Zmowa

chat-dymki
8

Machina amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości po raz kolejny okazała się niepokonana. Po trwającym ponad dwa lata śledztwie, tym razem jej ofiarą padł południowokoreański gigant elektroniczny, Samsung Electronics.)

Największy na świecie producent pamięci komputerowych (30,7 proc. światowego rynku) „zgodził się” zapłacić aż 300 mln dol. kary za rzekomą konspiracje przy ustanawianiu cen (price fixing) na swoje produkty (pamięci komputerowe DRAM). Większą karę (500 mln dol.) zapłacił jedynie szwajcarski koncern farmaceutyczny, F. Hoffman – La Roche, któremu zarzucano manipulowanie cenami witamin.

Spiskowcy

Bezpośrednim powodem wszczęcia postępowania z ustawy antytrustowej były oskarżenia rzucone pod adresem zagranicznych producentów pamięci DRAM przez amerykańską firmę Micron Technology Inc. (14,7 proc. rynku), która zarzuciła dwóm koreańskim wytwórcom pamięci – prócz Samsunga, pozwanym w sprawie został Hynix Semiconductors (16,5 proc. rynku) oraz niemiecki Infineon Technologies (13,6 proc. rynku) – zawiązanie spisku, który w latach 1999-2002 doprowadzić miał do „zmowy cenowej”. Wszyscy pozwani przyznali się do winy, godząc się dobrowolnie na zapłacenie wysokich kar; Hynix ukarano grzywną w wysokości 185 mln dol., a Infineon grzywną 160 mln dol.
W wyniku konspiracji, czytamy w oświadczeniu Departamentu Sprawiedliwości, dotknięci zostali producenci sprzętu komputerowego, Dell, Compaq, Apple, IBM, Hewlett Packard i kilku innych potentatów branży elektronicznej. Urzędnikom Departamentu Sprawiedliwości zabrakło elementarnej przyzwoitości; w gronie poszkodowanych zapomnieli umieścić…konsumentów, bo też i nie o nich w tym wszystkim chodziło.
Nie trzeba dodawać, że żadnej z ukaranych firm formalnie winy nie udowodniono. Ich przyznanie się było najprawdopodobniej skutkiem „oferty nie do odrzucenia” i przypominało raczej „samokrytykę” niż udokumentowany przez sąd przypadek. Zresztą większość spraw z powództwa rządu amerykańskiego kończy się równie „dobrowolną” ugodą. Samobiczowanie się jest z reguły tańsze niż zmaganie się z machiną bezwzględnej sprawiedliwości państwa. Martha Stewart, która tego nie zrozumiała, została ostatecznie skazana na więzienie i grzywnę. Jedyną jej winą było to, że się przed sądem legalnie broniła.

Wina

Z formalnego punktu widzenia sprawiedliwości stało się zadość, faktycznie jednak, oskarżenie jest mocno problematyczne. Nie mieści się wręcz w kanonach gospodarki rynkowej. Jest typowym przykładem – jakby powiedział Mises – myślenia antykapitalistycznego.
Po pierwsze, rynek pamięci komputerowych, podobnie jak rynek komputerów, jest rynkiem wolnym. Każdy producent może żądać za swoje wyroby tyle, ile mu się podoba. Gdyby Samsung czy Hynix domagali się zbyt wysokiej ceny, to automatycznie otworzyliby zbyt dla innych, mniejszych i tańszych (bo nie uczestniczących w spisku) wytwórców pamięci. Wprawdzie trzy ukarane firmy posiadają aż 60,1 proc. rynku, to jednak nie są monopolistami, a więc nie mogą robić co im się żywnie podoba.
Po drugie, trudno uwierzyć w jakąkolwiek zmowę, gdyż każda z tych firm chroni swój własny interes silniej niż interes konkurentów. Zmowa jest zawsze ryzykowna, nie ma bowiem pewności, że biorące w niej strony rzeczywiście się do niej zastosują. To, że państwom OPEC zmowa się udaje jest możliwe wyłącznie dlatego, że organizacja ta składa sienie z biznesmenów, lecz polityków.
Spółki, Samsung czy Infineon, znając „ustalony” przez spiskowców poziom cenowy, mogły równie dobrze cenę swoich pamięci obniżyć i w ten sposób zagarnąć konkurentom kilka dodatkowych procent rynku. Pod koniec XX wieku ceny na kości pamięci były wysokie, bo panował boom i rosło zapotrzebowanie na komputery, a nawet dziecko wie, że przy rosnącym popycie i mniej więcej stałej podaży, cena musi rosnąć.
Po trzecie wreszcie, producenci komputerów mieli wolny wybór, nie musieli kupować „drogich” pamięci od spiskowców. Blisko 40 proc. produkcji była w rękach firm nie uczestniczących w zmowie. W warunkach wolnego rynku, a wolność tę może ograniczyć jedynie państwo, wymiana handlowa jest możliwa tylko wtedy, gdy korzyść z niej odnoszą obie strony; sprzedający i kupujący. Producenci komputerów dobrze wiedzieli, że nawet wyższa cena za elementy pamięci opłaci im się. Podobnie, jak wiedzieli o tym nabywcy komputerów, którzy woleli zapłacić więcej i mieć komputer, niż go nie mieć.
Zresztą ustawa antytrustowa, która była podstawą ukarania spiskowców, dotyczy tylko przypadków pozbawiania wyboru, co w odniesieniu zarówno do gospodarki amerykańskiej, gdzie działa gros „poszkodowanych” producentów, jak i koreańskiej, gdzie działają producenci, w grę nie wchodzi. Pozbawianie wyboru przez firmę na wolnym rynku nie jest nawet możliwe. Monopol, a więc brak wyboru jest wyłącznie domeną państwa, które może użyć siły w celu nakłonienia nas do zrobienia czegoś czego nie chcemy, lub zabronić nam coś co akurat chcielibyśmy uczynić. Zarówno IBM, Gateway, HP czy Dell mogli przecież kupić pamięci od innych producentów. Zresztą IBM i HP też są producentami pamięci. Wykorzystując istnienie rzekomej zmowy, sami mogli umocnić swoja pozycję na rynku.

Państwo opiekuńcze

Natura biznesu jest taka, że kupujący odczuwają, że płacą „za dużo”, sprzedający zaś, że „za mało” za swoje produkty czy usługi otrzymują. Przedsiębiorczość, która jest fundamentem działalności gospodarczej polega na wyszukiwaniu lepszych sposobności; wyższej ceny dla producenta, niższej dla konsumenta. Zmniejszanie różnicy miedzy tym „za mało”, a tym „za dużo” nazywa się arbitrażem i jest bardzo pożytecznym działaniem, dzięki któremu ceny konkurujących ze sobą podmiotów gospodarczych zbliżają się do podobnej wartości. Ci, którzy nie są w stanie produkować, sprzedawać, kupować po cenie konkurencyjnej znikają z rynku; bankrutują. Chyba, że ich przed bankructwem uchroni państwo.
Tendencja do chowania się biznesu pod skrzydła Departamentu Sprawiedliwości, Komisji Papierów Wartościowych czy innej agendy rządu jest starym sposobem walki z niewygodną konkurencją. Netscape czy Sun Microsystem nie potrafiły pokonać Microsoft-u na drodze konkurencji rynkowej, sięgnęły więc po broń prawną, oskarżając giganta z Redmond o praktyki monopolistyczne. Zyskały w ten sposób oddech i czas na dogonienie konkurenta, osłabiając go przy okazji. Nie na wiele im się to zdało; zarówno Sun Microsystem jak i Netscape radzą sobie dziś dość średnio, a w każdym razie gorzej niż raniony Microsoft.
Z politycznego punktu widzenia, atak na biznes też jest opłacalny. Ani Clintonowi, ani jego kontynuatorowi Bushowi synowi, za proces przeciwko Microsoft (czy innym biznesom) włos z głowy nie spadł. Wprawdzie cenę tych procesów płacą zwykle masy, nic ich tak nie raduje jak iluzoryczna świadomość, że oto ich prezydent, ich rząd ukróci wreszcie panoszący się „wielki biznes”. Polityk, który w ten sposób dba o lud jest chętnie wybierany. George W. Bush zna tę prawdę jak nikt inny i dlatego właśnie za jego kadencji takich procesów jest najwięcej. Są wygodne; służą do uzasadnienia rosnącego bezrobocia, deficytu budżetowego, inflacji, a nawet klęski huraganów.
Taki przywódca zyskuje sobie nie tylko poklask wśród mas. Wdzięczni są mu także biznesmeni, których cieszy to, że wreszcie dobrano się do skóry tym paskudnym Azjatom, którzy z tą swoją tanią siłą roboczą ciągle pozbawiają Amerykanów pracy.
Można od biedy zrozumieć, gdy Amerykanów ogarnia wściekłość o to, że „jacyś Koreańczycy”, którzy jeszcze 30 lat temu raczkowali pod ich okiem, nie tylko radzą sobie samodzielnie, ale wręcz prześcignęli swoich mentorów, należy jednak pamiętać, że złość nie jest dobrym doradcą. Najbardziej niebezpieczne jest jednak to, że do tej pory z praktyk utrącania zagranicznych konkurentów słynęła Europa i Japonia, Amerykanie takich środków nie potrzebowali. Radzili sobie bez nich znakomicie. Czyżby już przestali?

Jan M. Fijor
„Nczas” 2005-10-23

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. bart pisze:

    Noo Panie Janie z Microsoftem, to Pan moim skromnym zdaniem przegiął. M$ wykorzystując niemalże monopolistyczną pozycję na rynku uzależnia użytkowników od swoich produktów. Np wprowadzając swoje własne pseudo-standardy. Do dziś można trafić na strony, które działają poprawnie tylko z MSIE. Chcesz korzystać z portalu – kup Windowsa, a MSIE dostaniesz gratis… …i kilka innych dodatków przy okazji. Po kilku latach przestaje wspierać stary system. Chcesz mieć pomoc techniczną i aktualizacje – kup nowego Windowsa/Office. W starym Office nie otworzysz nowych dokumentów. A ,,niechcący” zapominają opublikować specyfikację formatu. I tak to się toczy.
    Pozdrawiam serdecznie

  2. JMF pisze:

    To nie jest monopol. Nie musi pan korzystac z produktow MS, sa inne opcje. Monopol jeste wtedy, gdy nie ma wyboru, a korzystac trzeba. Taki monopol prywatnie istniec nie moze.
    Uklony
    Jan M. Fijor

  3. bart pisze:

    Mam nadzieję, że zwrócił Pan uwagę na słówko ,,niemalże”. W końcu blisko 90% udział pewnej rodziny systemów operacyjnych na rynku komputerów osobistych to nie monopol…
    Nie wiem jaką definicją monopolu Pan się posługuje. Co do wyboru, to proszę wskazać mi soft, który działa na platformie innej jak windows, będący odpowiednikiem AutoCADa (LinuxCAD?- wolne żarty), Adamsa, Ansysa itd… na nieszczęsnym M$Office kończąc (OpenOffice? – wolne żarty 2). Wybór jest taki, że można zmienić pracę… teoretycznie. Co do istnienia monopolu M$, to pewnie wyssana z palca bajka. Jeśli jest Pan ciekaw jak opornie idzie walka z takimi bajkami, oraz co można zrobić zamykając np. specyfikację formatu plików, utajniając zabezpieczenia protokołu komunikacyjnego, proszę sobie wpisać w google np.: ZUS Płatnik Janosik. I poczytać pozycje z pierwszej dziesiątki.
    Inną nieścisłością, która wkradła się do Pańskiego tekstu, jest sprawa z Sunem, którą M$ przegrał. Z kontekstu, w jakim Pan o niej wspomniał, wynika, że nie orientuje się Pan czego ona dotyczyła. Chodziło o licencję na Javę, którą M$ dobrowolnie podpisał, a potem łamał jej postanowienia. Idea leżąca u podstaw Javy polega (w dużym uproszczeniu) na przenośności oprogramowania Javovego między różnymi systemami operacyjnymi. Do uruchomienia programu Kowalskiego na urządzeniu, niezależnie, czy jest to PC czy Mac, czy intel czy alpha, czy komputer czy telefon komórkowy potrzebny jest program nazywany wirtualną maszyną Javy. Ten program ma zachowywać pewne standardy, zrozumiałe dla programu Kowalskiego. Jeśli ktoś nie zachowuje standardów w produkowanej przez siebie, wirtualnej maszynie Javy, to program Kowalskiego nie będzie mógł być na tej maszynie uruchamiany lub nie będzie pracował poprawnie. Jeśli tak, to taka wirtualna maszyna nie jest wirtualną maszyną Javy i nie może używać nazwy Java. Tak w dużym uproszczeniu stało w licencji. M$ łamał te warunki, próbując zawłaszczyć platformę Java. Gdyby mu się udało, przenośność softu Kowalskiego byłaby niemożliwa. Tak więc Sun wystąpił niejako w obronie pewnego standardu i wygrał. A że sprawa ciągnęła się latami, mimo odszkodowania ma obecnie słabszą od M$ pozycję finansową.
    Ma Pan zupełną rację, że taki monopol prywatnie istnieć nie może. Prywatnie w sensie: bez udziału decydentów. Istnieje przysłowie mówiące że rządzi duży pieniądz, nie mały. Proszę to odnieść do decydentów ZUSu i procesu jego informatyzacji. Podobna sprawa ma miejsce z formatem dokumentów M$Word. Istnieją w Polsce (i nie tylko) instytucje, które wymagają od petentów przesyłania dokumentów w tym formacie. I możliwość pracy z dokumentami M$O w OOffice tutaj wiele nie zmienia. Z prostego powodu. Deweloperzy OOffice mimo godnego podziwu wysiłku są w tyle za zmianami w formacie.
    Takich przykładów można mnożyć wiele,
    bo Diabeł niestety tkwi w szczegółach.
    Tak więc, nie negując idei zawartej w Pańskim artykule, apeluję o ostrożniejszy dobór przykładów.
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Nie jestem informatykiem, nie rozumiem 80 proc. tego co pan napisal, ale odpowiem jedno: monopolem jest uniemozliwienie wyboru. Wiem skadinad, ze jest Linux, Unix (o ile nie pomylilem nazwy) i pare innych systemow oepracyjnych. Monopol to zakaz stosowanie alternatywy, wszystko inne jest wolnym wyborem. Poza tym, co to za przymus (zakladajac nawwet monopol) skoro przeszukiwarka MS byla dodawana za darmo? MS byl tak popularny, bo byl najlepszym systemem za te pieniadze, jakie kosztowal. Udzial w rynku byl wynikiem popularnosci, a nie przymusu. Z tym sie pan zgodzi. O procesie z SUNem nie pisalem, wiem jednak, ze szef tej spolki byl aktywnym adwokatem Clintona w wykanczaniu MS. Pozdrawiam Jan M. Fijor

  5. bart pisze:

    No tak. Nie jest Pan informatykiem. Pański argument jest powalający. W stylu pana Gadomskiego z Wybiórczej. Poddaję się. Nie przekonam Pana do ostrożniejszego podchodzenia do tematów w których Pan się słabo orientuje. W końcu to jest problem Pańskiej, nie mojej wiarygodności. Zresztą proszę przeczytać komentarz pod adresem: http://www.liberator.org.pl/l/html/modules.php?name=News&file=article&sid=2226
    Pozdrawiam jeszcze raz

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Pochelbia mi pan. Uwazam Witka Gadomskiego za jednego z najlepiej wyksztalconych polskich ekonomistow i dziennikarzy. Ja rozumirem niechec informatykow do produktow MS, ale pzeciez ich popularnosc wynika wlasnie z zainteresowania produktami MS przez klientele tychze informatykow. Pozdrawiam JM FIjor

  7. E.Skubacz pisze:

    Ja jestem informatykiem i sądzę że p.Fijor ma rację. Monopol jest wtedy gdy jakaś władza narzuca korzystanie z dóbr jakiegoś. W przypadku MS tak nie jest, pojawiła się miażdżąca przewaga MS, ale tylko dlatego, że MS przekroczył masę krytyczną wiedzy i sprzedaży aby po mozliwie najniższej cenie sprzedawać oprogramowanie. Na pocz.lat 90 kiedy zacząłem pracę jako programista firma w której pracowałem sama tworzyła system F-K, sprzedała go ok.100 klientom, za ok. 3000 dzis.złotych i każdy raport, aktualizację wyceniając dodatkowo. Kiedy pojawiły się WAPRO, CDN, Matrix z Symfonią – padliśmy i całkiem słusznie.
    Ale CDN dopiero po sprzedaniu 5000 licencji osiągnął „masę krytyczną” dzięki której zaczął ustanawiać swoje standardy. Zresztą, gdyby to był taki prosty biznes (chodzi o Windows)wystarczyłoby jakieś kilka miliardów dolarów + hinduscy programiści
    i można narzucić nowy standard i nieźle zarobić. W przypadku MS niebezpieczeństwo polega na tym, że tam motorem działania jest nie „kapitał+organizacja” , ale również „twórcza ekipa”. Proszę sobie wyobrazić, że „znika” np. 100 najważniejszych ludzi
    „ze względów technologicznych” to to jest koniec. Nie pomoże bogata dokumentacja – program przez conajmniej 2 lata się nie rozwija i powoli znika z rynku.

  8. kolec pisze:

    Panie Janie pamietamy Pana z Chicago zna sie Pan n a wszystkim i na niczym, jest Pan gladki w wymowie in to wszystko , wiedza Panska jestv zenujaca. KREUJE SIE pAN NA ARBITRA , LACZNIE Z MODA DLA KOBIET . TROCHE SKROMNOSCI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *