena wolności

Ricky Tjokroredjo urodził się w 1964 roku w Paramaribo, jako potomek robotników z Indii, którzy do Gujany holenderskiej przyjechali na dziesięcioletni kontrakt w 1935. Z Hindustanem nic już jego rodziny nie łączy. Ojczyzną Ricka jest Surinam. Studia ukończył wprawdzie w Groningen, w Holandii, lecz mimo interesujących ofert pracy w Europie, zaraz po dyplomie wrócił do Paramaribo. Męczył go wielkoświatowy gwar, anglosaska oziębłość i brak wolności. „W Surinamie – mówi Ricky – wszyscy się znają, ludzie są dla siebie serdeczni i cenią swobodę.”
Kiedy w 2000 roku rząd prezydenta Runaldo Venetiaana zapowiedział wprowadzenie nowych podatków i ograniczenia w wydatkach publicznych, Surinamczycy go ostrzegli, że po skończonej kadencji nikt z nim nie będzie rozmawiał. Prezydent przeprosił i wycofał się. Z podobnych powodów ignorowany jest kilkuprocentowy podatek dochodowy, którego praktycznie nikt nie płaci. Rząd – twierdzi b. członek Zgromadzenia Narodowego, Kreol, o wdzięcznie brzmiącym nazwisku: Ngoggontennee – utrzymuje się sam. Wprawdzie głównym źródłem jego dochodów jest korupcja, nikt z jej powodu nie protestuje:
– Płacą ci, których na to stać, głównie bogate firmy amerykańskie i holenderskie.
Ostatnio także kasyna, które stały się specjalnością Surinamu.
– Łapówki nie są wysokie – dodaje z uśmiechem Ngoggontennee – Krzywdy nikt nie ma.
Taki rząd jest siłą rzeczy słaby i nieudolny; w kraju brakuje dróg, korki uliczne są nie do zniesienia, dwa lata temu Centralne Biuro Statystki zgubiło dysk z danymi spisu powszechnego, ale – zdaniem Anny Bakboord – jest to cena wolności; tego, że państwo nie wtrąca się w życie obywateli.

A jednak

W tym liczącym niewiele ponad 430 tys. ludności kraju o powierzchni czterokrotnie większej od Holandii, bez pracy pozostają tylko ci, którzy pracować nie chcą. Samochodów jest ponad 200 tys., telefonów komórkowych 200 tys., a stacjonarnych więcej niż mieszkań i biur razem wziętych. W liczącym nieco ponad 300 tys. mieszkańców Paramaribo jest ponad 1000 barów i restauracji, ponad 3000 taksówek, 12 kasyn gry legalnych i dwa razy tyle nielegalnych. Dochód narodowy na osobę ledwie przekracza 4 tys. dol., szacuje się jednak, że w liczbie tej uwzględnione są tylko oficjalne dochody płynące z eksploatacji bogatych złóż boksytów i złota. Blisko 25 proc. ludności, głównie mieszkańcy interioru, nie bierze udziału w gospodarce, której połowa i tak odbywa się w „szarej strefie”. W statystykach PKB pomijana jest także pomoc od 400 tysięcy emigrantów surinamskich, zamieszkałych w Holandii, którzy zasilają corocznie rodziny przekazami wartości ok. 1 mld dol. Pomimo wrażenia względnego dostatku, biznes narzeka na słabe tempo rozwoju. Hamulcem jest brak rąk do pracy i trudna do zrozumienia polityka rządu Surinamu, polegająca na izolacji kraju. Surinamska wiza turystyczna (na siedem dni) kosztuje 45 dol. i niełatwo ją otrzymać. Surinam jest niedostępny nie tylko dla emigracji z ościennych krajów Ameryki Południowej – Brazylii czy Wenezueli. Poza Holendrami, którzy – mimo odzyskania przez kolonię niepodległości 29 lat temu – traktowani są tu wciąż jak włodarze, uzyskanie prawa stałego pobytu jest trudne nawet dla amerykańskich czy kanadyjskich pracowników koncernów eksploatujących miejscowe bogactwa: aluminium – Suralco z USA czy złota – Rosebel Gold Mines z Kanady. Wyrazem polityki izolacji są ograniczone kontakty ze światem. Poza niewielkimi przewoźnikami regionalnymi z Brazylii, Trinidadu i Antyli Holenderskich, jedynymi poważnymi liniami lotniczymi łączącymi Surinam z resztą świata jest holenderski KLM. Prawa do lądowania nie mają tam Brazylijczycy, przewoźnicy z sąsiednich Gujan – brytyjskiej i francuskiej – nie mają go nawet linie amerykańskie. Połączenie ze Stanami Zjednoczonymi (3 razy w tygodniu) odbywa się z przesiadką na Arubie lub na Trynidadzie.
Hans Beldo, właściciel niewielkiego motelu w Sidoredjo, na zachód od Paramaribo, uważa, że „zamknięcie” jest skutkiem „neokolonialnej” polityki Holendrów i Amerykanów, którzy w ten sposób uzależniają Surinam od siebie. Beldo, podobnie jak Soenil Ghurahoo, Dal Djinipi i inni przedstawicieli miejscowej klasy średniej, z którymi rozmawiałem, ubolewa, że poza ryżem, krewetkami, rumem i niezłym piwem, Parba, Surinam nie wykorzystuje swego potencjału produkcyjnego. Gros towarów, to import z Holandii i USA. W tym raju flory i fauny, turystów jak na lekarstwo. Barierą „otwarcia” są podobno jakieś tajemnicze złoża – ropa naftowa?, złoto?, uran?. Bez względu na powody izolacjonizmu, Surinam, kraj ludzi aktywnych, ambitnych i, jak na b. kolonię, bardzo dobrze wykształconych (w licznych szkołach prywatnych) traci swą szansę stania się centrum handlowym i turystycznym Karaibów.

Prolog

Amatorów podróży do Surinamu przestrzegam przed trudnościami, jakie się z nią wiążą. Wiza jest droga i władze mogą jej odmówić bez podania powodu. Sam dostałem się do Surinamu dopiero za trzecim podejściem, a deportacje są kłopotliwe i kosztowne. Najprościej uzyskać wizę w jednej z ambasad – prócz Holandii, Surinam utrzymuje stosunki dyplomatyczne raczej z krajami egzotycznymi: Haiti, Trynidad, Barbados. Waszyngtońska ambasada kraju jest często nieczynna. Do Paramaribo można dolecieć z Europy tylko via Amsterdam. Niestety, KLM i Surinam Airways mają na tej trasie monopol – bilety są drogie. Z Ameryki Południowej można się dostać do Paramaribo tylko z Belem w Brazylii. Połączenie jest jednak niepewne. Jedyny samolot Surinam Airways lata od przypadku do przypadku. W moim przypadku opóźnienie wyniosło…54 godziny. Najpewniejsze jest połączenie drogowo-promowe z Cayenne, w Gujanie Francuskiej, pod warunkiem, że posiada się wizę Surianamu. Na granicy nie ma bowiem posterunku imigracyjnego.
Najgorszy jest jednak klimat: pionowy słup palącego słońca, ogromna wilgoć i średnia roczna temperatura…32 st. C – w dzień i w nocy, w maju, październiku i w styczniu. No, cóż, a kto powiedział, że droga do raju ma być łatwa?

Ziemski raj?
Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-06-10

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. P.Jankie pisze:

    Am looking for the mail address of Sunil Ghurahoo, his name is on this page, but can’t translate it.

    regards.P.JAnkie

  2. Jan M. Fijor pisze:

    I can not give it to you. He is a private person and doesn’t allow me to publish his address. Sorry! Jan

  3. Beata Karpiak pisze:

    piszę pracę magisterską na temat syst.wyborzego,parlamentarnego Surinamu,czy mogę liczyć na pomoc dot. materiałów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *