Bitwa o Gubałówkę

chat-dymki
14

Bez względu na to, co na temat postępowania Wojciecha Byrcyna sądzą media, były dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego ma w sporze z Polskimi Kolejami Linowymi rację.)

To Byrcyn, a nie państwowy monopolista „linowy” zachowuje się racjonalnie, ujawniając skrzętnie skrywany przez etatystów fakt, że nawet pod nieobecność regulacji ograniczających prawo własności, znanych pod sugestywnym tytułem „przymusowe wywłaszczenie na cele publiczne”, możliwe jest zarówno uszanowanie własności prywatnej, jak i interesu społecznego.

Wolność Wojtku…

Przypomnijmy, co się wydarzyło na stoku Gubałówki.
Właściciel gruntu, przez które przechodziła trasa narciarska i ustawione były urządzenia ją naśnieżające, Wojciech Byrcyn, wypowiedział umowę dotychczasowym jego użytkownikom, Polskim Kolejom Linowym. Te zaś, w obliczu braku pasażerów, trasę zamknęły buntując przeciwko Byrcynowi opinię publiczną. Wtórują im w tym media. Problem w tym, że decyzja Byrcyna jest zgodna z prawem. O tym, że z własną ziemią może robić co mu się żywnie podoba potwierdził sąd. Mimo to sprawa wywołuje oburzenie w środowisku narciarskim Zakopanego i nie tylko. Postępek Byrcyna został napiętnowany, przed jego domem, na zboczu Gubałówki pikiety skandują „Zwróć nam Gubałówkę!”.
Przez media polskie przeszła kampania na rzecz ustanowienia prawa o przymusowym wykupie ziemi na cele publiczne. O kwestii tej coraz żywiej – zwłaszcza w kontekście problemów wywłaszczeniowych związanych z budową (a raczej niebudową) autostrad – zaczęli mówić parlamentarzyści. Powoływano się przy tym na podobne prawo tzw. eminent domain funkcjonujące np. w USA, Kanadzie i innych państwach świata. W Polsce takiego prawa nie ma.

Skandal nad Potomakiem

Konflikt między Wojciechem Byrcynem a PKL wywołał w opinii publicznej potrzebę nowych regulacji. Polacy uznali, że stosowanie przymusu dla dobra wspólnego jest uzasadnione. Powoływano się tu na paraliż towarzyszący budowie nowych autostrad, kiedy to właściciele gruntów, przez które autostrada ma przechodzić, sprzeciwiają się jej odsprzedaży, co rzekomo hamuje postęp budowniczych. Ograniczenie własności miałoby takiemu paraliżowi przeciwdziałać w przyszłości.
Podobnie rozumowali niegdyś kongresmani amerykańscy wprowadzając w życie „eminent domain”, ustawę która kłóci się z zasadami wolnego rynku i kapitalizmu. Jak ostry jest to konflikt niech świadczy przypadek przymusowego wywłaszczenia, w lutym 2005 roku siedmiu właścicieli domów jednorodzinnych w miasteczku New London w stanie Connecticut i przekazanie ich terenu na własność prywatnej firmy deweloperskiej, która zamierza tam wybudować hotel i centrum konferencyjne. Mimo iż narusza to fundamenty państwa, a zwłaszcza amerykańską konstytucję, decyzję zalegalizował najpierw Sąd Najwyższy stanu Connecticut, później federalny Sąd Najwyższy. Co prawda, wyrok nie był jednogłośny (5-4) jest on wiążący i rzuca cień na respektowanie prawa własności w jednym z najbardziej wolnych krajów świata.

Rynek wystarczy

I tu Polska może świecić Amerykanom przykładem.
Jeśli między Byrcynem, PKL i narciarzami dojdzie do porozumienia, znaczyć to będzie, że możliwe jest zarówno poszanowanie prawa własności, jak i zaspokojenie interesu społecznego. I to bez potrzeby odwoływania się do przymusu państwa, jak to czyniono dawniej. Kiedy na początku XIX wieku mieszkaniec wioski Worcester, pod Bostonem uparł się, że nie sprzeda ziemi pod budowę drogi publicznej (highwayu), w odwecie lokalny bank odmówił mu prowadzenia konta, fryzjer strzyżenia, lekarz kuracji, nie wpuszczano go do barów, a nawet do kościoła. Bojkot trwał tak długo aż osobnik ów zgodził się ziemię sprzedać. Zbędny był sąd, kary, nakazy, wystarczyła perswazja otoczenia. I to jest rozwiązanie rynkowe; jego cenę płacą strony najbardziej zainteresowane rozwiązaniem sporu. A nie, jak w przypadku New London, siedmiu skromnych właścicieli wspierających bogatego dewelopera!
W latach 1970. władze zwróciły się do mieszkańców Olczy, wioski pod Zakopanem, o odstąpienie paska gruntu w celu poszerzenia głównej drogi. Mimo iż proponowano wyjątkowo atrakcyjną cenę, nie zgodził się nikt. Tradycja prawa własności jest na Podhalu mocno zakorzeniona. I wtedy za „wywłaszczenie” wziął się ówczesny proboszcz, ks. Jan Kowalik, który zagroził parafianom, że jeśli który nie zgodzi się na poszerzenie drogi, on nie udzieli w jego rodzinie sakramentów, nie pochowa, słowem – wymierzy karę kościelną. Dziś środkiem Olczy wiedzie piękna, szeroka droga. Obyło się bez procesów, a nawet odszkodowań.
„Ludzie – pisał Ludwik von Mises – działają w sposób racjonalny, tak aby poprawić swoją sytuację. Tylko chorzy umysłowo działają na swoją szkodę”. Droga, stok narciarski są wspólną korzyścią, dodatkowo, presja społeczna, groźba ostracyzmu czy bojkotu to silne narzędzia. Równie silne co ustawa, lecz znacznie mniej bolesne. Rynek, czyli interes stron jest w stanie rozwiązać sprawy własnościowe bez konieczności odwoływania się do przymusu państwa. Podobny obyczaj – zwraca uwagę Thomas Sowell ze Stanfordu – zakorzeniony jest mocno m. in. w środowisku nowojorskich chasydów, gdzie większość sporów odbywa się poza sądem. Ktoś, kto nie godzi się z wolą wspólnoty, spotyka się ze zdecydowanym jej potępieniem, z wykluczeniem z szeregów włącznie. Pod nieobecność hamulców religijnych czy moralnych, ostatecznym argumentem jest dla niego opłacalność takiego rozwiązania.
Gazeta Wyborcza i TVN przestawiły Byrcyna jako „wściekłego psa”, który irracjonalnie sprzeciwia się temu, co wszystkim (jemu też) ma przynieść korzyść. Tymczasem p. Byrcyn kieruje się logiką: posiada atrakcyjny kawałek gruntu i chce za niego dostać tyle ile się da. Dlaczego PKL i narciarze mają zarabiać kosztem jego ustępstw?

Kto kogo szantażuje?

Jest jeszcze jeden aspekt własnościowy ten całej sprawy.
Właścicielem Polskich Kolejek Linowych oraz trasy narciarskiej jest…państwo. Gdyby przedsięwzięcia te były prywatne, najprawdopodobniej do żadnego konfliktu by nie doszło. Prywatni przedsiębiorcy dogadaliby się bez obecności mediów. Poza tym, to właściciel trasy narciarskiej, a nie Wojciech Byrcyn, kupiłby newralgiczny kawałek ziemi. Okazuje się bowiem, że parcelę, przy pomocy której były dyrektor TPN „szantażuje” dziś PKL, ten pierwszy dokupił zaledwie kilka lat temu. Tym samym wykazał się sprytem, którego zabrakło władzom PKL, co jest kolejnym dowodem wyższości własności prywatnej nad państwową.
Nawet dziecko wie, że p. Byrcyn, wykupując sporny teren, nie zrobił tego złośliwie – jak sugerują korespondenci Gazety Wyborczej czy TVN – lecz wyłącznie z chęci zysku. Nic w tym złego. Byłby przecież niespełna rozumu gdyby postępował inaczej. Gorzej z instytucjami stanowiącymi własność kolektywną. Gdyby PKL działały racjonalnie, zaproponowałyby Byrcynowi cenę godziwą, a nie straszyły go mediami i opinią publiczną, tym bardziej, że dyrektor PKL, Jerzy Laszczyk od lat wie dobrze, że Byrcyn ma rację. Laszczyk przegrał z nim wszystkie możliwe sprawy sądowe, przed wszystkimi możliwymi instancjami. To, że porozumienia nie ma to nie wina Byrcyna, lecz PKL. Zresztą kolejki linowe miały podobne doświadczenia kilka lat temu na Butorowym Wierchu, gdzie wskutek podobnej arogancji i marazmu, dały się „zamknąć” góralom, właścicielom terenu, przez który przechodził wyciąg krzesełkowy i trasa narciarska, własność PKL. Błędu takiego nie popełnili właściciele sąsiedniego stoku, na Szymoszkowej, prywatni biznesmeni, Andrzej Ritter i Waldemar Sobański. Dyskretnie, korzystając z talentów negocjacyjnych znanego narciarza, Wojtka Wawrytki, wykupili grunty, przez które przechodzi dziś trasa na Szymoszkowej i mają spokój.
Szacunek dla prawa własności, tak charakterystyczny dla górali, nie jest w sporze o Gubałówkę okolicznością utrudniającą porozumienie, jak myślą w PKL, lecz raczej ułatwieniem. Górale wiedzą co posiadają, znają wartość i nie chcą jej marnować. Dlatego, w interesie publicznym, dla dobra narciarzy należałoby im PKL dawno temu sprzedać.

Jan M. Fijor
„różne” 2005-12-29

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. polska wschodnia b pisze:

    mam troch pola i chce dobrze sprzedac

  2. RSA pisze:

    Jeszcze jedna różnica w mentalności Polaków i mieszkańców USA. Otóż podobny problem, czy konflikt, jest tematem przewodnim wielu amerykańskich filmów. Z reguły przedstawia się sprawę tak, że grupa farmerów, bądź mieszkańców małego miasteczka, jest rugowana ze swojej własności przez dużego inwestora, przy użyciu nielegalnych, bądź nieetycznych działań, np. zastraszania, podpaleń, korupcji urzędników lokalnych itp. Sympatia widzów z reguły stoi po stronie ludzi broniących swojej własności. Nie widziałem ani jednego filmu polskiego o analogicznej tematyce.

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Takie filmy to z reguły antypropaganda przedsiębiorczości – zły kapitalista i dobrzy, biedni obywatele, ale mimo to, swiadomosc poszanowania prawa wlasnosci jest w Polsce stosunkowo niewielka. Chyba, ze wsrod gorali. Dlatego Giertych popelnil ogromny blad, stajac po stronie kolejek linowych i zadzierajc z goralami. Uklony Jan M. Fijor

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Właścicielem Polskich Kolejek Linowych oraz trasy narciarskiej jest…państwo. Gdyby przedsięwzięcia te były prywatne, najprawdopodobniej do żadnego konfliktu by nie doszło. Prywatni przedsiębiorcy dogadaliby się bez obecności mediów.(…)” W przykładzie z ameryki deweloper był prywatny i co, dogadali się? Ale tu zawsze winne jest państwo. A już najzabawniejsze jest opieranie stosunków nie na prawie do sprawiedliwego sądu tylko na wymuszaniu podporządkowania się społeczności.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    W przykladzie z Ameryki panstwo wywarlo presje na prywatnych obywateli. Presja byla potrzebna po to, aby obnizyc cene gruntow, ktore deweloper chcial dla siebie. Innymi slowy, panstwo jak zwykle usankcjonowalo grabiez. Sprawiedliwy wyrok sadu to taki, ktory uwzglednia interes stron, ale rpzede wszystkim respektuje prawo, a rawo wlasnosci jest prawem naturalnym, bez ktorego ludzkosc moze tylko upasc. Przyklady juz przerabialismy w PRL. Uklony Jan M. Fijor

  6. Poziomka pisze:

    Po lekturze pańskiego artykułu odniosłem nieodparte wrażenie, że piętnuje Pan ingerencje państwa w prawo własnści pochwala Pan jednak bojkoty i wymuszenia sąsiedzkie. Rozumiem więc, że popiera Pan demontaż państwa, a sytuacje konfliktowe rozwiązywane będą przez „społeczności lokalne” bojkotem i innymi formami wymuszenia. Obawiam się, że w pańskim wymarzonym społeczeństwie na straży naturalnego prawa własności będzie stało równie naturalne prawo dżungli. Odnoszę też wrażenie, że wymarzoną przez Pana formę organizacji społeczeństwa miała Rzeczpospolita Szlachecka, w któej podaki były ograniczone do minimum a państwo było tak słabe, ze nie było w stanie egzekwować żadnego prawa i każda społeczność rządziła się sama. Ja jednak mam nadzieję, że przynajmniej przez jakiś czas spory będzą rozstrzygane w sądach, których wyroki będzie egzekwowało państwo.

  7. Jan M. Fijor pisze:

    Ja uwazam, ze rynek jest w stanie dostarczyc taniej i lepiej wszystkie tego, co dzisiaj pod przymusem, w zlym stylu i niskiej jakosci dostarcza panstwo. Jesli ma pani watpliwosci, to prosze podac choc jedna dziedzine zycia spolecznego, gospodarczego, w ktorym panstwo góruje nad biznesem prywatnym. Uklony Jan M. Fijor

  8. x pisze:

    Poziomka. Rzeczpospolita szlachecka nie była słaba. Przez 3/4 swojego istnienia była mocarstwem, które prowadziło wiele zwycięskich wojen, a poziomem zamożności obywateli przewyższała kraje sąsiedzkie. Państwo było w stanie egzekwowac prawa – nawet wobec bogatych i potężnych, czego dziś nie potrafi (jeśli interesuje cię temat, zobacz jak rozwiązano problem spadkowy w ordynacji Ostrogskich i usunięto magnata-uzurpatora). Stopień identyfikacji obywateli ze swoim państwem był nieporównanie większy niż dziś. Także gotowość do ofiar na rzecz dobra wspólnego. „Każda społeczność rządziła się sama” = samorządność.

  9. x pisze:

    Co do antypropagandy przedsiębiorczośći ma pan trochę racji. Ale prawo własności rozumiem tak: że jeśli coś posiadam, to mogę tym dowolnie rozporządzać, nawet jeśli kto inny mógłby wykorzystać moją rzecz w sposób przynoszący wielokrotnie większy zysk.

  10. Jan M. Fijor pisze:

    Doklasnie atk, z zastrzezeniem, ze granica mojego prawa jest „nos sasiada”, czyli ze nie moge robic ze swej wlasnosci uzytku, ktory ogranicza wolnosc innych. Stad w szczegolnych okolicznosciach sasiedzi moga wymoc na mnie zmiane sposobu uzytkowania czy tp. Uklony Jan M. Fijor

  11. Lukas pisze:

    chciałbym podać Panu dziedziny życia w którym wolny rynek niestety wymiekka i jest konieczna wrecz ingerencja panstwa. Mianowicie chociazby opsypywanie drog sola, chodniki, drogi, lampy, kultura, sztuka, gdyby nie dotacje panstwa niestety te dziedziny by nie przezyly, albo powstaly by ogromne spory klotnie i nieporozumienia, ze ja dalem tyle a Ty tylkko tyle a korzystamy tak samo… Chociaz za panstwem w gospodarce absolutnie nie jestem i uwazam ze nalezy ograniczac jego ingerencje do koniecznego minimum
    pozdrawiam Lukas

  12. Jan M. Fijor pisze:

    Na szczescie dla rynku i nas samych, myli sie pan bardzo. Pierwsze z brzegu, jakie ministerstwo dotowalo Mickiewicza, Slowackiego i Chopina? Co do drog, to juz o tym pisalem, powinno byc na http://www.fijor.com, a jesli nie ma, to znajde gdzies i podrzuce. Pozdrawiam Jan M. Fijor

  13. Lukas pisze:

    Mickiewicz Słowacki czy Chopin nie musieli być dotowani, to byli twórcy, oni wypromowali siebie, swoje dzieła, nie o tym pisałem. Miałem na myśli teatry, biblioteki, opery i inne instytucje kulturalne, które nie są w stanie same pokryć swoich wydatków. I właśnie niestety to Pan mija się z prawdą. Przykładem niech będzie chociażby opera krakowska, która gdyby nie środki z rady miasta nigdy nie powstałaby i nie wykorzystała pieniędzy z UE. Też bardzo bym chciał, aby rynek mógł wszystko zagwarantować, ale tak nie jest, bo rynek robi to co się opłaca, a nie wszystko się opłaca.

  14. Jan M Fijor pisze:

    A do czego komus potrzebna opera krakowska? Moze, idac panskim trope4m, nalezaloby zrobic opere w Grudziadzu, Tczewie i Przysnyszu. o tym, gdzie mam byc opera, bilbioteka czy tp. decyduje rynek. Klienci, ktorym sa te placowki potrzebne zapewnia im zapewnia egstyncje4. tak jak to robia Chicago Symphonic orchestra, Metropolitan Opera etc. Chodzi o to, zeb y byla sztuka, a nie opera czy biblioteka.
    Pozdrawiam
    JM Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *