Trzecia własność

chat-dymki
5

W „Nczasu” (38) z 17 września 2005 ukazał się tekst (Trzecia forma własności), który raczej pasuje do Trybuny Ludu niż do pisma liberalnego, ponieważ jednak sam problem jest interesujący i często bulwersujący, warto więc zatrzymać się nad nim chwilę. Chodzi o kwestie własności korporacyjnej, którą autor tekstu, Mirosław Gajer nazywa trzecią – obok własności prywatnej i uspołecznionej – formą własności.

Własność korporacyjna, czyli akcyjna, nie jest trzecią, lecz pierwszą lub (rzadziej) drugą z wymienionych form. Trzecia forma własności, podobnie jak „trzecia droga” czy trzecia płeć nie istnieje.
Własność prywatna może istnieć zarówno w formie indywidualnej, jak i grupowej. Z tym drugim przypadkiem mamy właśnie do czynienia w sytuacji posiadania własności przez akcjonariuszy (czy wspólników). Jeśli własnością jest prawo właściciela do rozporządzania majątkiem, a więc prawo do darowania go, zbywania, do korzystania z niego wedle własnego uznania, w ramach istniejących form współżycia i prawa, tak aby nie naruszyć nią istotnych interesów innych osób, to własność korporacyjna posiadana przez osobę indywidualną jest własnością prywatną. Każdy akcjonariusz, będący osobą prywatną, jest takim właśnie właścicielem. Wszelkie inne formy własności stanowią uspołecznioną, nieprywatną formę własności, która de facto posiada silne znamiona własności prywatnej, o czym za chwilę.
Co jednak zrobić z akcjami posiadanymi przez inne spółki – instytucje czy organizacje, co właśnie bulwersuje autora?
Wszystko zależy od tego, w jaki sposób posiadane są te spółki, instytucje i organizacje. Jeśli spółki są posiadane przez osoby indywidualne, wówczas mamy do czynienia z typową własnością prywatną. Jeśli instytucje i organizacje posiadające na własność akcje są tzw. własnością społeczną czy państwową, wówczas spółka czy to akcyjna czy jakaś inna jest posiada przez właściciela uspołecznionego, co jest typowym przykładem drugiej formy własności.

Złudzenie uspołecznienia

O ile własność prywatna, w formie takiej jak ją zdefiniowaliśmy powyżej nie budzi raczej wątpliwości, o tyle własność publiczna, bez względu na formę ustrojową czy obowiązujący system prawa jest w większej lub mniejszej mierze fikcją.
Immanentną cechą własności jest to, że znajduje się w czyimś posiadaniu, czyli ktoś nią dysponuje. Kolektyw nie może dysponować własnością, bo kolektyw nie ma mózgu czy języka, żeby wyrazić swoją wolę. W imieniu kolektywu przemawia ktoś, człowiek fizyczny, kto albo podejmuje decyzje, albo jest tych decyzji wykonawcą. Decyzje zawsze podejmuje człowiek, nie grupa, i ten człowiek jest w dużym stopniu właścicielem rzeczy, której one dotyczą. Własność społeczna, może nie w takim stopniu, jak własność prywatna, ale jednak nosi w sobie duży udział cech własności prywatnej. Jest to własność prywatna ograniczona. Jej właścicielem jest ten, kto ma władzę nad własnością, czyli kto może podejmować decyzje o jej losie. Kwestionowany może być co najwyżej zakres decydowania. Zresztą czysta własność prywatna też podlega ograniczeniom. Jestem np. posiadaczem działki budowlanej, na której nie mogę budować bez zezwolenia władz, albo której nie mogę spieniężyć w ciągu 24 godzin. W stosunku do własności publicznej takich ograniczeń jest więcej.
Jeśli jest ich bardzo dużo, czyli kiedy możliwości decydowania jednostki o losach własności publicznej są mocno ograniczone, można mówić co najwyżej o braku własności. I to jest najprawdopodobniej to, co tak drażni autora. Uważa on, że spółki akcyjne stając się własnością publiczną stają się własnością niczyją. W pewnych okolicznościach, właśnie wtedy, gdy spółka posiadana jest przez właściciela uspołecznionego, ma on rację, nie jest to jednak trzecia forma własności, lecz aberracja wynikająca z istnienia własności publicznej.
Każda publiczna forma własności, a w szczególności własność państwowa, jest taką własnością fikcyjną, stąd – dla dobra nas wszystkich – powinna zostać jak najszybciej, w jak największym zakresie sprywatyzowana. Tym bardziej, że własność państwowa pochodzi z grabieży; państwo niczego nie wytworzyło, wszystko co posiada zawłaszczyło siłą, stąd niczego nie powinno (nie może!) posiadać.

Prywatna vs. korporacyjna

Spółek prywatnych, znajdujących się w rękach jednej czy kilku osób, o jakich marzy autor „Trzeciej formy…”, jest dzisiaj naprawdę niewiele. Do takich wielkich spółek należy niemiecka firm Wurth Group (uchwyty, haki, zawiasy), znajdująca się w rękach Reingolda Wurtha, jego rodziny oraz kilku wysokiej rangi menadżerów, którym przydzielił łącznie kilkanaście procent swojej własności (wartość całkowita ok. 5 – 6 mld dol.) w ramach programu motywującego i lojalnościowego.
Mimo iż Reingold Wurth nie wyobraża sobie upublicznienia swojej spółki i wejścia na giełdy, nie jest przekonany do wyższości indywidualnej formy własności. Podobnego zdania był zmarły niedawny, przedsiębiorca polskiego pochodzenia z USA, Edward Piszek, właściciel dużej firmy żywnościowej „Mrs Paul’s kitchen”, która w latach 1970. była drugą co do wielkości (po sieci supermarketów Montgomery Ward) firmą amerykańską znajdującą się w rękach prywatnych. Dzisiaj największą taka firmą jest gigant software’owy, firma SAS. W Polsce taką firmą jest Bartimpex, Aleksandra Gudzowatego.
Podstawowym argumentem Wurtha, Piszka i innych na rzecz wyższości spółek publicznych nad prywatnymi jest ich trwałość. Firmy prywatne upadają przeważnie w drugim pokoleniu. Sam Walton, założyciel Wal-mart twierdził, że gdyby pozostawił swą firmę dzieciom, to by ją rozłożyły w trzy lata od jego śmierci. Ktoś, kto nie wyłożył na swój majątek własnych pieniędzy, własnego wysiłku i troski, ten o niego nie zadba należycie. Do takiego wniosku prowadzi analiza losów dzieci wybitnych przedsiębiorców. Tylko bardzo niewiele z nich podąża droga wytyczoną przez rodziców. Trudno sobie wyobrazić, by p. Tomasz Gudzowaty, autor ciekawych zdjęć, okazał się równie agresywny i przedsiębiorczy, co jego ojciec. I to – zdaniem Wurtha i Piszka – jest sens upublicznienia spółki prywatnej. Po upublicznieniu, po którym jest w dalszym ciągu własnością prywatną, firma taka dłużej istnieje, a każdy przedsiębiorca marzy o tym, aby ziarno przez niego zasiane wzrastało przez wiele lat po jego odejściu.
Firma Wurtha, podobnie jak firma Piszka, kupiona w 1996 roku w bardzo złym stanie przez konkurencję z Campbell Soup czy Montgomery Ward, która w 2000 roku wręcz zbankrutowała prawie w niczym nie były nigdy lepsze od firm posiadanych publicznie. Porównując ich wskaźniki z firmami znajdującymi się w ofercie własnościowej publicznej z trudem udaje się znaleźć jeden czy dwa, które dorównują spółkom publicznym. Tym, co je od tych ostatnich różni jest ojcowska niemal troska o klienta, dbałość o detal, o renomę, swojskość i tym podobne cechy, które świadczą o tym, że nawet ta ogromna własność prywatna jest de facto uspołeczniona.
Ludwik von Mises pisał, że podstawową cechą gospodarki wolnorynkowej czy jak kto woli kapitalistycznej jest istnienie giełdy. To, że wskutek burz dziejowych i rewolucji zniekształcono istotę wolności i własności nie dowodzi wcale, że upublicznienie spółki, czyli umieszczenie jej na giełdzie nie świadczy o rezygnacji z wolności lub własności. Zarzucanie spółkom giełdowym, że stają się w czasem bezwolną i beztroską masą pieniędzy, która się z nikim i z niczym się nie liczy – co mocno krytykuje autor – jest lewackim absurdem, jako że nie ma jednego „wielkiego kapitału” i każda firma ma swoją konkurencję, która ją trzyma w ryzach i motywuje do pracy i posłuszeństwa wobec konsumentów, wobec rynku. Z podobnych względów bezsensowna jest obawa o to, że spółka akcyjna rozrośnie się do rozmiarów uniemożliwiających zapanowanie nad nią. Żeby tak się nie stało, czuwają konkurenci, którzy mają nie tylko kasę, ale i silną motywację do tego, by innym utrudnić marzenie o niezniszczalności. Właścicielami wszystkich tych organizacji są posiadacze akcji, chodzi teraz o to, by były nimi osoby prywatne, działające zwykle rozsądniej i skuteczniej niż bezosobowy kolektyw. Ale to z kwestią działania spółek akcyjnych ma bardzo niewiele wspólnego.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-09-24

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Piotr Sokol pisze:

    Gdybym nie slyszal o dzialalnosci zarzadu Volkswagena to bym sie moze zgodzil z Pana zdaniem o zarzadzaniu spolkami akcyjnymi. Wiem jedno, firma typu spolka akcyjna, ktorej wlascicielem akcji sa inne spolki akcyjne, nie jest niczyja wlasnoscia. Wyobrazmy sobie, ze mamy nadal niewolnictwo i posiadamy niewolnika. Ten niewolnik tez posiada niewolnika. Czy to znaczy, ze ten jego niewolnik tak naprawde nie jest jego niewolnikiem tylko moim? Oczywiscie, ze nie. Prawo wlasnosci jestprawem bezposrednim! Trudno sobie wyobrazic aby moglo byc inaczej. Prosze samemu pokombinowac, jakiego nieladu doczekalibysmy sie gdyby bylo jakims prawem niebezposrednim. Przede wszystkim ostatnio jest to widoczne w zwiazku z tak zwana wlasnoscia intelektualna. Tworzy sie kolejne precedensy aby tylko usprawiedliwic wlasnosc w swiecie idei i pomyslow. Do idei niestety nie mamy wylacznosci. Gdyby tak bylo, jak wytlumaczylibysmy, powszechna praktyke ze wlasnosc ta obowiazuje tylko przez jakis czas. Albo cos jest wlasnoscia caly czas, albo nie. Albo bezposrednio albo wogole. Wlasnosc uspoleczniona tez jest fikcja… Niby nasi rodzice budowali PRL, niby powinni byc wlascicielami tego, za co im nie zaplacono powolujac sie na sprawiedliwosc spoleczna. Po zmianie ustroju nie przeznaczono tych ich dziel pod wladza wlasnosci spolecznej na fundusze emerytalne. Chociaz teoretycznie byli wlascicielami tych dziel dostali fige z makiem. Zwyczajnie nie mieli wplywu na te swoja wlasnosc! Skonczmy moze z fikcjami. Jest tylko jedna wlasnosc prywatna, reszta da sie okreslic jako niczyje pod wladza roznych uzurpatorow z pozornymi tytulami wlasnosci opartymi tylko i wylacznie na nierozumnym prawie wymyslonym przez skorumpowanych politykow sowicie oplacanych przez powyzszych uzurpatorow!

  2. Slawomir Lisiecki pisze:

    Szanowny Panie, Pan natomiast napisal o gazie, ale tylko ogolniki. Owszem, ladniej i lepiej, jak mamy wolny rynek i „racja stanu” nam niczego nie przeslania. Szkoda tylko, ze na tym Pan skonczyl, nie proponujac, co zrobic teraz, skoro mleko juz sie rozlalo i mamy co mamy (u bram gazowa potega na ruskim lancuchy, w nosie majaca wolny rynek).
    Pozdrawiam
    s.lisiecki

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Trzeba sprywatyzowac polityke energetyczna czyli odebrac ja panstwu, czyli politykom, a wtedy zadzialaja mechanizmy ochronne i konkurencja. JMF

  4. Robert Boehm pisze:

    W przypadku kiedy spółka B jest własnością spółki A, a właścicielem spółki A jest osoba to może i tak jest. Ale niestety istnieje zupełnie realny przypadek, ża spółka A jest właścicielem B i na odwrót. I czyją własność one stanowią ? Poza tym argument, że wielka spółka akcyjna o rozdrobnionym akcjonariacie nie ma co prawda nadzoru włąscicielskiego ale jest dyscyplinowana przez rynek jest doktrynalny, bo niby dlaczego ma to dotyczyć wyłącznie spółek , które nie są uspołecznione ? Podstawą kontroli jest nadzór właścicielski a nie rynek. Znane są przypadki wielu firm giełdowych w których zarząd działał na szkodę firmy. I to niezależnie od tego jak weryfikował je rynek.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Stanowia wlasnosc tego, kto jest wlascicielem spolki A i B. Spolka A, zanim stala sie welascicielem spolki B, miala wlasciciela. I on jest wlascicielem spolki A i wszystkiego tego, co ona posiada. JM Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *