Uważaj co robisz!

chat-dymki
15

W większości krajów świata zakupy są przyjemnością. Pisze się o nich, mówi, rozmawia pogodnie, z radością. W Polsce jest inaczej. Gdy przejrzeć prasę, posłuchać radia okaże się, że dla nas zakupy to koszmar, którego powodem są niedociągnięcia ustawy o ochronie konsumenta.

Satysfakcja gwarantowana…

Mniej więcej sto lat temu, niejaki Aaron Montgomery, do niedawna jeszcze subiekt wiejskiego sklepiku na Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych, otworzył swój pierwszy własny biznes. Była nim sprzedaż katalogowa odzieży, prostych narzędzi rolniczych i artykułów gospodarstwa domowego. Był to pierwszy w Ameryce i chyba na świecie, sklep wysyłkowy na tak znaczącą skalę. Nie to jednak wpisało Montgomery’ego do annałów światowego biznesu. Stało się to za sprawą krótkiemu sloganowi, jaki towarzyszył wszystkim anonsom i ogłoszeniom firmy „Montgomery Ward”, który brzmiał: „Satysfakcja gwarantowana”.
Montgomery, jako pierwszy w dziejach handlowiec – bez nakazów prawa i urzędów ochrony konsumenta – dał swoim klientom prawo „satysfakcji”, czyli reklamacji, czyli wymiany lub zwrotu zakupionego towaru. I to bez konieczności tłumaczenia się dlaczego tego zwrotu czy wymiany dokonują. Początkowo prawo to przysługiwało w ciągu trzech, potem aż 30 dni od zakupu. Za przykładem sklepów Montgomery Warda poszły wkrótce niemal wszystkie poważne amerykańskie, a potem światowe biznesy detaliczne. Dzisiaj reklamacja jest standardem światowego biznesu.
Entuzjazm, z jakim nowa zasada zaczęła się rozprzestrzeniać nie był, broń Boże, aktem filantropii ze strony handlu. Wprost przeciwnie. Handlowcy skorzystali z niej chętnie gdyż szybko zrozumieli, że życzliwość wobec klienta, zwyczajne pójście mu na rękę, jest warunkiem właściwych relacji w biznesie, a to przekłada się na wyższe zyski i prosperitę. Dlatego nie trzeba do nich zmuszać, czy nawet zachęcać.

…nie u nas

Niestety, polscy ustawodawcy nie uwierzyli w ludzki rozsądek. Zamiast pozostawić relacje „handel (producent) – klient” rynkowi, czyli konkurencji, wolnemu wyborowi i odpowiedzialności za ten wybór, wprowadzili siłą prawo o reklamacjach konsumenckich, które:

– niszczy naturalną więź między biznesem a jego klientelą;
– konfliktuje strony wymiany, wprowadzając w miejsce dobrowolnych umów, przymus i agresję;
– utrudnia konkurencję, działając tym samym na szkodę chronionych, czyli konsumentów;
– dezinformuje i skłania do korupcji;
– nie mówiąc o samych kosztach tej ochrony.

Oficjalnym powodem interwencji państwa w rynek jest rzekoma troska o dobro konsumentów zagrożonych przez nieuczciwy i chciwy biznes. Nieoficjalnie chodzi o zdobycie przez polityków sympatii wyborców. Pretekstem do działania politycznego jest zwykle kilka przypadków nadużyć ze strony nieuczciwych przedsiębiorców. Mało kto zastanawia się nad ich sensem, czy raczej bezsensem. Że nikt nikogo do kupowania nie zmusza. Że gwarantem dobrej jakości i niskiej ceny jest konkurencja. Że do ochrony przed oszustwami służą przecież sądy. Że znakomita większość przedsiębiorców, to ludzie uczciwi i rzetelni, a co najważniejsze, że dają oni pracę, zaspokajają potrzeby ludzkie i tworzą majątek narodowy. U nas biznes zagraża konsumentom. Trzeba go ograniczyć, a niekiedy nawet zakazać! Wbrew logice i własnemu interesowi, masy konsumentów stają się w ten sposób sojusznikiem polityków; głosują na nich, nadają sens ich pracy, a co gorsza, płacą za utrzymywanie tych wszystkich niepotrzebnych urzędów ochrony konsumenta, agencji kontroli i regulacji rynku. Zawodzi skuteczność tej ochrony. Przekonują się o tym konsumenci, którzy odkrywają nagle, że mimo licznych ustaw i instytucji kontrolnych zostali – i to w majestacie prawa! – nabici w butelkę przez dewelopera, firmę telefoniczną czy handlowca.

Kto kogo chroni?

Ingerowanie w wymianę handlową i opowiadanie się po stronie konsumenta, stawia biznes w pozycji napastowanego. Zwłaszcza, że wskutek ignorancji, doświadczeń półwiecza PRL, i zwykłej ludzkiej zawiści populistyczne ataki na przedsiębiorców są w narodzie mile widziany. Trudno się dziwić biznesowi, że w takich okolicznościach stara się ratować. Taka jest mentalność zaszczutego człowieka. Pozbawiony podstawowej broni jaką jest dla biznesu (ale i dla konsumentów) wolność zawierania kontraktów, sięga po uniki, tricki, nierzadko też po narzędzia korupcyjne. Z drugiej strony, biznes, w przeciwieństwie do niezorganizowanych masy konsumentów, ma siłę i środki na to, by wpływać na kształt ustaw i decyzje polityków. Konsument, który na demonopolizacji usług telekomunikacyjnych zyska 20 zł miesięcznie nie będzie zatrudniał armii adwokatów, ekspertów i specjalistów od PR. Biznes, który dzięki monopolowi, na każdym z kilku milionów klientów zarobi ekstra 20 zł miesięcznie, stanie na głowie, żeby utrzymać status quo. Dlatego mimo istnienia całego systemu ustaw antymonopolowych i urzędów ochrony konsumenta, taka TP S.A., operatorzy komórkowi czy poczta skutecznie blokują konkurentom wejście na rynek. W podobny sposób działają notariusze, ZUS, część energetyki i inne instytucje, które poprzez lobbying polityczny zachowują kosztowne dla klientów, a szkodliwe dla gospodarki przywileje. Dzięki nim stworzono prawo konsumenckie, ze zrozumieniem którego trudności maja nawet eksperci UOKiK. Handlowcy czy usługodawcy, broniąc się przed narzucanym przez państwo prawem o odpowiedzialności wobec konsumenta, stosują chwyty – co prawda legalne – a jednak poniżej pasa. Jednym z nich jest mnożenie warunków dodatkowych, znane jako „drobny druczek” albo „prawo rozwodnione”. Już dzisiaj umowa kredytowa lub kupna mieszkania od dewelopera może mieć 150 – 200 stron. Kto jest w stanie taką cegłę przeczytać? Jeszcze trudniej ją zrozumieć. Gros kontraktów/warunków kupna sporządzają prawnicy, posługując się slangiem niezrozumiałym dla laika. Poza ekspertami nikt nad nim nie panuje. Jedne reklamacje są ważne 5 dni, inne trzy dni, jeszcze inne 10 dni. Wady ukryte można reklamować, wad widocznych nie można. I to nie wszystkich wad. Tworzone są listy wad, listy procedur sprawdzających. W takiej sytuacji o przekłamanie nietrudno. Klient właściwie nie wie, co mu wolno, czego nie wolno. Zły biznes wykorzystuje ten bałagan. Dodatkowym utrudnieniem są wysokie koszty wymiaru sprawiedliwości, które skutecznie odcinają poszkodowanego od sędziego. Zresztą, jeśli nawet konsument się postawi i sprawę wygra, egzekucja jego roszczeń rzadko kiedy bywa możliwa. Sklep X jest własnością spółki Y, która jest córką spółki będącej słupem dla spółki XYZ…Majątkiem zarządza tylko jedna z nich. Na tym skomplikowanym prawie i zantagonizowaniu stron wymiany handlowej wygrywają adwokaci i radcy prawni, na pewno jednak nie konsument.

I po co?

Tymczasem stara prawda głosi, że „nikt nie zadba o nas lepiej niż zadbamy my sami”. Każdy się z nią zgadza, a mimo to dajemy się nabrać na hasła o trosce państwa, polityków czy ustawodawców o nasz interes.
Po pierwsze, opieka ze strony państwa drogo kosztuje.
To, czy jakiś handlowiec czy producent jest w stosunku do nas uczciwy i rzetelny najlepiej sprawdzić samemu. Tak wychodzi taniej. Zamiast zawierzać ustawom i prawu o ochronie konsumenta, lepiej zaufać instynktowi samozachowawczemu producenta czy usługodawcy, który najlepiej wie, że nieuczciwość, niska jakość świadczonych usług czy ich wysoka cena działają przeciwko niemu.
Po drugie, ustawodawca – tak jak całe państwo – nie ma konkurencji. Robi więc co chce, a ściślej, to co jemu samemu przynosi korzyści. Innych ignoruje, a w najlepszym przypadku traktuje usługowo.
Po trzecie, biznes nie jest i nie może być wrogiem konsumenta. Przeciwnie. Jest jego sojusznikiem. Wymiana handlowa nie jest grą o sumie zero, a zysk biznesu nie oznacza straty konsumenta. Wymiana na wolnym rynku przynosi korzyść obu stronom. Po czwarte, narzucanie przez państwo sposobu prowadzenia biznesu bywa niebezpieczne, zwłaszcza, że państwo nie bierze odpowiedzialności za swoje decyzje. Tymczasem bezmyślna polityka zwrotów, reklamacji i odszkodowań może biznes zniszczyć. Bywają nieuczciwi handlowcy, ale bywają także nieuczciwi konsumenci. Co ma zrobić niewielki sprzedawca odzieży, zmuszony zwrócić pieniądze panience, która kupiła sobie sukienkę na sobotnie wyjście i w poniedziałek rano zwraca ją pod byle jakim pretekstem? W normalnych, wolnorynkowych warunkach sprzedawca by takie prawo zwrotu ograniczył. Pod presją ślepych praw o ochronie konsumenta, takiej opcji nie ma.
Konsument i handlowiec (producent, usługodawca), to nierozerwalne strony relacji wymiany handlowej, które w warunkach wolności gospodarczej zawierają kontrakt; klient bierze odpowiedzialność za swój wybór, biznes za dotrzymanie warunków transakcji. Nazywa się to zasadą roztropności i jest znane pod łacińską formuła caveat emptor („bądź przezorny, uważaj co robisz”). Klient nie może mieć pretensji do sklepu, w którym kupił lodówkę z porysowanymi drzwiami, jeśli sklep nie ukrył przed nim tego faktu. Zawarli jasny kontrakt; rekompensatą za porysowane drzwi była najprawdopodobniej zniżka ceny, albo dłuższa gwarancja na części zamienne. Żaden szanujący się biznes nie pozwoli sobie na oszukanie, czy chociażby wprowadzenie klienta w błąd, bo straci nie tylko klienta, lecz co gorsza reputację. Może też iść pod sąd, bo złamał podstawową zasadę biznesu – kontrakt.
Ingerencja państwa kontrakty takie zniekształca, a nawet niszczy. Niszczy przy tym ludzką czujność. Zamiast prze podejmowaniu decyzji polegać na własnej ostrożności, spuszczamy się na anonimowego urzędnika, dla którego jesteśmy tylko uciążliwym petentem. Klient traktuje biznes jak wroga. Biznes nie pozostaje dłużny. O konflikt nie trudno.
Co w takiej sytuacji robić?
Primo, uważać. Secundo, myśleć i liczyć. Tertio oglądać. Pytać, sprawdzać, opierać się na referencjach i uczyć się na błędach, najlepiej na błędach innych. A przede wszystkim odebrać politykom prawo do decydowania o naszym życiu. Pamiętajmy, że przecież dla nikogo nie jesteśmy tak ważni, jak dla samych siebie.

Zakupy po polsku
Jan M. Fijor
„różne” 2006-03-22

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Sluczacz Radia Maryi pisze:

    „Pamietajmy, ze przeciez dla nikogo nie jestesmy tak wazni, jak dla samych siebie.” Pachnie to sobkowstwem. Chrystus Pan nie myslal, ze jest najwazniejszy dla samego siebie. On sie poswiecil za innych. Czyz nie jest to najpiekniejszy akt na jaki czlowieka mozna stac, po to aby zyc dla innych? Myslenie li tylko o sobie to antychrzescijanskie sobkowstwo.

  2. Andbler pisze:

    Antychrześcijańskie jest wszystko, co nie jest zgodne z nauką o. Rydzyka…

    Gdy Mart Laar był gościem w Radiu Maryja, myślałem, że zaczne mieć szacunek do tej rozgłośni. Niestety, na samiutki koniec audycji o. Rydzyk popsuł wszystko :/ Już myślałem, że słuchacze się czegoś nauczą…

    Teraz tak samo pan popsuł wrażenia po przeczytaniu tego tekstu :/

  3. Adam Gramowski pisze:

    Ad 707 (Mart Laar). Ten Mart Laar wie jedynie to, co powinien wiedzieć każdy zwykły człowiek. Poszedłem na jedno spotkanie z nim i jestem facetem wysoce rozczarowany. Wiadomym jest, że w demokracji rządzą z reguły chamy i wyłuskanie z tych mend jednego „normalnego” i postawienie go przed publiką jest przesadą. Facet powiedział, że sukces swojego państwa zawdzięcza m.in. specjalnym kartom kredytowym dla posłów, dzięki którym mniej kradną, mozliwości zgłaszania projektów ustaw przez internet i wiele innych bzdur.

    Tymczasem stawia się go przed publiką tylko dlatego, że został wybrańcem plebsu. Co to za atut?

  4. Hubert Pietruszewski pisze:

    Autor wypisuje brednie. Każde dziecko w Polsce wie, że samooty buduje się nie tak, aby przewoziły ludzi, ale żeby się zderzały w powietrzu, restauracje nie są po to, żeby dobrze w nich zjeśc, ale żeby zatruć wszystkich salmonellą, nie mówiąc już o tym, że murarze budują tak domy, żeby się nam zawalały na głowę.

  5. Nataniel P. pisze:

    A moze to kosciol zwichrowal nauki Chrystusa, wbrew Jego woli? Moze On sam nie uwazal, ze poswiecanie sie dla osob gorszych od siebie jest moralnym imperatywem? A byc moze, ze sam Chrystus wierzyl w to, tylko nie sadze, aby sam tak ten symbol umierania na krzyzu wykoslawil, jak to kosciol zrobil. Predzej wielblad przejdzie przez ucho igielne niz bogaty dostanie sie do nieba. We are our brothers keepers – we owe each other (musimy sie nawzajejem jak bracia podtrzymywac, winni jestesmy jeden drugiemu)_ – mowi biblia i inne takie nonsensy. Wedlug takiej moralnosci i takich drogowskazow, czesto nakazow, zupelnie podobnych do komunistycznych, to kapitalistyczna moralnosc i etyka niezaleznosci, indywidualizmu, dorabiania sie, dbania o siebie samego, wyglada mizernie. Wiec wybor zalezy od nas. Albo tamte drogowskazy albo te. Wolny wybor, bo jak wybierzecie tamto i to, to pozostanie z Was wymieszana szarzyzna moralna, ktora nie bedziecie w stanie obronic najsprawiedliwszego i najwspanialszego systemu jakim jest kapitalizm, przed komuchow atakami jak i przed atakami religijnej lewicy z rydzykowcami wlacznie. Obydwu tych „religi” etyka dzialania wychodzi z tego samego altruistycznego korzenia, czego autor tej strony nie chce i nie moze pojac, a moze bardziej z obawy przed sadem ostatecznym. Z Szacunkiem. Nataniel Podgorski

  6. Adam Uhle pisze:

    Bardzo często, a szczególnie gdy jesteśmy naładowani patosem kampanii przedwyborczej, miewamy tendencję do zakładania że jesteśmy idealni. Jak choćby (przepraszam za bluźnierstwo) przywoływany w komentarzach sam Jezus Chrystus. I często głosujemy na tych, którzy, chcąc się nam przypodobać, tak właśnie o nas mówią (zapewne myślą coś zgoła innego). A w codziennej praktyce my wszyscy, ludzie, jesteśmy tylko ludźmi. I dlatego właśnie na modłę cocjalistyczną można kształtować klasztor, albo niewielką wspólnotę osób które się co do pewnych zasad ściśle umówili, ale nie społeczeństwo całego kraju. Tu bywają ludzie pasywni, ale także przedsiębiorczy. Niezależnie od tego pierwszego podziału, jedni z nas są podobni do aniołów, skłonni do poświęceń, uczciwi do szpiku kości, a inni obrzydliwie chciwi, egoistyczni, nieuczciwi, skłonni do czynienia różnych świństw. W społeczeństwie muszą więc obowiązywać takie uwarunkowania, że każdy dbając o swoje własne interesy, przyczynia się tym samym do wspólnego dobra. Na razie, dla spełnienia tak sformułowanej zasady, nie wymyślono nic lepszego niż Wolny Rynek. Wolny przede wszystkim od ingerencji polityków oczywiście. Popieram więc w pełni Autora artykułu!

  7. ezietek@op.pl pisze:

    Chcę się odnieść tylko do stwierdzenia Sluchacza Radia Maryi bo o Autorze i jego poglądach miałem okazję nie raz wyrażać się jak najlepiej. Otóż w komentarzu (706) przytoczono cytat gdzie, moim zdaniem, ciężar argumentacji za sobkostwem (wolę używać pojęcia egoizm) nie jest tak wielki jak na pierwszy rzut oka wydawałoby się. Otóż opinia wyrażona w cytacie dotyczy nie tyle egoistycznego poniewierania innych ale bardziej stwierdzenia (może smutnego) faktu, że inni nie cenią nas tak bardzo jak my sami. Pan piszący o Chrystusie i pięknych aktach ma rację w konkluzji o życiu dla innych ale przecież stwierdzenie faktu skądinąd niepodważalnego u większości naszych bliźnich, że inni nie myślą o nas tak dobrze jak my sami nie oznacza jeszcze egoistycznego myślenia tylko o sobie. Zdrowy egoizm to w życiu bardzo przydatny oręż o ile stosowany z umiarem – boć świat nie samymi aniołami stoi, czy nie tak? Na koniec dodam, że omawiany cytat w połączeniu z poprzedzającym go zdaniem o politykach w ogóle nie upoważnia do mowy o egoiźmie gdyż dotyczy obrony przed znanymi z naszego politycznego podwórka działaniami polityków, którzy bynajmniej nie z dbałości o nasz interes raczą nas niechcianymi prawami.

  8. H.K. pisze:

    Cały artykół logiczny i zrozumiały, można go sprowadzić do konkluzji, że wszelkie prawo zaciemnia, tym bardziej rozbudowane do nieprzyzwoitości. A słuchacz Radia Maryja powinien też zacytować samego Chrystusa, który powtarza to najważniejsze przykazanie: kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Ten „siebie sam” jest widocznie bardzo ważny, co bynajmniej nie upoważnia go do wyeliminowywania drugiego „siebie samego”.Słuchacz źle więc zinterpretował to przykazanie, gdyż ono wyraźnie ustawia jednego człowieka wobec drugiego, ale nie eliminuje „siebie samego”, podaje natomiast właściwą relację między nimi. I tak to trzeba widzieć – nie na zasadzie przeciwstawienia, zazdrości, walki, ale właśnie altruizmu. Co to ma wspólnego z sobkowstwem? Sobkowstwo jest tu kalką utartego przekonania, że jest źle, a o dobro tak trudno w świecie. To prawda, ale to nie jest regułą wszech obejmującą i fatalną. Całe Chrześcijaństwo temu przeczy. Trzeba więc odwrócić nastawienie – z fatalnego na optymistyczne.

  9. Geronimo pisze:

    Do uzytkownika H.K.
    Moralnosc i etyka altruizmu doprowadzila do krwawych wypaczen. Moralnosc poswiecania sie dla idei Narodu, dla klasy robotniczej, nawet dla Boga doprowadzaly cale spoleczenstwa do obledow. Usystematyzowali i usankcjonowali filozoficznie, a przeto i moralnie etyke calkowitych poswiecan sie slawni; starozytny Platon i nowozytny E. Kant.

  10. Szczepan pisze:

    jest Pan wspaniały,świetna argumentacja

  11. Orkiestra Deta pisze:

    Szanowny Panie Fijor Al-Zarqawi w koncu zabity, wyeleminowany. Czy zamiast jezdzic do Palestyny i szukac tam rzekomego dobra, pocieszenia, nadziei, to nie lepiej aby sie Pan z faktu wyeleminowania bandyty cieszyl, wiwatowal, celebrowal? Czy stac Pan li tylko na egzystencjonalizm setki w mordowni z kawalkiem sledzia solonego, jeszcze nie wymoczonego a juz jedzonego? Wiecej optymizmu i usmiechu na twarzy prosze. Niedostrzeganie zadnego dobra w zyciu, w ojczyznie to tyz grzech.Nie sadzi Pan? Skomlacych, zlych, krytykujacych ciagle dziennikarzy szkoly wypuszczaja na peczki. Czyzby to byla narodowa cecha? Albo moze to zew poludnia?

  12. Jan M. Fijor pisze:

    Non capisco! jmf

  13. Dygresja pisze:

    A wogole to zycie ciekaaaawe. Toczy sie nie tylko w Warszawie ale rowniez i w Gruzji, ktora staje sie bastionem wolnosciowych przemian.
    Kilka dni temu Prezydent Gruzji Michal Saakashvili dostarczyl wyrazow uznania w Bialym Domu, dla amerykanskich sil zbrojnych, ktore sa bastionem wolnosci. „Twoje plany szerzenia wolnosci, naprawde zdaja egzamin Mr President Bush.. Widze to po Gruzji. I widze to po Iraku. Prosze, badzcie tam. Walczcie az do konca… Bedziemy razem z Wami” Saakashvili obiecal. „Cokolwiek bedzie potrzeba dlatego, ze Wasz sukces w Iraku jest sukcesem rowniez dla Gruzji. Jest sukcesem dla kazdego kto uwielbia wolnosc, dla kazdego kto chce miec zapewnienie aby zyc w swiecie, ktory zapewni jemu, jego rodzinie, a zwlaszcza ich dzieciom zycie w takim wlasnie zabezpieczonym systemie.
    Ten mlody prezydent Saakashvili, narazal sie, byl odwolywany ze stanowiska, jednak nigdy nie rezygnowal z idealow prawdziwej wolnosci….
    Saakashvili powiedzal, kiedy stal tuz przy prezydencie Bushu,na Placu Wolnosci w Tibilisi w zeszlym roku „Czuje ulge w stosunku do tych Gruzinow, wlaczajac w to i moja rodzine, ktorzy gineli w Gulagach, a ktorzy oddala zycie za wolnosc, za niepodleglosc.”
    Coraz wiecej krajow zdaje sobie sprawe, ze wolnosc nie jest bez zmagan, nigdy nie jest „za darmo”, rowniez nie moze byc bezpodstawna. Nawet Kanada zaczela w koncu zdawac sobie sprawe, ze terroryzm to nie osobista wojna „przyglupiego” Busha jak tylko bezpardonowy i krwawy atak na zdobycze Zachodniej Cywilizacji. Zapewne wlasciciel tej strony jest innego zdania. A moglby sie tak wybrac tam do centrum Islamofaszyzmu. Ostatnio maja problemy z dostarczaniem ofiar do odzynania glow tepymi kozikami. Ostatnio to nawet nie atakuja Amerykanow. Lepiej im idzie mordowanie ludnosci cywilnej, ktorych to eurpejskie srodki mass przekazu nie nazywaja terrorystami, czy bandytami. Nazywaja ich powstancami. Ladny mi powstaniec, co to uzyna glowy kobietom i mezszczyznom i co bezpardowo morduje kto podleci, nawet i dzieci.

  14. dana toronto pisze:

    Tu wpisz swój komentarz/ uswiadomil pan ludzi ale jaki ma wplyw indywidualny obywatel na uczciwosc handlowcow Polska to nie cywilizowany swiat! a propo gdyby nie Radio Maryja bylo by jeszcze gorzej,Ojciec Swiety JP.II popieral RM.Jesli ktos jest przeciwko RM jest przeciwko JP II.Przeciwko RM sa czytelnicy Michnika -„baranie mieso” on sam was TAK NAZYWA.

  15. zbi pisze:

    Mieszanie Chrystusa do wolnego rynku jest chyba nieporozumieniem. Przypomniał mi się kiepski dowcip o grze w pokera Jezusa z Apostołami. Jezus ostatni – po tym jak Św. Piotr ujawnił karetę króli – pokazał pięć asów i zanim zgarnął niezłą pulę usłyszał zbiorowy protest: tylko BEZ CUDÓW Jezu – o FORSĘ GRAMY! Nie bardzo kompatybilne są to światy. Zastanawia mnie też zainteresowanie kręgów związanych z RM tymi stronami; religie, jakiekolwiek by one nie były, proponują radykalną alternatywę w postaci udanego życia pozagrobowego, wobec samospełnienia aktwnej jednostki poprzez indywidualną przedsiębiorczość i osiągniecie dobrobytu tu i teraz, na tym świecie. Religie są sprzymierzeńcami wiernych – nie zawsze przedsiębiorczych. Jest to zasadnicze nieporozumienie – kapitalizm kreuje dobrobyt doczesny, gdzie religie mają rację bytu tylko w pakietach. Pełnią funkcje uzupełniające wobec doczesności, stają się produktami i muszą konkurowac między sobą.
    Przy okazji pozdrawiam Pana Fijora, bardzo podoba mi się Pański punkt widzenia i bezkompromisowość w wyciaganiu wniosków.

    Może nie powinienem przypominać aż tak głupich dowcipów??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *