Sprzedane akta?

chat-dymki
9

Gdyby rządowi polskiemu przyszło kiedykolwiek procesować się z Niemcami w sprawie odszkodowań za zbrodnie hitlerowskie popełnione w Polsce w czasie II wojny światowej, co nie jest wcale takie nierealne, nie jesteśmy nawet w stanie wielu naszych roszczeń udowodnić.

Ogromna część dowodów winy, w tym tysiące oryginałów zeznań świadków, fotografii i innych materiałów śledczych dokumentujących hitlerowskie zbrodnie wojenne, została dobrowolnie oddana prokuraturom niemieckim przez polskie władze archiwalne. Dokumenty przekazywała najpierw Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich, później jej następczyni, działająca przy Instytucie Pamięci Narodowej, Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Pośrednikiem między Komisją a prokuraturami RFN była tzw. Centrala w Ludwigsburgu. Instytucja powołana w celu „poprawy wizerunku” niemieckich organów ścigania zbrodni wojennych.
Sprawa wyszła na jaw przy okazji 65. rocznicy wybuchu wojny, w 2004 roku, kiedy to ówczesny dyrektor IPN, prof. Leon Kieres zwrócił się do podległych mu prokuratorów IPN, aby przygotowali raport o stanie śledztw w sprawach przeciwko zbrodniom Wehrmachtu, popełnionym we wrześniu 1939. I wtedy okazało się, że w setkach, a może nawet tysiącach teczek znajdujących się w archiwach IPN brak jest nie tylko oryginałów zeznań czy zdjęć, ale nawet wiarygodnych kopii tych dokumentów. Bez oryginalnych akt zakończenie spraw, to jest umorzenie ich lub wydanie wyroku skazującego, nie jest możliwe. Zdaniem Naczelnika Wydziału Nadzoru nad Śledztwami Głównej Komisji, dr. Antoniego Kury, takich nie zamkniętych postępowań jest od 5 do 10 tysięcy. Niektóre z nich bardzo głośne, jak np. sprawa zbrodni niemieckich popełnionych na terenie obozów w Gross Rosen czy w Treblince.
W kilkuset przebadanych dotąd teczkach znaleziono jedynie adnotację: „wysłane do Ludwigsburga”. Zważywszy, że archiwa IPN liczą 130 tys. zespołów akt, skala zjawiska jest wciąż nieznana.

Centrala

Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen w Ludwigsburgu (b. Niemiec Zachodnich) powstała w listopadzie 1958 roku, a jej formalnym celem było archiwizowanie akt pohitlerowskich i przekazywanie ich, zgodnie z rejonizacją, do odnośnych urzędów prokuratury powszechnej. I choć istniejąca do dzisiaj Centrala miała mieć charakter „tymczasowy”, jej status od początku istnienia budził spory i kontrowersje. Ostatecznie musiał się w tej sprawie wypowiedzieć aż Trybunał Konstytucyjny RFN, który uznał, że „choć jej byt prawny nie wynika z aktu ustawodawczego”, Centrala „stanowi urząd wymiaru sprawiedliwości, działający zgodnie z konstytucją”. Pełną prokuraturą jednak nie była.
Ustawodawstwo niemieckie przewiduje, że przestępca karany jest w miejscu popełnienia zbrodni lub w okręgu, w którym zamieszkuje. Z oczywistych względów, niemieckie organa ścigania uznały, że jednak nie wydadzą swoich obywateli zagranicę i wybrały drugą alternatywę. Mimo to, już wiosną 1959 roku, na prośbę Ludwigsburga, polska Komisja d/s Badania Zbrodni Hitlerowskich zaczęła potulnie przekazywać zawartość polskich akt „sojusznikom” z RFN. Tylko w latach 1965 – 1989 Polacy przekazali Niemcom 36 tys. protokołów zeznań, 150 tys. fotografii, kilkadziesiąt tysięcy mikrofilmów i 12 tys. kompletów materiałów z prowadzonych śledztw. W zamian strona polska otrzymała z Ludwigsburga…listę polskich gajowych i leśniczych, współpracujących z RSHA (Urzędem Bezpieczeństwa Rzeszy). Zdaniem dyrektora Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, prof. dr. Witolda Kuleszy, istniała podstawa prawna, żeby tak robić. Stanowiło ją porozumienie podpisane między rządem PRL a RFN, zgodnie z którym Niemcy zapewniły stronę polską, iż dostęp do oryginałów naszych akt potrzebny jest tylko w celu skuteczniejszego ścigania zbrodniarzy wojennych za zbrodnie popełnione na terenie Polski. Odmiennego zdania są prokuratorzy pionu śledczego IPN, według których, śladów podpisania takiego porozumienia dotąd nie znaleziono, a zgoda strony polskiej, zważywszy, że RFN była nam wówczas krajem wyjątkowo wrogim ideowo, politycznie i militarnie, jest czymś kuriozalnym, trudnym do zrozumienia. Opinię tę potwierdza wybitny prawnik, specjalista od spraw polsko-niemieckich z uniwersytetu poznańskiego, prof. dr Jan Sandorski, twierdząc że żadnego takiego porozumienia nie było.
W każdym razie, otrzymane z Polski dokumenty służyć miały uruchomieniu wewnętrznego śledztwa w Centrali, a ponieważ nie miała ona uprawnień prokuratorskich, wysyłano je później, jako podstawę ewentualnych aktów oskarżenia, do urzędów prokuratury powszechnej w miejscu zamieszkania podejrzanych. Pikanterii dodaje fakt, że Ludwigsburg ani razu nie wystąpił do żadnego z poszkodowanych o potwierdzenie zeznań czy chociażby złożenie jakichkolwiek wyjaśnień, nie mówiąc o tym, że po wykorzystaniu materiału dowodowego, ani jednego z polskich oryginałów nie zwrócono właścicielowi. Zmarły niedawno, tropiciel zbrodni hitlerowskich, Szymona Wiesenthala, nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że fotografie ss – manów mordujących Polaków, zarejestrowane w aktach GKBZH, odnajdywane są, albo i nie, w archiwach niemieckich. Podejrzewał nawet foul play.
Bezpośrednią winę za taki stan rzeczy ponosi wieloletni prezes Głównej Komisji, nieżyjący już prof. Czesław Pilichowski. O wysyłce akt wiedziało jednak znacznie więcej osób. Co więcej, niektóre z nich, jak choćby aktualny wicedyrektor IPN, prof. Kulesza, są zdania, że nic złego się nie stało. Dopiero w styczniu 2005, po 46 latach ogałacania polskich zbiorów archiwalnych, ktoś zwrócił na to uwagę.

Legalne bezprawie

Utrzymywanie przez prof. Kuleszę, że proceder był jak najbardziej legalny, jest co najmniej ryzykowne. Z punktu widzenia polskiego prawa, udostępnianie oryginałów akt – co jest skądinąd złamaniem światowego standardu wymiaru sprawiedliwości – było nie tylko karygodnym niedbalstwem, ale wręcz bezprawiem! Naruszeniem prawa było chociażby wysyłanie „stronie trzeciej” zeznań, fotografii i innych materiałów dowodowych bez powiadomienia samych poszkodowanych – ofiar lub ich rodzin. Tym bardziej, że bez oryginałów tych dokumentów, domaganie się jakiegokolwiek zadośćuczynienia ze strony sprawców nie jest dziś możliwe; większości dowodów nie da się odtworzyć, a świadkowie tych zdarzeń przeważnie zmarli. Nie wyjdą więc nigdy na jaw okoliczności zamordowania przez Niemców 11 Polaków w Dmeninie k/Radomska, w lipcu 1942 roku; rozstrzelania 20 Polaków w Olkuszu w lipcu 1940 roku; zbrodni popełnionych w obozie jenieckim w Królewcu, czy morderstw dokonanych w latach 1943 –45 przez gestapo w Tucholi. Akta tych, jak i tysięcy innych spraw zostały w latach 70., w całości przekazane do Ludwigsburga. Ofiary nie otrzymają satysfakcji, nie mówiąc o zadośćuczynieniu.
O ile strona niemiecka od początku chroniła zbrodniarzy, sprawców, o tyle polskie władze państwowe, nie zatroszczyły się nawet o elementarny interes ofiar. W PRL takie postępowanie było normą. Dziwi jednak tolerowanie go w III RP.
– Polska może być dumna z tego co zrobiła! – powiedział Wprost prof. Witold Kulesza – Otrzymaliśmy za współpracę z Ludwigsburgiem same pochwały, m.in. od Fritza Bauera, jednego z nielicznych prokuratorów naprawdę ścigających zbrodniarzy niemieckich.
Na pytanie, dlaczego ani Rosjanie, ani Francuzi z Ludwigsburgiem nie współpracowali, prof. Kulesza odpowiada:
– Bo oni nie mają tego w zwyczaju. Przykładem może być całkowite utajnienie liczących grubo ponad 50 lat akt katyńskich.
A dlaczego nie mają w zwyczaju? Na to pytanie prof. Kulesza nie potrafi odpowiedzieć. A przecież posiadając w ręku oryginały dowodów winy, niemieccy prokuratorzy mogli śledztwo przewlekać, zwlekać ze składaniem wniosków. I to robili.
– Prawdą jest, że Niemcy nie pałali żądzą ścigania zbrodniarzy – przyznaje sam prof. W. Kulesza – mimo wszystko to dobrze, że im pomogliśmy.
A więc wątpliwa ta współpraca. Wątpliwe zaszczyty jakie nas za nią spotkały. Prof. Kuleszy to nie zraża, nadal jest za współpracą z Ludwigsburgiem. Wręcz do niej zachęca. W 2005 roku pracownicy IPN otrzymali podpisaną przez niego notatkę służbową, w której apeluje o pomoc dla Centrum w Ludwigsburgu „w związku z tendencjami likwidacyjnymi tej instytucji”. Innymi słowy, chodzi o wysyłanie do Ludwigsburga jak największej ilości akt, gdyż w przeciwnym razie centrum zostanie zamknięte. Nie zraża go niska skuteczność współpracy z Niemcami, przejawiająca się znikomą karalnością sprawców; w latach 1959 – 69 skazano w RFN za zbrodnie hitlerowskie 320 osób, w następnej dekadzie już tylko 189 osób, w do końca lat 1980. jedynie 33 osoby. W uznaniu zasług dla współpracy polsko – niemieckiej prof. Kulesza zapraszany jest często do RFN na wykłady, prelekcje, ostatnio został także nagrodzony medalem przyjaźni.

Foul play?

W związku z podejrzeniami o brak podstawy prawnej do przekazywania materiałów, o niedbalstwo, a także naruszenie przez państwo polskie prawa, naczelnik Antoni Kura wraz z podległym mu prokuratorem, Lucjanem Nowakowskim, zwrócili się w kwietniu 2005 roku do ówczesnego dyrektora IPN, prof. Leona Kieresa z wnioskiem o dokonanie oceny sytuacji, a także wyjaśnienie jej przyczyn. Zarówno prof. Kulesza, jak i dr Kura są zdania, że trudno podejrzewać, iż przekazywanie oryginałów akt do Ludwigsburga miało charakter kryminalny, stąd podejrzewanie kogokolwiek o korupcję, szpiegostwo czy inną foul play jest absolutnie wykluczone. Gwarantem uczciwości działania GKBZH, miałby być jej wieloletni przewodniczący, prof. Czesława Pilichowski, „który by nie mógł na coś takiego pozwolić”.
– A poza tym, skąd by Niemcy wzięli pieniądze na przekupienie polskich archiwistów? – pyta z rozbrajającą szczerością prof. Kulesza.
Mimo to, najpierw prezes IPN, Leon Kieres, a później sam Witold Kulesza powołali komisje do zbadania okoliczności utraty dokumentów. Jej spostrzeżenia i wnioski zostały przekazane ministrom sprawiedliwości, najpierw Andrzejowi Kalwasowi (SLD), później Zbigniewowi Ziobro (PiS). Pierwszy z nich w piśmie z 5 lipca 2005 pociesza prezesa IPN, że utrata dokumentów „nie ma miejsca”, że przecież „oryginał akt i dowody rzeczowe (…) podlegają zwrotowi, chyba że organ wysyłający się tego zrzeknie” oraz, że „nic nie sprzeciwia się występowaniu o zwrot dokumentów”. W podobnie optymistycznym tonie utrzymane jest pismo ministra Ziobro, z dnia 12 stycznia 2006. Przy czym minister Ziobro zachęca dodatkowo do „odtwarzania zaginionych dokumentów”.
Tymczasem akta zostały stracone na dobre. Na jakąkolwiek prośbę czy choćby sugestię ich zwrotu, Ludwigsburg najpierw reagował rozkładaniem rąk w geście bezsilności, dziś już tylko reaguje zniecierpliwieniem: „Nie piszcie do nas! Akt już w Ludwigsburgu nie ma”! A gdzie są? Tego właściwie nikt nie wie. Dyrektor niemieckiej Centrali, dr Joachim Reidel w piśmie do IPN sugeruje, że część ich może się znajdować w archiwach Bundesarchiv w Koblencji, Fryburgu, Berlinie czy jeszcze gdzie indziej. Pewna ilość została najprawdopodobniej zniszczona, uległ bowiem przedawnieniu okres ich przechowywania. Co z resztą? Nikt tego nie wie. Co gorsza, nikt tego nie chce wiedzieć. Również moje kilkakrotne próby połączenia się z sekretariatem Centrali zakończyły się fiaskiem.
– Jeśli w całej tej sprawie mieliśmy wyłącznie do czynienia z użyczeniem akt dla dobra niemieckiego śledztwa, jak zapewnia Centrala w Ludwigsburgu – powiedział Wprost prof. Sandorski – to czym prędzej należy się zwrócić do strony niemieckiej o ich zwrot. W przypadku, gdyby strona niemiecka, z jakichś powodów zwrotu odmówiła, trzeba wystąpić do sądu o odszkodowanie. Innego wyjścia nie ma”.
Marna to pociecha, ale być może takie stanowisko zmotywuje Niemców do energiczniejszego działania. W przeciwnym razie, trudno się dziwić, że Eryka Steinbach obarcza Polaków współodpowiedzialnością za tragedię Niemców, a zachodnie media piszą o polskich obozach koncentracyjnych, zarzucając Polakom współpracę z nazistami, a zwłaszcza współudział w zbrodni holokaustu. Nie posiadając dowodów, nie potrafimy się nawet przed tymi zarzutami bronić.

Jan M. Fijor
„Wprost” 2006-05-03

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jeneral Kiszczak pisze:

    Za PRL-u bylismy glupi i teraz tez nic nie wskazuje, ze jestesmy lepsi.

  2. Kolendo pisze:

    I dlatego tak chetnie oddajemy w rece panstwa swoje emerytury, zdrowie, bezpieczenstwo, porzadek, a nawet majatek. Czy ten narod nie ma instynktu samozachowawczego? Podobno jestesmy niepoprawnymi indywidualistami.
    wk

  3. Jarema pisze:

    A ja mysle, Panie Kolendo, ze wcale nie jestesmy niepoprawnymi indywidualistami, bo gdybysmy nimi byli, to nie dalibysmy sie prowadzic jak stado oddajac te swoje emerytury, zdrowie, czy majatek w rece opiekuna tj. panstwa. Z bezpieczenstwem to juz jest inaczej. Tutaj role powinno sprawowac panstwo, jak rowniez i ustalony zakres do utrzymywania porzadku publicznego. Bo jak nie, to bedzie to instna anarchia. Zapewne pozwolenie na posiadanie broni powinien miec kazdy, przy zdrowym umysle, bo w przypadkach naglych najczesciej nie ma czasu nawet, zeby zawolac policje, aby uratowac zycie zycie np. przed wlamywaczem z bronia w reku. Rowniez pewne prawne zasady utrzymywania porzadku publicznego konieczne, chociazby przestrzeganie przepisow drogowych. Gdybysmy byli niepoprawnymi indywidualistami, to zrozumielibysmy na czym polega prawdziwa wolnosc indywidualna, a nie jakas tam spoleczna, kolektywna, narodowa. Przecie spoleczenstwo czy narod, to zbior jednostek i te sa bytem namacalnym a nie jakies kupy spoleczene w postaci gejow, lesbijek czy leworecznych. Tym tez sie naleza rowne prawa, ale tylko i wylacznie te indywidualne, a nie specjalne (do dazenia do szczescia rowniez). Gdybysmy byli takimi niepoprawnymi, to stworzylibysmy konstytucje, ktora bronila by praw jednostki do zycia, prawa do dazenia do szczescia (nie gwarantowalaby jednak szczescia w postaci utytulowan z powodu urodzenia, czy czlowieczenstwa, jak np. prawo do edukacji, czy opieki zdrowotnej) Konstytucja taka gwarantowala by wolnosc slowa, a przede wszystkim, gwarantowalaby prawo do wlasnosci, w ktorym to Prawie, nasze zarobki, nasze dochody bylyby chroniona przez panstwo wartoscia. Odbieranie wlasnosci podatkami, taryfami czy inflacja byloby pogwalcaniem konstytucyjnych praw do wlasnosci. Strajkowanie na terenie czyjejs wlasnosci tj. fabryki wlasciciela czy korporacji byloby rowniez pogwalceniem konstytucyjnych praw do wlasnosci. A tak, to jako narod, jako kupy spoleczne to lubimy sie spuszczac na Opiekuna rzadowego, na partie, na ideologie, na ksiedza Rydzyka, Walese, czy inna jakas stara zakonnice, ktora wyjdzie nam na przeciwko z rzekoma pomoca zbawienia nas. Nie powiem, spuszczanie sie nie jest zle, ale tylko wtedy jezeli bedzie wybiorcze, w/g ocen indywidualnych, bo jak nie to orgia bezmyslnego, narodowego tj. grupowego Hedonizmu, co qurna sprawia ucieche, no bo do tego nie potrzeba nadwyrezac sie glowkowaniem. Moze tutaj bym sie skorygowal, bo wszakze indywidualizm, to przeciez nie jakis tam pragmatyczny pomyslunek. Indywidualizm jest filozofia i aby mial miejsce, aby przekonywal, aby sie mogl bronic to musi miec rowniez i swoja ideologie, wyrazona w moralnosci, w etyce, w estetyce tj. w sztuce, w teorii poznania w metafizyce, ale tylko w takiej z odniesieniem do faktow, do otaczajacej nas rzeczywistosci(bez neurotycznych mistycyzmow). Aby zachecac, aby przekonywac do filozofii, do moralnosci, do etyki, do polityki, do ekonomi indywidualizmu potrzeba znacznie wiecej, ale to juz jest rola indywidualistycznej, ochotniczej edukacji. Bedzie rowniez potrzebna dobra fikcja, ktora jak powiedzial Arystoteles, jest wazniejsza od historii naturalnej, bo powiesc naturalna pokazuje czlowieka jakim byl a powiesc fikcyjna pokaze czlowieka jakiego nie ma, jakiego nie bylo, a jaki moglby byc i jaki powinien byc. To takich poniedzialkowych mysli kilka. Przyjemnej wiosenki. Jarema

  4. Winston Churchill pisze:

    „Jak barany, mocno powiedziane” bez wzgledu, to panski artykul spowodowal duze zamieszanie. Wciaz go przekazuje dalej bo to narodowa koniecznosc i SPRAWA HONORU, ksiazki napisanej o Dywizjonie 303 Kosciuszkowskim, o Zapomnianych Bohaterach II Wojny Swiatowej autorstwa Lynne Olson i Stanley Cloud wlacznie.
    Winston Chrurchill powiedziel chociaz nie spelnil, ze
    Jeden jest przewodnik, ktory pomoga narodowi dotrzymac slowa i wypelniac zobowiazania wobec sprzymierzencow.Tym przewodnikiem jest honor

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Niestety, jak dotad pies z kulawa noga nie zainteresowal sie problemem. Moim zdaniem to co wiecej niz honor, to panstwo pozbawia nas elementarnego bezpeiczenstwa. Mimo iz tak sobie slono liczy za swoje istnienie. Z powazaniem Jan M Fijor

  6. Winston Ch. pisze:

    Tak, ma Pan sluszna racje, to przede wszystkim sprawa bezpieczenstwa. I za takie wlasnie bezpieczenstwo kaza sobie slono placic. No ale na zmiany potrzeba poczekac, zeby spoleczenstwo dojrzalo. Ale gdyby tak zyto na make i do mlyna tyle lat dojrzewalo to mozna sobie wyobrazic. Z pewnosci istnieje cus takiego jak przyczyna i skutek. Przyczyna jest, a skutek moze jeszcze nie na horyzoncie, ale przyjdzie z pewnoscia. Taka jest wlasnie roznica pomiedzy pryncypialnym mysleniem, a pragmatycznym mysleniem. A Polacy uwielbiaja sie poslugiwac modnym zawsze pragmatyzmem. Chociaz jak trza to poimprowizowac nie zaszkodzi. Byleby to byla improwizacja dorywcza i chwilowa, w przypadkach naglych. No ale z tymi dokumentami, to byl kompletny brak wyobrazni, albo ktos spory za to szmal wzial. Czy sie kiedykolwiek o tym dowiemy? Watpie.

  7. małgorzata lis pisze:

    Skandal ……….

  8. Marcin pisze:

    czy cos sie w sprawie ruszyło? jest jakis pozytyw?

  9. Jan M. Fijor pisze:

    Tak, i to bardzo dużo. Najpierw po cichu usunięto p. dyrektora Kuleszę ze stanowiska,
    potem rozpoczęto naciski na moją skromną osobę. Aż wreszcie Biuletyn IPN obsmarował mnie, oskarżając o współpracę z bezpieką. Zmiana
    władzy niczego nie zmieniła, bo nowa władza nie chciała zadzierać z Niemcami. Dlatego Niemcy nadal czytają akta, a nasi fabrykują, bo mają braki w archiwach. Ukłony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *