Sposób na pieniądze

chat-dymki
7

Ostatnia fala wysokiej inflacji przeszła świat w końcu lat 1970. Najdotkliwiej odczuły to rzecz Stany Zjednoczone za rządów Cartera i początków kadencji Reagana. Od tego czasu większych inflacji nie ma. To nie przypadek, że z okresu wzmożonego spadku wartości pieniądza, świat wszedł w okres niskiej inflacji. Jednym z istotnych skutków przejścia na strategię niskiej inflacji był gwałtowny (rekordowy) wzrost wskaźników giełdowych i obligacji. Tak wysokie notowania były możliwe dzięki zaufaniu, jakie świat finansów kładł w stabilność monetarną i będącą jej konsekwencją, perspektywą silnego dobrobytu.

Spirala inflacyjna lat 1970. wywołana gwałtownym wzrostem podaży pieniądza (jak pamiętamy rozpoczynała się właśnie era państwa opiekuńczego i rosnącego w związku z nim deficytu budżetowego) przerwana została brutalnym wtargnięciem ówczesnego szefa FED, Paula Volkera, który zdecydował się na dramatyczny wzrost oprocentowania (czyli zahamowania podaży pieniądza) krótkoterminowego, które w pewnym momencie osiągnęło poziom blisko 20 proc. Zanim się to stało, mechanizmem napędzającym inflację była sprzedaż obligacji skarbu państwa bankom komercyjnym (zwana monetyzacją). W ten sposób banki centralne albo banki komercyjne tworzyły pieniądze z niczego, za które kupowały wspomniane obligacje. Proces ten określany jest niekiedy jako „drukowanie pieniędzy”, choć w obecnych czasach ma on niewiele wspólnego z mechanicznym drukowaniem, które wyparte zostało przez elektronikę (transfery sieciowe).
Kiedy okazało się, że inflacja nie tylko służy (rządowi, a pośrednio obywatelom), w początku lat 1980 (nastanie Reagana) nasiliła się krytyka tego rodzaju polityki. Politycy, którzy byli zwolennikami porządku inflacyjnego musieli odejść (zarówno w USA, jak i w Wlk. Brytanii), a na ich miejsce weszli Reagan i Thatcher.
Problem jednak pozostał, gdyż rządy nadal chciały wydawać więcej niż mogły, a podnoszenie podatków ze względów wyszczególnionych powyżej, w grę nie wchodziło. Pojawiło się więc problem, w jaki sposób to robić, aby nie narazić się na protesty opinii publicznej, no i bez inflacji. Banki, aby pożyczać i zarabiać muszą pobierać wyższe oprocentowanie niż wynosi tempo utraty wartości pieniądza. To jednak wymaga, aby obligacje, które banki kupowały, były oprocentowane odpowiednio wyżej. Rynek wymuszałby na bankach stosowanie wyższego oprocentowania, a to zmuszałoby bank centralny do podnoszenia oprocentowania w celu zahamowania podaży pieniądza, albo ryzykowałby spiralę inflacji.
Bankierzy jednak wymyślili antidotum na tę sprzeczność. Jej istota polegała na znalezienie nowego chętnego do finansowania długów państwa. Już nie banki komercyjne, lecz prywatni inwestorzy kupowaliby obligacje na rynku finansowym. W ten sposób obligacje znalazłyby się w rękach funduszy inwestycyjnych, a nie – jak dotąd – w rękach banków komercyjnych. W ten sposób rynek obligacji rozrósł się gwałtownie z 1 biliona dol. w 1970 roku, do 43 bilionów w 2002.
Wprawdzie równocześnie zwrócono uwagę na ograniczenie wydatków budżetowych, to jednak ten ostatni warunek został jednakże zignorowany, skutkiem czego nastąpiła kolejna fala wzrostu deficytu budżetowego, najpierw za Reagana, potem za Clintona i wreszcie obecna, za George’a W. Nowy sposób finansowania wywołał nową, tym razem ukrytą falę inflacji.

Anomalia oprocentowania kredytów

Niedobory dóbr powodują, że z chwilą gdy wzrasta popyt na nie, rośnie cena płacona przez konsumentów. Dzieje się tak, gdyż ci sprzedający, którzy najmniej cenią sobie jakieś dobro, pozbywają się go najpierw. W miarę jak pojawiają się nowi nabywcy, konieczna jest większa podaż sprzedających, a ci kolejni sprzedający żądają za poszukiwane dobro coraz wyższej ceny. W ten sposób kolejni nabywcy – siłą rzeczy – szukają kolejnych, coraz droższych sprzedawców.
W zdrowym systemie monetarnym, gdzie kredyt nie powstaje z niczego, jego źródłem są dostarczane przez pożyczkodawców zgromadzone ich oszczędności. Rosnący popyt na pożyczki zaspokajany jest przez coraz droższe oszczędności, właśnie dlatego, że jest ich z czasem coraz mniej. Żeby zachęcić nowych kredytodawców gotowych oddać swoje oszczędności na kredyt, trzeba im coraz więcej zapłacić. Ilość kredytu jest ograniczona ilością oszczędności. Znaczy to, że nawet nieskończenie wysokie oprocentowanie nie jest w stanie zmusić posiadaczy oszczędności do pożyczenia ich. Po prostu, oszczędności zabraknie, tak jak brakuje nam wszystkiego i nie pomoże nawet niebotyczne oprocentowanie. Ludzie muszą przecież konsumować na bieżąco, nie mogą tylko oszczędzać (czyli odkładać konsumpcji na przyszłość).
Ale oto, w miarę wzrostu strumienia obligacji rządowych napływających na międzynarodowy rynek obligacji, oprocentowanie kredytów nie tylko nie wzrosło, lecz wręcz spadło do rekordowo niskiego poziomu. Od 50 lat oprocentowanie kredytów nie było tak niskie jak obecnie. Niższe nawet od oprocentowania z lat 1970., kiedy popyt na kredyt był znacznie mniejszy. Byłoby nieporozumieniem zakładać, że tak ogromne zakupy obligacji finansowane pochodziły z oszczędności, tym bardziej, że wskaźnik oszczędności jest w dzisiejszych czasach również rekordowo niski. A jeśli nie z oszczędności, to skąd?
Ta anomalia nie zwróciła uwagi ekspertów. Co więcej, uznano ją za coś zupełnie normalnego. Wywołało to nawet komentarze, jak choćby ten, wygłoszony przez wiceprezydenta Dicka Cheney, że „deficyt rządowy nie ma żadnego znaczenia”. Że znikło zagrożenie inflacją, a równocześnie osiągnęliśmy stan taniego pieniądza, jak to ma miejsce w UK i USA. Pojawia się jednak pytanie, kto finansuje te ogromne zakupy obligacji? Kto finansuje ten dług?

Majątek a inflacja cenowa

Ekonomiści od lat interesują się zależnością między ilością pieniędzy a ich siłą nabywczą. Naiwna, „ilościowa teoria pieniądza” zakłada, że wszystkie ceny poruszają się z taką samą proporcją i w tym samym kierunku, w zależności od zmian w podaży pieniądza. Jeśli więc jabłka kosztowały 2 zł, a gruszki 3 zł, to po zwiększeniu ilości pieniądza na rynku relacja ich nowych cen (po zwiększeniu podaży pieniądza) będzie wciąż wynosić 2:3; jabłka będą po 4 zł, a gruszki po 6 zł. Peter Warburton, autor książki Debt and Delusion” uważa jednak, że zmiany instytucjonalne na rynku kredytowym (obligacji) ograniczyły się swym zasięgiem jedynie do rynku finansowego. Widać to chociażby po różnicach typów inflacji, tej z lat 1970. i późniejszej, z lat 1980. i 1990. Zamiana relacji cenowych jaka nastąpiła w ostatniej dekadzie wywołała zmiany w cenach akcji i obligacji, a nie płac i dóbr konsumpcyjnych.
Jak to możliwe, że inflacja raz dotyka towarów konsumpcyjnych i płac, a innym razem wyłącznie rynku finansowego?
Wyjaśnieniem tego fenomenu zajmuje się od lat szkoła austriacka, a pierwszą jego eksplikację podał Ludwik von Mises, który pisał, że w wyniku wzrostu ilości pieniądza, ceny nie zmieniają się w sposób zuniformizowany, tak jak to głosili ekonomiści „naiwni”. Zmiana podaży wywoła względną zmianę cen w zależności od tego, jaką drogą ta nowa fala dodatkowej podaży wchodzi na rynek i na co są one przeznaczone.
Pierwsi właściciele nowych pieniędzy odczuwają nadwyżkę gotówki w stosunku do ich bezpośrednich wydatków. Przeznaczą więc te nowe pieniądze na dobra czy zasoby, które będą chcieli nabyć, licytując ich cenę w górę. Sprzedawcy tych dóbr odczują napływ nowej gotówki i będą ją chcieli przeznaczyć na zakup dóbr czy zasobów, które teraz oni chcieliby posiadać itd. itd. Zmiana wartości pieniądza rozprzestrzenia się od jakiegoś określonego punktu stopniowo po całej gospodarce. W ten sposób, w zależności od punktu startu i kolejnych kroków, ekspansja pieniądza wpłynie na jedne ceny bardziej, a na inne mniej. W takiej sytuacji, względna cena jabłek do gruszek nie musi być proporcjonalna do zmiany ilości pieniądza; jabłka mogą być wciąż po 3 zł, podczas gdy gruszki po 8 zł.
Porównajmy teraz względną cenę jabłek z wartością (ceną) indeksu giełdowego, niech to będzie DJIA. Jeśli przy cenie jabłek 2 zł za kilo indeks wynosi 5000, to równie dobrze może on wynosić 10000 przy tej samej cenie. Relacja cenowa nie jest stabilna czy proporcjonalna.
Jeśli zdarzy się tak jak obecnie, że gros nowych pieniędzy zostanie pochłonięte przez instrumenty finansowe (akcje, obligacje), spowoduje to przyhamowanie wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych i płac. Nowe pieniądze wydano na instrumenty finansowe, a nie na dobra konsumpcyjne. Zaczęło się od kupowania obligacji skarbu państwa. Niskie oprocentowanie tych obligacji doprowadziło do wzrostu zainteresowania (wyżej oprocentowanymi) obligacjami spółek, z tymi ostatnimi zaś zaczęły konkurować akcje; najpierw te wypłacające dywidendy, potem także takie, które dywidend nie wypłacają. Proces dostosowywania się cen, rozpoczęty z chwilą zakupu obligacji skarbu państwa, rozlewa się na cały sektor finansowy.
Czy to możliwe, żeby odbiorcy pieniędzy pochodzących ze sprzedaży zasobów finansowych tak łatwo zrezygnowali z zakupu samochodów, żywności czy innych dóbr konsumpcyjnych, co mogłoby wywołać rozlanie się inflacji na rynek dóbr konsumpcyjnych? Warburton pisze, że: tak! Pieniądze ulokowane w sektorze finansowym i wywołany tym wzrost cen doprowadził do tego, że w nim pozostawały.

Arbitraż na rynku oprocentowania pieniądza

Oprocentowanie po jakim banki komercyjne pożyczają krótkoterminowe pieniądze od banku centralnego ustalane jest przez tenże sam FED. W obecnej sytuacji, wzrost zapotrzebowania na kredyt nie wywołuje wzrostu oprocentowania kredytu, co powinno wynikać chociażby z faktu istnienia nieustannych niedoborów pieniądza. W takiej sytuacji, aby utrzymać niskie oprocentowanie, bank centralny musi dostarczać nieustannego strumienia pieniędzy, tak aby sprostać popytowi na nie (na kredyt). W przeciwnym razie (gdyby kredyt opierał się wyłącznie na oszczędnościach) doszłoby łatwo do podniesienia oprocentowania.
Bez manipulowania oprocentowaniem przez FED, oprocentowanie obligacji różnej zapadalności byłoby podobne. Jeśli 5 letnie obligacje miałyby wyższy yield niż roczne, wówczas oznaczałoby to istnienie różnych rate of return nie tylko dla różnych obligacji, lecz także w ramach struktur produkcyjnych gospodarki. Przed zapanowaniem banku centralnego, wszystkie yields były mniej więcej takie same.
Z chwilą istnienia różnic w oprocentowaniu między obligacjami długoterminowym i krótkoterminowymi, wówczas klienci uprzywilejowani mają możliwość zarobienia na arbitrażu. Np. ktoś, kto może pożyczyć od FED po 1 proc. (short term) a na rynku 10. letnie obligacje dają 5 proc. może łatwo zarobić 4 proc. za nic. Właśnie w tej możliwości zarabiania na różnicy oprocentowania korzystają firmy kupujące duże ilości obligacji. Pożyczają pieniądze po sztucznie zaniżonej cenie i przekazują je dalej do pożyczania po cenie wyższej. Gdyby oprocentowanie rosło tak, jak nakazuje relacja popytu na pożyczki i ich podaży, wówczas proceder ten byłby nieopłacalny, tymczasem opłacalny jest i w ten sposób powstaje „sztuczny popyt” na obligacje rządowe o dłuższej zapadalności. Kupuje się więc dużą ilość obligacji, co umożliwia utrzymywanie niskiego ich oprocentowania, poniżej poziomu oczyszczania rynku (market clearing level). Daje to złudzenie rosnącego strumienia „oszczędności”, co z kolei daje inwestorom fałszywy sygnał, że wszystko jest OK. Dlatego dalej inwestują w obligacje.
Kiedy szkoła austriacka mówi o działalności przedsiębiorczej, ma na myśli szukanie okazji do zarobienia pieniędzy, których inni nie dostrzegają, a także do podjęcia ryzyka, którego inni nie podejmują. Dzięki takim nieustannym poszukiwaniom, działalność produkcyjna dostosowana jest do preferencji konsumentów. Pod wpływem banku centralnego, rynki finansowe nie są rynkami w ogóle, lecz tego na pierwszy rzut oka nie widać. Stąd arbitraż, czyli proces szukania sposobności w zarabianiu pieniędzy na różnych cenach rynkowych, przestaje być arbitrażem dostosowującym do wyrównania się wszystkich cen, lecz staje się udziałem w przywileju, którego dostępują nieliczni. W ten sposób dług przenoszony jest z banku centralnego na kredyty rządowe.

Gearing (instrumenty uprzywilejowane
)
Innym mechanizmem kreującym inflację instrumentów finansowych jest wykorzystanie instrumentów pochodnych (derywatyw) w celu kreowania dodatkowej siły nabywczej.
Derywatywy, to nic innego jak kontrakty między stronami, których wartość jest pochodną ceny jakichś innych dóbr, towarów czy zasobów. Przykładowo, kontrakt na opcje miedzi może się odnosić do ceny 25 t miedzi, opcje srebra, do 5000 uncji tego metalu. Pochodnymi stopy procentowej obligacji rządowych są duże agregaty obligacji. Istotną cechą tych instrumentów jest to, że pozwalają przy pomocy stosunkowo niewielkiej ilości kapitału kontrolować dużą ilość (podporządkowanych im) towarów czy zasobów.
Innymi słowy, kontroluje się w ten sposób droższe zasoby przy pomocy mniejszego kapitału. Wykorzystanie derywatyw przez fundusze hedgingowe, a także duże banki, w odniesieniu do derywatyw związanych ze stopą procentową obligacji jest niczym innym jak popytem na duże ilości obligacji. W ten sposób dochodzi do obniżania yield na obligacjach, a zarazem do podwyższania ceny zasobów w stosunku do tego, co by miało miejsce w przypadku wolnego rynku. Im niższy yield tym bardziej sztuczne jest zapotrzebowanie na obligacje.
Dla hedge fund, który chce kupić akcji wartości 100 mln dol. wystarczy 8 mln dol. własnego kapitału, resztę pożycza od banku inwestycyjnego. Niezrealizowane zyski mogą następnie zostać użyte jako zastaw pod przyszłe zakupy. Ciągły wzrost ceny zasobów, które są bazą derywatywy, nie tylko umożliwia, ale wręcz zachęca do coraz większych zakupów kolejnych instrumentów finansowych w tym futersów na obligacje skarbu państwa. Niewielka ilość graczy finansowych może skutecznie wykupić w ten sposób ogromną ilość obligacji. O ile komentatorzy finansowi przypisują niskie oprocentowanie obligacji skarbu państwa nieistnieniu inflacji, lub nadziei na zbilansowanie wydatków publicznych, o tyle prawdziwe wyjaśnienie tego procesu może leżeć w zdolności do osiągania pozycji uprzywilejowanej czy to dzięki możliwości pożyczania od FED, bądź uczestniczenia w handlu derywatywami.
Z faktu pojawienia się nowych pieniędzy najpierw na rynku obligacji wynika pojawienie się tam inflacji najpierw. Ciągłe istnienie inflacji na rynku finansowym wywołane jest tym, że pieniądze pochodzące z transakcji na tym rynku są często reinwestowane, dzięki zdolności dźwigni zawartej w derywatywach. Ostatecznie jednak taki proces jest możliwy dzięki temu, że FED ustanawia sztywne ceny stopy procentowej, uprzywilejowując w ten sposób pewną grupę ludzi, która może pożyczać tanio, to za co inni płacą znacznie więcej. Nowostworzona siła nabywcza wraca „na okrągło” do rynku finansowego, chroniąc strumień inflacji przed rozlaniem się na płace i towary konsumpcyjne.

Zarządzanie oczekiwaniami

Mises wykazał, że siła nabywcza pieniądza zależy od relacji podaży i popytu na pieniądze. Najważniejszym czynnikiem wpływającym na popyt na pieniądze są oczekiwania społeczne co do przyszłego poziomu cen. Jeśli ceny pozostają stabilne, popyt na pieniądz pozostaje stabilny, gdyż ludzie oczekują, że ceny będą się utrzymywać. Jeśli ceny spadają, ludzie spodziewają się, że nadal będą one spadać. Pomimo zwiększenia podaży pieniądza, jeśli ludzie uważają, że w przyszłości ceny nie będą rosły, wówczas oczekiwania inflacyjne pozostaną niskie. Oto co na ten temat pisał Rothbard:

Załóżmy, że ludzie spodziewają się dużego wzrostu podaży pieniądza, a tym samym silnego wzrostu cen w przyszłości. Wiedzą tym samym, że w niedalekiej przyszłości ceny wzrosną. W związku z tym decydują się kupić „coś” – samochód, pralkę, dom – teraz, a nie czekać rok czy dwa, kiedy ceny (o czym przecież wiedzą) wzrosną. W oczekiwaniu inflacji ludzie obniżą swoje zasoby gotówkowe. Takie oczekiwanie doprowadzi do wzrostu cen dzisiaj, a nie w przyszłości. Im więcej ludzi spodziewa się tego, że ceny wzrosną, tym szybszy będzie wzrost tych cen. Oczekiwania deflacyjne doprowadzą do obniżenia się cen, inflacyjne, do ich podniesienia.

Doświadczenia, zwłaszcza w odniesieniu do ostatnich lat dowodzą, że ludzie raczej wiążą swe oczekiwania cenowe n.t. cen towarów konsumpcyjnych z obecnymi cenami towarów konsumpcyjnych. Analogicznie, ci, którzy oceniają tendencje cenowe na rynku finansowym, silniej wiążą je z tendencjami obecnymi dzisiaj na tym rynku.
W celu zmylenia obserwatorów, którym wydaje się, że „nie ma żadnej inflacji”, co chroni rynek przed rozlaniem się inflacji na dobra konsumpcyjne, wprowadzono Consumer Price Index, wskaźnik dający fałszywy obraz rzeczywistości monetarnej. Wprowadzono do niego szereg przebiegłych sztuczek, takich jak: „wyłączenie cen energii i żywności”, albo uwzględnienie przelicznika „niskiej jakości produktów”, albo „wskaźnika sezonowości” czy „relacji między ceną domów a ceną czynszów mieszkaniowych”. Ponadto, indeks CPI dotyczy wyłącznie cen towarów konsumpcyjnych, podczas gdy rzeczywista inflacja dotyczy przecież majątku zgromadzonego w postaci instrumentów finansowych. W ten właśnie sposób zabrano milionom Amerykanów część ich funduszy emerytalnych.
Zarządzanie oczekiwaniami okazało się wcale nie takie trudne, dlatego inflacja zniknęła z oczu ludzi. Większość ludzi nie widzi związku między wysokimi notowaniami giełdowymi a ceną mleka. Wzrost podaży pieniądza nie zwrócił uwagi analityków finansowych. Niektórzy prominentni ekonomiści podażowi uznali wręcz, że w latach 1990. nastąpiła deflacja, domagając się, aby FED zwiększył podaż pieniędzy jeszcze bardziej.
Taka manipulacja zapobiegła jak dotąd zastąpieniu gotówki na rzecz dóbr konsumpcyjnych, co ma zwykle miejsce w sytuacji, gdy dochodzi do nadmiernego drukowania pieniędzy. Złudzenie nieobecności inflacji jest groźne, polega bowiem na zastąpieniu jednego zestawu problemów innym zestawem problemów. Publiczność poddana iluzji inflacyjnych zysków giełdowych, przestała się o cokolwiek pytać, nie kwestionując w ogóle roli banku centralnego.

Kradzież oszczędności

Szczególną cechą psychologiczną instrumentów finansowych jest ich samowzmacniający się charakter. Rosnącym notowaniom akcji towarzyszyło przekonanie o ich stosunkowym bezpieczeństwie i renomie, że oto są właściwym miejscem do przechowywania kapitału. W ten sposób wzmacniano przekonanie o tym, że należy przeznaczać na inwestycje coraz więcej oszczędności. Pieniądze wypływały z niskooprocentowanych kont oszczędnościowych i płynęły na giełdę czy do obligacji. Istnieją nawet głosy, że inflacja musi być rzeczywiście niska, że trzeba strofować bank centralny za jego przezorność i tendencję do niepotrzebnego zawyżania oprocentowania (to co dzieje się od 11 ostatnich sesji FED, podwyżka z 1 proc. do 3,25). Zakładają one, że inflacja dotyczy wyłącznie dóbr konsumpcyjnych, zaś ruch cen obligacji jest niezależny i niesie jedynie informację dotyczącą zmian wartości jednostek monetarnych. Z tego co napisaliśmy powyżej wynika, że jest dokładnie odwrotnie. Podobnie jak utrzymywanie, że przy tak niskim yield wysokie ratio P/E jest całkiem uzasadnione. W oparciu o sztucznie zaniżony yield na obligacjach uzasadnia się, że akcje są tanie. W ten sposób pomija się fakt istnienia wysokiej inflacji obligacji i innych instrumentów finansowych. W ten sposób ceny akcji też są inflacyjne.

Konkluzja

Jakie znaczenie ma to, że ceny akcji i obligacji, w relacji do cen konsumpcyjnych rosną? Problem leży w tym, że decyzje przedsiębiorców opierają się na cenach względnych. Jeśli ceny względne są zaburzone inflacją finansową, zaburzony zostaje cały proces produkcyjny. Utrudniony zostaje transfer oszczędności do inwestycji. Zaburzeniu ulega rachunek ekonomiczny, który służy jako punkt wyjścia decyzji inwestycyjnych.
Finansizacja gospodarki, czyli proces względnego rozrostu sektora finansowego w stosunku do górnictwa, produkcji, transportu, energetyki czy handlu jest przykładem takiego zaburzenia. Przeróżne miary wielkości rynku finansowego, zaczynając od relacji między wielkością jego kapitalizacji a GDP, od współczynnika TOBIN Q (miara stosunku kapitalizacji rynku do jego wartości odtworzeniowej) osiągnęły w latach 1990. swoje rekordy i nadal pną się w górę.
Sektor finansowy zdominował S&P 500; firmy finansowe stanowią ok. 20,4 proc. wartości indeksu, podczas gdy 10 lat temu było to tylko 12,8 proc. Ich udział jest dwukrotnie większy od udziału firm przemysłowych i trzykrotnie większy od udziału firm energetycznych, które przeżywają wyjątkowy boom.
Warto pamiętać, że 82 firmy finansowe, wchodzące w skład indeksu S&P 500 nie zawierają ani General Electric, ani General Motors czy Forda, a przecież każda z wymienionych firm posiada sektor finansowy, którego udział w ich zyskach jest ogromny.
Firmy finansowe generują obecnie ok. 30 proc. zysków (po podatku), jest to o 7 proc. więcej niż w roku 1982. Stopa zysku tych firm w pierwszym kwartale 2004 roku wynosiła 32,6 proc. i była ok. 11 proc. wyższa niż w 1929 roku.
Ekonomiczny sens istnienia rynku kapitałowego polega na stworzeniu więzi między oszczędzającymi a pożyczającymi na cele inwestycyjne. Specjaliści finansowi, tacy jak venture capitalist, spekulanci, maklerzy stanowią grono, które oblicza stopień ryzyka tych inwestycji i wielkość dostępnych oszczędności.
Społeczeństwo nie może istnieć w oparciu o drukowanie papierków służących wymianie na dobra rzeczywiste. Nie możemy być wszyscy spekulantami. Ktoś musi jakieś dobra produkować.
Pamiętajmy też, że ukrywanie faktów nie może trwać wiecznie. Podaż pieniądza nie może trwać w nieskończoność. Przyjdzie taki moment, kiedy sprawa się wyda i dojdzie do korekty cen między dobrami konsumpcyjnymi i instrumentami finansowymi. Może to być bardzo bolesny proces. I jedynym winowajcą takiej sytuacji będzie…bank centralny.

Robert Blumen
„www.fijor.com” 2005-10-06

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. X11 pisze:

    Eeeeeee przecież ta korekta już była w 2001 r. Ceny dóbr kapitałowych leciały w dół a ceny dóbr konsumpcyjnych stały w miejscu.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    To byla jedna korekta, na rynek papierow wartosciowych, a teraz beda nieruchomosci. Obym sie mylil! Jan M. Fijor

  3. x pisze:

    BC zachował się wtedy moim zdaniem prawidłowo (i myślę że nadal się tak zachowuje). Przecież w systemie z częściową rezerwą brak reakcji BC (a właściwie to przeświadczenie o braku reakcji) może oznaczać katastrofę gospodarczą – panikę finansową na ogromną skalę. Greenspan miał wg Pana stopy procentowe w 2001 r podwyższyć? Czemu Pan tak wiesza psy na tych BC?

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Czemu wieszam? Toz caly ten tekst Blumena dowodzi ich zbednosci i szkodliwosci. Jan M. Fijor

  5. x pisze:

    Deficyt budzetowy za Clintona?
    Przeciez nawet licznik na Time Square zatrzymali bo bylo tak dobrze. A moze ja zylem w innym kraju?

  6. makler pisze:

    co Pan sadzi o gieldzie w perspektywie najblizszych lat? warto kupowac te inflacyjne papiery?jaka alternatywa? mowi Pan o globalnym, wieloletnim krachu na rynku nieruchomosci?

  7. Jan M. Fijor pisze:

    W sytuacji, do ktorej zmierza swiat, a wiec do chronicznej inflacji nie ma zadnego wehikulu inwestycyjnego, ktory bylby dobry. Wierze jednak, ze w koncu narody przejrza i wprowadza jakis standard chroniacy je przed zlodziejstwem ze strony wladzy. Konkludujac: fundamentalnie silne spolki moga na dluga mete (20-30 lat) przetrwac jedno i drugie i osiagnac zyski przewyzszajace straty etapu inflacji. Krach na rynku nieruchomosci c polegac bedzie na tym, ze cale zyski i wiecej zje inflacja. Najlepsza inwestycja wydaje sie mimo wszystko wiedza uczaca ludzi jak dzialaja mechanizmy ekonomiczne i co srobic, zeby minimalizowac wplywy politykow poprzez ograniczanie zakresu panstwa. Uklony Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *