Zmierzch ery dolara?

chat-dymki
12

Po raz pierwszy w dziejach, Amerykanie pozbywają się dolarów. Militarne obsesje Białego Domu i chorobliwa wręcz rozrzutność prezydenta doprowadziły najważniejszą walutę świata na skraj upadku, którego konsekwencją może być kryzys gospodarczy na nie notowaną dotąd skalę.

Inflacja

W maju 2006 roku, cena złota wzbiła się na wysokość 745 dol. za uncję, najwyższą od 26 lat. Ropa naftowa – po chwilowym spadku cen – wróciła na poziom ok. 74 dol., jak w maju 2003, tuż po ataku na Irak. Świat z zapartym tchem czeka, kiedy sprawdzi się przepowiednia i ropa naftowa osiągnie cenę 100 dol. za baryłkę. Drożeje gaz ziemny, tylko w ciągu ostatnich pięciu miesięcy podrożał o ok. 55 proc. Rekordy cenowe bije miedź, aluminium, stal, elektryczność i wiele innych towarów, których wartość podawana jest tradycyjnie w dolarach. Powodem rosnących cen nie jest ani znaczny wzrost popytu czy spadek podaży, lecz raczej osłabienie siły amerykańskiego dolara, który – po chwilowym wzroście z końca ub. roku – znalazł się na poziomie najniższym od 8 miesięcy. Greenback, jak pieszczotliwie nazywa dolara światowa finansjera, tylko od 2001, a więc od zamachu z 11 września 2001 stracił na wartości w stosunku do euro ok. 30 proc., tyle samo co wobec polskiego złotego, franka szwajcarskiego i nieco mniej w stosunku do funta brytyjskiego. A przecież, zarówno kraje strefy euro, Wielka Brytania, Szwajcaria i Polska nie są w jakiejś imponującej kondycji gospodarczej. Poprawa kursu tych walut w stosunku do dolara wywołana jest nie tyle ich aprecjacją, co raczej spadkiem popytu na dolara. Zjawisko jest tym groźniejsze, że dewaluacja dolara nie uległa zahamowaniu pomimo 15 interwencji banku centralnego. Przypomnijmy, że Federal Reserve Board (FED) w ciągu ostatnich 22 miesięcy podniósł stopę bazową z 1 proc. do 5 proc. Mimo iż kredyt krótkoterminowy podrożał aż o 400 proc., wartość dolara – w stosunku do euro – podniosła się ledwie o 4 proc., do franka szwajcarskiego jeszcze mniej, bo tylko 3 proc. Wystarczyło też , że w końcu kwietnia b.r. nowy przewodniczący FED, Bob Bernanke zapowiedział przerwanie podnoszenia stóp, by dolar zjechał kolejne kilka procent w dół.
Inwestorów zniechęca do dolara groźba inflacji. Rekiny finansów nie dają się zwieść raportami FED, z których wynika, że inflacja jest pod kontrolą i nie przekracza 2,5 proc. „Jeśli jest tak dobrze – pyta giełdowy guru, Warren Buffett, jeden z tych, którzy jako pierwsi obwieścili światu koniec ery dolara; zamieniając miliardy dolarów na euro – to jak wytłumaczyć tak ogromny (miejscami do 100 proc. w ciągu 2 lat – przyp. red.) wzrost cen nieruchomości, a także utrzymywanie się wysokiego popytu na amerykańskie obligacje skarbowe?”
W ślad za Buffettem od dolara uciekli m.in. George Soros, Bill Gates, Ted Turner i paru innych tuzów świata finansów.

Chętnych brak

Mimo to nie widać jeszcze inflacji na rynku towarów konsumpcyjnych. Mercedes 500 SL czy Porsche Cayenne kosztują w USA połowę tego, co w Niemczech gdzie się je produkuje. Ceny są w Stanach Zjednoczonych nadal pod kontrolą. Potwierdzają to oczekiwania społeczne, zgodnie z którymi spadek siły nabywczej dolara nie przekroczy w najbliższym czasie tzw. celu inflacyjnego, czyli 2 proc.
Skoro nie inflacja, to co pogarsza pozycję dolara?
Na pewno, niesłabnąca tendencja do zadłużania się. Mimo podwyżki stóp procentowych, kredyt nadal jest tani, co zachęca do wzrostu konsumpcji za pieniądze pożyczone. Tylko w ciągu ostatnich pięciu lat całkowite zadłużenie Amerykanów wzrosło o ponad 61 proc., przekraczając trzykrotność Produktu Krajowego Brutto. Dłużnicy, których „osobisty” dług sięga 20 proc. PKB, mogą już wkrótce okazać się niewypłacalni, tym bardziej, że również administracja Busha ma lekką rękę i bije rekordy wszechczasów w rozrzutności. W 2006 roku wydatki federalne przekroczą 24,000 dol. w przeliczeniu na gospodarstwo domowe. Zadłużenie rządu federalnego, które przekroczyło 8000 mld dol. wzrasta o blisko 1,8 mld dol. dziennie. Żaden prezydent w historii Stanów Zjednoczonych nie był tak rozrzutny jak George W. Bush. Gdyby nawet rząd przestał się więcej zadłużać, to i tak koszty obsługi jego długu przekraczają 350 mld dol. rocznie, to jest blisko 1200 dol. na osobę rocznie. Tyle, mniej więcej wydają Amerykanie na…żywność, napoje i alkohol razem wzięte!
Przez dwa wieki, jednym z filarów potęgi gospodarczej Stanów Zjednoczonych – źródłem jego kapitału i kredytu – był silny popyt na dolara. Świat traktował walutę amerykańską, jako jedyny (obok złota) prawdziwy pieniądz. Dolar był bogiem miał wartość. Wszyscy chcieli go posiadać i chętnie finansowali amerykański deficyt w handlu zagranicznym. W wyniku tego trendu, który nasilił się z początkiem lat 1980., Stany Zjednoczone stały się największym dłużnikiem świata. Sama tylko Japonia pożyczała Amerykanom (w latach 1997-2001) po ok. 100 mld dol. rocznie. Za te pieniądze, konsumenci amerykańscy kupowali na kredyt japońskie samochody, telewizory i inne gadżety. Równocześnie z finansowaniem konsumpcji szły zagraniczne inwestycje. Cały świat woził swoje pieniądze do Ameryki, finansując rozwój amerykańskiej gospodarki, i zarabiając na tym, gdyż właśnie ta gospodarka rozwijała się najszybciej. Chętnie też kupowano amerykańskie obligacje, były one bezpieczne i dawały przyzwoity zwrot. Amerykanie nie musieli oszczędzać. Gospodarkę budowali im cudzoziemcy. Co więcej, dzięki temu, że to właśnie Amerykanie posiadali dolary jako pierwsi, kupowali za nie wszystko najtaniej. Uodporniało ich to przed konsekwencjami światowych recesji.
Hegemonia ta została jednak zahamowany, i to w momencie, kiedy amerykański deficyt – głównie z powodu wydatków wojennych – osiągnął rekord. Z braku własnych, amerykańskich oszczędności jego finansowaniem musi się zająć ktoś z zewnątrz. Tymczasem chętnych do pożyczania i inwestowania brak.

Dlaczego świat się odwrócił?

Zdaniem Lew Rockwella, prezesa prestiżowego Instytutu Misesa w Alabamie, „najsilniejszym, choć nie jedynym hamulcem powstrzymującym inwestorów zagranicznych przed lokatą w gospodarkę USA jest niewątpliwie „militaryzm” George’a W. Busha, kosztujący Amerykę ponad 2 biliony dolarów.” Deficyt budżetowy i handlowy, które w opinii Piotra Kuczyńskiego, głównego analityka Xeliona, odpowiedzialne są za tak silną deprecjację dolara, to właśnie konsekwencje wojen. Diagnozę tę potwierdza ostatni wzrost cen ropy naftowej do ponad 77 dol. i równocześnie głęboki spadek wartości dolara wywołany wyłącznie groźbą konfliktu z Iranem. To nie świat osłabia dolara. Robi to Biały Dom. Świat tylko na tym cierpi. Ostatnio też zaczyna się bronić. Najpierw w Rosji i w Wenezueli, ostatnio także w Iranie, w Szwecji, a nawet w Arabii Saudyjskiej zaczyna się mówić o odejściu w rozliczeniach dostaw ropy naftowej od dolara. „To byłaby dla dolara, dla USA, a może nawet świata, katastrofa” – uważa Rockwell. Tym bardziej, że amerykańskiemu militaryzmowi towarzyszą silne nastroje antybiznesowe. Johanson, Piccoli czy Schmidt byli zainteresowani inwestowaniem w USA tak długo, jak długo panowała tam większa, niż w Europie, swoboda robienia interesów. Uchwalona za Busha, populistyczna ustawa Oakley – Sarbanes’a i towarzyszące jej represje ze strony Komisji Papierów Wartościowych i Departamentu Sprawiedliwości, są populistycznym ciosem wymierzonym w amerykańską gospodarkę. Jedyną pociechą może być reakcja Europy, która chce amerykańskie rozwiązanie skopiować. Marna to pociecha.
Dużą przeszkodą jest, trwające już prawie 18 lat trudności gospodarcze Japonii. Japończycy wciąż jeszcze finansują blisko 25 proc. całego deficytu handlowego USA, ale sami mają problemy, stąd ich udział maleje. To samo dotyczy Chin, których nadwyżka w handlu zagranicznym z USA wzrosła z 20 mld dol. w 1997 roku, do ok. 200 mld w 2005 roku. Chińczycy także zaczynają więcej myśleć o swoich potrzebach; rośnie ich import, gospodarka chińska wymaga nowych inwestycji, nowych miejsc pracy. Na kredytowanie amerykańskiej konsumpcji miejsca nie ma. Europa mogłaby pożyczać, ale sama ma problemy, głównie socjalne. Gaszenie niepokojów społecznych, jak we Francji, a zwłaszcza rosnące potrzeby coraz starszych społeczeństw Starego Kontynentu wymagają nowych nakładów.
Wreszcie, przy takim zadłużeniu, wierzyciele Ameryki zaczynają się obawiać że dłużnik może być niewypłacalny. Sytuację poprawiłyby cięcia w wydatkach budżetowych, na to się jednak się nie zanosi. Prezydent Bush przeżywa właśnie gwałtowny spadek popularności a jego poparcie społeczne spadło do najniższego od początku prezydentury i wynosi niewiele ponad 30 proc. Nie zdecyduje się więc na żadne drastyczne cięcie w wydatkach. Wydaje więc chętnie, deficyt rośnie, atrakcyjność Stanów Zjednoczonych, a tym samym dolara, spada.

Beztroska nad Potomakiem

Mimo dość ponurych perspektyw i drastycznej deprecjacji waluty, Waszyngton sytuację bagatelizuje. Wielu amerykańskich polityków uważa, że słaby dolar jest dla Ameryki korzystny. Przykładem może być wiceprezydent Dick Cheney, którego spadek wartości waluty amerykańskiej wręcz raduje. Podobny ton dominuje w mediach, dla których wykładnią jest wciąż Keynes. „Jeśli nawet za tańszego dolara kupimy zagranicą mniej – pisze Paul Krugman, czołowe pióro NYT – to przecież sprzedamy więcej. Tani dolar pomoże nam zlikwidować deficyt w handlu zagranicznym.”
Ludzie ci zapominają, że chociaż tani dolar i protekcjonizm uderzą w świat, uderzą także, kto wie czy nie najdotkliwiej, w same Stany Zjednoczone, które przecież więcej kupują niż sprzedają. Słaby dolar zwiększa ilość pieniędzy pochodzących z rosnącego eksportu, ale pieniądze te są mniej warte w imporcie. Gospodarka jako całość nie zyskuje. Co więcej, rosnący eksport staje się konkurencją dla produkcji krajowej. Konkurencja ta przyczynia się do wzrostu cen, co wpływa negatywnie na sztucznie pobudzony eksport. Eksporterzy mają mniejsze zyski, obywatel płaci więcej za towary, gospodarka biednieje. Skutki takiej polityki odczują Amerykanie za rok, dwa, a może i później, na razie widać je tylko po ograniczeniu ruchu turystycznego z USA do Europy i Azji. Jedyny plus to to, że tani dolar uderzy w tych wierzycieli, u których Amerykanie zaciągali kredyty dolarowe. Tylko z tytułu odsetek od amerykańskich obligacji, Waszyngton może w ten sposób „oszczędzić” ponad 1000 mld dol. Na słabym dolarze cierpią i Polacy – w mniejszym stopniu gospodarka, bardziej drobni ciułacze, dla których dolar (mit Ameryki, ok. 10 mln Polonusów w USA) nadal króluje niepodzielnie. Polacy, jak informuje Wall Street Journal, obok Meksykanów, Włochów i Chińczyków większą część zaskórniaków trzymają w „zielonych”. Na szczęście (albo i nie, zobaczymy) trend ten, po wejścia Polski w strefę euro szybko słabnie.

Lekarstwo

Czy dolar może się jeszcze obronić? Odpowiedź większości ekspertów brzmi: tak, ale…”Mimo wszystko – powiedział Ozonowi, Piotr Kuczyński, walucie amerykańskiej daleko do utraty hegemonii. Co prawda niektóre rządy i instytucje finansowe chciałyby widzieć w euro alternatywę wobec dolara, ale na to jest jeszcze za wcześnie.”
Warunkiem poprawy renomy dolara, a tym samym obniżki cen ropy naftowej o 20-30 dol. na baryłce jest ograniczenie, a potem szybkie zakończenie działań wojennych w Zatoce Perskiej. Jeśli prezydent Bush tego nie zrozumie będzie grabarzem dolara i najgorszym prezydentem w dziejach USA. Czynnikiem sprzyjającym amerykańskiej walucie jest też nasilanie się w Ameryce nastrojów konserwatywnych, nawet wśród Murzynów i Latynosów. Optymizm budzi nieustająca i wciąż silna presja na obniżkę podatków. Ułatwi ona zgodę wyborców na zaciśnięcie pasa, bez czego równowagi budżetowej przywrócić się nie da. Pozytywny wpływ ma także polityka ochładzania podaży pieniądza przez bank centralny (FED). Warunkiem odrodzenia pieniądza jest m.in. uatrakcyjnienie lokat dolarowych, uatrakcyjnienie oszczędzania. Droższy pieniądz, to co prawda droższy kredyt, ale także zachęta do budowy puli kapitałowej i ograniczenia życia na kredyt – uważa Alan Greenspan, emerytowany szef FED.
Kryzys dolara zachęci być może do powrotu do parytetu złota, zlikwidowanego w 1971 roku układem z Bretton Woods. Mówi się już o tym nawet w Senacie. Gorącym adwokatem standardu złota jest senator z Teksasu, Ron Paul, który chce ożywić 280 mln uncji złota czekających w Forcie Knox na powrót starych dobrych czasów. „Pieniądz prawdziwy (złoto, srebro) – mówi Paul – to nie tylko ochrona przed inflacją, to także ograniczenie biurokracji i lepsza gospodarka”. Kryzys dolara jest wreszcie okazją do zrewidowania amerykańskiej polityki wobec świata. Pozwoli być może uświadomić Amerykanom, że choć dolar jest nadal najbardziej (obok złota) pożądanym środkiem tezauryzacji, w każdej chwili może swoją pozycję stracić, ale wtedy czeka Amerykanów Apokalipsa.

Jan Bereta
„Ozon” 2006-05-14

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. rychu pisze:

    W USA prezydent nie wydaje pieniędzy.
    Tym zajmuje się Kongres a konkretnie
    Committee on Appropriations Izby Reprezentantów. Prezydent nie może wydać centa bez uprzedniego zatwierdzenia.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Pieniadze wydaje rzad, a jego szefem jest prezydent. To prawda, ze budzet zatwierdza Kongres, ale projekt przedstawia prezydent, ktory ma jednak wladze. To Bush, a nie Kongres podniosl proponowane wydatki, a Kongres je zatwierdzil.
    Uklony
    JMF

  3. jacek pisze:

    no,dobra co Pan radzi trzymać się dolarów czy euro;z ręką na sercu . z poważaniem robotnik niewykwalifikowany

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Ani euro, ani dolar. Moze frank szwajcarski i chyba zloto. oraz rzecz jasna nieruchomosci. sukcesow JMF

  5. Mateusz Nieznański pisze:

    No złoto idzie w górę jak z bicza strzelił 🙂 – widać właśnie jakie trafne były spekulacje Miltona Friedmana i „monetarystów” co do kształtowania się cen złota na rynku (w 1971 ostatecznie pieniądz od złota został oddzielony).

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Ach, teraz dopiero zrozumialem,z e to jest ironia. Sorry za ciemnote. Wielki Friedman narobil wiecej bigosu, chociazby z obowiazkowymi potraceniami (zaliczkami) na poczet podatku dochodowego, odciaganymi z uposazenia kazdego pracujacego. Pozdrawiam mlodych anarcho-kapitalistow. Jan M Fijor

  7. JM FIjor pisze:

    O ile pamietam, to Milton Friemdan uwazal, ze zloto przestanie miec jakakolwiek istotna wartosc i chwalil odejscie od standardu zlota. Tymczasem zloto jest mimo to miara wartosci pieniadza i Friemdna dal tylow.
    Uklony
    Jan M Fijor

  8. Inicjator pisze:

    Nie tylko Freedman Milton, ale tez i Keynes, jak Jan Fijor o zlocie podobne bzdury wypowiadal, onegdaj.

  9. Odrodzona Polska pisze:

    Znalazlem ciekawy artykul Alan Greenspen’a, na temat standartu zlota z wczesnych lat 1960-tych, kiedy to Greenspan byl nadzieja Objektywistow i samej Ayn Rand (tworczyni amerykanskiej filozofii Objektywizmu), jak i Leonard Peikoffa, ze pozniejszy przewodniczacy Banku Centralnego bedze dazyl do powrotu swiatowej waluty w oparciu o bankowe, frakcyjne standarty zlota. Objektywisci, maja wielki zal, ze Greenspan zawiodl, i nie toleruja, zadnych innych, posrednich rozwiazan. A byc moze sam Alan zrozumial slowa Ayn Rand, ktora kontynuowala tradycje arystotelowskie, ze „aby walczyc o przyszlosc, to trzeba zyc w niej dzisiaj”. I nie jest to kompromis wartosci, czy idei, czy filozofi, moim zdaniem, ani pragmatyzm, a raczej trzezwe spojrzenie na rzeczywistosc. Moze to wlasnie Bush i Reagan sa wiekszymi realistami niz nam sie wydaje. Dla Jana Fijora, po lini, Reagan byl amerykanskim idiota wtedy, pozniej stal sie jego idolem, teraz krytykiem, tak jak i krytykiem Busha. Jednak, impulsywne myslenie, nie sprzyja logicznej calosci, przypuszczam. I byc moze jestem w bledzie, co nie jest watpliwoscia, jak tylko zaproszeniem do dalszych rozwazan nad Rzecz Pospolita.

  10. Domena pisze:

    Wbrew panskim bzdurnym przewidywaniom, amerykanska gospodarka ma sie calkiem dobrze. Nie mozna porownac ja do europejskiej. Panski platonski umysl pracuje na pelnych obrotach. Steady as US goes.

  11. derywatywa-pochodna pisze:

    Nie sluchajcie Pana Fijora. Pan Fijor to globalny ekletyk polityczny, a zatem i ekonomiczny. Dzisiaj powie to, a za pare lat zmieni zupelnie zdanie. Moze byc oddanym mistykiem, w Boga wierzacym, a z kilka miesiecy, bezboznym kapitalista-ateista, oddanym randysta, miltonista i kimkolwiek. Eklektykowi, czy moze moze nawe i pragmatykowi, nie nalezy wierzyc, bo tacy bez stalych i uzasadnionych pryncypiow.

  12. Jan M Fijor pisze:

    Wpadlem tu przypadkowo i widze, ze niestety mialem racje. Dolar zbliza sie do 2 zl, ropa do 100 dol. za barylke, a zloto do 1000 dol.za uncje. Jak narazie przestroga p. Marka (derywatywa) nie sprawdza sie.
    Pozdrawiam

    Jan M Fijor
    25 listopada 2007

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *