Ściąga

chat-dymki
2

Ściąga, zjawisko stare jak świat, stała się plagą wyższych uczelni. Tak uważają grona akademickie wielu polskich szkół wyższych.)

Uczestniczyłem niedawno w spotkaniu, na którym przedstawiciele kilku zacnych almae matris dyskutowali ewentualne środki zaradcze. Nie zastanawiając się głębiej nad sensem, czy bezsensem samego problemu, środowisko uniwersyteckie postanowiło wydać ściąganiu bezpardonową wojnę. Represje wobec ściągających mają się już nie tylko ograniczać do oblania egzaminu, czy powtarzania roku. Wielu wykładowców jest zdania, że studenta, który posługuje się ściągami należy relegować z uczelni, dać mu dożywotnio wilczy bilet, ukarać grzywną, a nawet wsadzić do kryminału jak za oszustwo. Zgromadzeni gronostajaci mówili wręcz o konieczności uchwalenia ustawy zapobiegającej ściągawkom.

Histeria

Czyżby ściąga była aż tak groźna społecznie?
Myślę, że nie. W całej tej dyskusji podejrzewam dużo histerii. Środowisko akademickie, które w ostatnich latach, na własną prośbę straciło na prestiżu stara się odwrócić uwagę od prawdziwego problemu, jakim jest fatalny stan polskiej nauki, anachroniczne metody uczenia, nepotyzm, feudalna hierarchia zależności, biurokracja i inne szkodliwe zjawiska dławiące od lat polskie uczelnie wyższe.
Co ciekawe, wśród dyskutantów nie było przedstawicieli sektora prywatnego w szkolnictwie, które dziwnym trafem nie podziela obaw o przyszłość kraju spowodowanych nagminnym ściąganiem.
Zacznijmy od tego, że podczas porządnie przygotowanego egzaminu ściągać nie sposób. Jeśli jest to egzamin ustny, byłoby bezczelnością, a przede wszystkim głupotą ściągać. Jeśli egzamin jest pisemny, testowy, tym bardziej, chociażby z braku czasu. Takie egzaminy mają z reguły mocno wyśrubowane limity czasowe. Ze ściągi można korzystać jedynie wtedy, gdy egzamin przeprowadzony jest byle jak, w ogromnej hali, bez odpowiedniego nadzoru i przy minimalnym wysiłku ze strony przygotowującego go nauczyciela akademickiego. Na amerykańskich uczelniach, każdy zdający otrzymuje test indywidualny, albo przygotowany w sposób tak zindywidualizowany, że nie ma szans nawet na sięgnięcie po ściągę. A jeśli nawet, to nie ma to wielkiego znaczenia przy ostatecznej ocenie.
Student, zanim otrzyma ocenę semestralną czy roczną, poddawany jest szeregowi różnych sprawdzianów, zaliczeń, egzaminów, testów itp. Tylko niewiele z nich posiada sposobność korzystania ze ściąg. Student, który pomógł sobie na egzaminie pisemnym, a w sposób karygodny uwalił ustny, obleje cały semestr czy rok. Wykładowca – egzaminator głupi nie jest, potrafi ocenić poziom wiedzy. Chyba, że ktoś ma szczęście. Ale szczęście jest przypadłością na którą nie mamy wpływu. Sam przepadłem na egzaminie, do którego byłem mocno obkuty; mimo iż nie nauczyłem się tylko jednego, mało ważnego tematu, właśnie jego wylosowałem i dostałem bombę. I odwrotnie; zdałem na czwórkę egzamin, przerobiwszy co najwyżej 10 proc. materiału, bo wylosowałem dobre pytania. Szczęście generalnie ma to do siebie, że sprzyja dobrze przygotowanym.

Kowadło losu

My sami jesteśmy kowalami swego losu.
Student studiuje nie dla profesora, uczelni czy narodu, lecz dla siebie. Jeśli się czegoś nie nauczy, zapłaci za to cenę w swoim przyszłym życiu zawodowym. Chyba, że wiedza ta znalazła się w curriculum (jak niegdyś marksizmy, leninizmy i hostorie ruchu robotncizego) przypadkiem. Jeśli ktoś chce sobie pomóc ściągą i pójść na skróty, sam ryzykuje. Tak przejść przez życie nie można. Jeśli ktoś tego nie wie, trzeba mu to uświadomić. Z tego powodu ja bym nie tylko nie zabraniał ściągania, lecz do niego zachęcał. Może kilku nagminnie ściągających studentów zrozumie kiedyś, że ich awans zawodowy czy prosperita zostały zahamowane właśnie przez głupotę. Może wyjaśnią to swemu potomstwu? Swoim znajomym? Nic tak nie uczy, jak bolesny przykład.
Zresztą ściąganie jest terminem umownym. Na kilku egzaminach z fizyki, algebry czy analizy profesorowie pozwalali nam korzystać z dowolnych pomocy, lecz zadania były tak przygotowane, że nie było kiedy ze ściągi skorzystać. Chyba, że ktoś był naprawdę obkuty i wiedział gdzie rozwiązanie problemu szybko znaleźć. Tak przygotowana osoba nie musiała właściwie ściągać.

Wyścig szczurów

Można jeszcze ściągać od kolegi.
Można o ile kolega się na to zgodzi. W czasach prl nie było problemu. Znajomość materiału, umiejętności czy zdolności miały ograniczony wpływ na powodzenia człowieka w przyszłości. Liczyło się kumoterstwo, znajomość spolegliwość wobec władzy, a tych nie trzeba było (albo nie można było) ściągać. Wiedza, konkurencja nie były w cenie. Ale już w Stanach Zjednoczonych, w szkołach wyższych, ściąganie praktycznie nie istnieje. W środowisku konkurujących ze sobą o jak najlepszą ocenę, a później pracę studentów nikt się na ściąganie nie zgodzi. A jeśli już, co ma podobno niekiedy miejsce, to za pieniądze i to spore. Trzeba mieć naprawdę dużą kasę, żeby sobie pozwolić na ściąganie. Ktoś, kogo na to nie stać, musi się „niestety” nauczyć. Tym bardziej, że studia sporo kosztują i oblanie roku lub zmarnowanie nauki jest znaczną stratą finansową.
W Polsce, na uczelniach państwowych, takiego problemu nie ma. Studenci bezpośrednio za naukę nie płacą, nie czują więc ceny edukacji. Mimo to polska młodzież akademicka wie co robi, idąc na studia. Świadczy o tym presja na uczenie się widoczna chociażby w uczelniach prywatnych, gdzie trzeba za naukę płacić. Młodzież docenia wagę studiów; nie tylko formalnego dyplomu, ale także samej wiedzy. Świadczy o tym chociażby wysoki odsetek (ok. 30 proc.) studentów studiujących drugi, czy nawet trzeci (14 proc.) fakultet.
Młodzi Polacy wychowani w atmosferze konkurencji, obśmiewanej niekiedy przez leniwych nauczycieli akademickich i intelektualistów – nieudaczników, jako wyścig szczurów, wiedzą, że dla osiągnięcia sukcesu w życiu nie wystarczy coś umieć, trzeba ponadto być lepszym od innych. Jeśli już studenci mają problem, to raczej z coraz niższym poziomem polskiej nauki i autorytetu naukowców, którzy zamiast wziąć się do pracy, ściągając chociażby osiągnięcia od lepszych od siebie, zastanawiają się jakby tu ograniczyć swobody i wybór w dziedzinie słynącej od wieków z liberalizmu i wolności.

Jan M. Fijor
„” 2006-04-23

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. tom pisze:

    Jestem wykładowcą na uczelni państwowej.
    O studentach myślę to samo: nie chcecie się uczyć – wasza sprawa; inni będą mieli mniejszą konkurencję (i czasami o tym mówię) ale z drugiej strony pilnuje studentów, ponieważ po zdaniu egzaminu wstępnego otrzymali grand od Państwa w postaci czesnego (darmowa nauka za pieniądze podatników) i po gospodarsku staram się, aby nie trwonili moich pieniędzy.
    Pozdrawiam

  2. Krzysztof Skóra WSB pisze:

    Studiuję na 2 roku socjologii w WSB w Dąbrowie Górniczej i wiem, jak podchodzi spora część studentów, zwłaszcza zaocznych. Choc sam w tym trybie studiuję. Oczywiście istnieje na płaszczyźnie stosunków nieformalnych, wewnątrzgrupowych opiniee olewające, mówiąc krótko inicjatywę, aktywne uczenie i zdobywanie wiedzy, doświadczenia. Równocześnie przy egzaminach już sytuacja się odwraca i każdy stara się jak najlepiej wypaść, również w dużej mierze ściągając. Grupy powinny być niewielkie, max 40 osób i raczej w 70 % test plus wybrane zagadnienia przez kadrę w formie opisowej. czas do 50, może 75 minut. Maxymalnie. Ponadto większą wagę przyłożyć do dyskusji panelowych ze studentami, niż do wykładów czy ćwiczeń, w formie obecnie stosowanej. Warsztaty wyprofilowane przez poprostu sponsorowanie przez konkretną firmę, zainteresowaną posiadaniem wykształconej w odpowiednim kierunku, zbieżnym z celami i profilem firmy.Uczelnie jako kuźnie rynku w danej sytuacji. Firmy kreują szanse zawodowe w pewnym sektorze a studenci to korygują, zwiększoną bądź nie uczęszczalnością na te kierunki, lub inne.
    jurand84@o2.pl VIVE L’LIBRE SOSNOWIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *