Państwo solidarne w działaniu

chat-dymki
8

Prasa bije na alarm; spada sprzedaż nowych samochodów dramatycznie spada. W ubiegłym roku sprzedano ich zaledwie 235 tys. sztuk, o 80 tysięcy mniej niż przed rokiem, a przecież rok 2004 nie należał dla dealerów do udanych. Powodem załamania jest masowy import „wraków”, czyli używanych samochodów z krajów Unii.

Rząd spieszy z pomocą, której adresatem są nie tylko dealerzy, lecz także „autobanki”, czyli instytucje zajmujące się finansowaniem zakupu nowych samochodów. Te ostatnie straciły w ubiegłym roku (a ściślej: nie zarobiły) aż 400 mln zł. Im też się z powodu używanych samochodów dzieje źle. Pewnym ratunkiem może być dla obu grup wprowadzona właśnie opłata ekologiczna, 500 zł od pojazdu. Ponieważ jest to jednak kropla w morzu problemu „wraków”, z solidarną pomocą pospieszył Sejm, który chce obłożyć posiadaczy samochodów używanych jakąś dodatkową opłatą. Nad kolejnymi sposobami ukrócenia „dzikiego” importu samochodów ślęczy ministerstwo finansów. Politycy mają nadzieję, że odpowiednie ustawodawstwo, oparte na właściwie pojętym solidaryzmie społecznym odbuduje rynek nowych samochodów i większość właścicieli salonów samochodowych oraz autobanków wróci już wkrótce na listę najbogatszych Polaków, publikowaną corocznie przez tygodnik Wprost.

Solidaryzm brzmi ciepło, szczypie w serce, zastanówmy się jednak czy z faktu powstrzymania się od zakupu nowych samochodów, na rzecz kupienia ich za zachodnią granicą wynika jakaś strata społeczna dla Polski i Polaków, a jeśli tak, ile ona wynosi? Czy z faktu wydania pieniędzy na import wynika ich marnotrawstwo?
Załóżmy zatem, że Jan Kowalski, zamiast kupić sobie samochód nowy za 60 tys. zł i dać zarobić polskiemu dealerowi nowych samochodów, kupuje samochód używany za 10 tys. zł i daje zarobić dealerowi niemieckiemu od samochodów używanych. Załóżmy także, że samochód, który kupił w Niemczech nie został wyprodukowany w Polsce. Jeśli nawet samochód ten wyprodukowany byłby w Polsce, to faktu kupowania go zagranicą wynika, że został już tam sprzedany i polska gospodarka odniosła z tego tytułu korzyść.
Kowalski jednak woli kupić używany samochód w Niemczech, bowiem w Polsce musiałby za niego zapłacić 16 tys. zł., czyli ok. 80 proc. Zarabia Kowalski, ale traci polska gospodarka. Gdyby kupił nowy samochód w Polsce, na transakcji tej skorzystałaby cała polska gospodarka; dealer za zarobione pieniądze kupi przecież polskie warzywa, buty, rower; rolnik, który wyprodukował warzywa kupi za nie paszę, może też i drugi rower; producent rowerów kupi za sprzedane pojazdy dom, zapłaci pracownikom, którzy uruchomią kolejny strumień wydatków. Pieniądze za samochód wyprodukowany i kupiony w Polsce czy to samochód nowy, czy używany rozleją się po całym kraju uruchamiając tryby gospodarczej prosperity. I właśnie dlatego, politycy robią wszystko, aby wydawane przez Polaków pieniądze pozostały w kraju.

Problem w tym, że nie każdy potrafi wyprodukować i sprzedać dobry samochód czy rower równie tanio. Stąd właśnie różnica cen między samochodem „niemieckim” a „polskim”, wynosząca aż 6000 zł. Polak kupujący samochód w Niemczech oszczędza na transakcji 6000 zł i pieniądze te może wydać na warzywa, buty czy rower w kraju. Korzysta rolnik, producent obuwia i rowerów. No dobrze, ale traci polski dealer. Ja bym się tym jednak specjalnie nie przejmował; dealerzy na całym świecie należą do ludzi raczej zamożnych. Nie wypada nawet ich żałować. Z drugiej strony, kupowanie samochodu używanego świadczy o roztropności i gospodarności. W odniesieniu do gros marek samochodowych, strata na cenie w ciągu pierwszych 3-4 lat użytkowania, przy zachowaniu standardów ekologicznych, na które powołują się obrońcy dealerów, wynosi do 60 proc. ich wartości. Skądinąd wiadomo, że 3-4 lata to okres odpowiadający co najwyżej 35 proc. okresu żywotności pojazdu. Do polityków jednak takie argumenty nie docierają. Ich niepokoi sam niezależny import, ponieważ odbywa się kosztem prosperity dealerów i dlatego robią wszystko, aby go ukrócić. Dlaczego los dealera droższy jest politykom od interesu 38 mln pozostałych obywateli? Ponieważ ci pierwsi, zorganizowani w związku, zrzeszeniu czy innym ciele reprezentującym ich, w przeciwieństwie do milionów rozproszonych, niezorganizowanych posiadaczy używanych samochodów, znacznie głośniej nad swym losem lamentują (czytaj: lobbują), starając się przekonać rządzących, że mimo wszystko ich strata jest stratą całej gospodarki. Zresztą o wyższości kupowania produktów krajowych nad importowanymi przekonana jest większość Polaków. Nie tylko my uważamy, że stan polskiej gospodarki będzie lepszy, jeśli Polacy ograniczą się do kupowania produktów krajowych. Jest to oczywiście nieprawda.
Polak, który przywiózł do kraju używany samochód z Niemiec nie zrobił polskiej gospodarce żadnej krzywdy, nie licząc oczywiście rodzimych dealerów. To co stracili na nim dealerzy i autobanki, zarobili posiadacze samochodów, a pośrednio wszyscy ci, na których posiadacze samochodów z importu wydadzą oszczędzone 6000 zł. Co więcej, Polak przywożąc samochód przywiózł dobro, które odtąd składa się na majątek narodowy. Majątek ten nie musi służyć bezpośrednio pacy zarobkowej czy produkcji. Wystarczy, że dzięki niemu ktoś może dojechać do pracy, na wczasy, że samochód ułatwi mu życie, oszczędza czas, który on/ona może przeznaczyć na lepszy jego zdaniem cel. Samochód służy posiadaczowi, a więc i gospodarce tak samo dobrze, jak np. rower, buty, albo maszyna do produkcji papieru przywieziona z Japonii czy USA, która zwiększa moce produkcyjne w przemyśle papierniczym. Import w systemie wolnorynkowym jest prawem i dobrodziejstwem obywatela, konsumenta i gospodarki. Stratą jest ograniczanie go.
No, dobrze, ale przecież te 10 tys. zł zamiast znaleźć się na polskim rynku, pozostało w Niemczech. Co gorsza, pieniądze te Polak wymienił… na cenne dewizy, które z kraju wywiózł. To dodatkowa strata – myśli polityk. Podobnie uważają inni obywatele, media nie są wyjątkiem, ignorując fakt, że bez importu nie ma eksportu, a w przypadku pieniądza wymienialnego nie ma większego znaczenia w jakiej walucie płacimy. Zastanówmy się bowiem, w jaki sposób Polak zdobył ekwiwalent 10 tys. zł w euro, bo trudno przypuszczać, że niemiecki sprzedawca zgodził się przyjąć od niego zapłatę w złotówkach? Polak euro kupił za polskie złote w kantorze, co znaczy, że ktoś inny w tym, albo innym polskim kantorze musiał te euro wymienić na złote. Po co mu te złote były?
Najprawdopodobniej potrzebował ich po to, żeby coś za nie kupić w Polsce. To co Polak wydał na samochód, oczyszczając polski rynek z pieniędzy, jakiś Niemiec czy inny cudzoziemiec przywiózł do Polski w zamian za polskie produkty czy usługę. Polak zabrał dealerom i autobankom to, co Niemiec zostawił w restauracji, hotelu, na stacji benzynowej i kto wie gdzie jeszcze.

To, że Polak w tym przypadku kupił samochód w Niemczech nie tylko nie jest dla polskiej gospodarki stratą, lecz czystym zyskiem. I nie ma znaczenia, czy odbyło się to przy pomocy importu, czy nie. Żeby importować za milion, trzeba wyeksportować za milion. Cudów nie ma. Jeśli już mowa o jakiejś stracie, to ponieśli ją dotychczasowi użytkownicy importowanego samochodu, którzy – trzymając się naszego przykładu – stracili na nim 50 tys. zł. My, powiększyliśmy majątek narodowy wart wg polskich cen 16 tys. zł kosztem 10 tys. zł, oszczędzając dla siebie (i innych) aż 6 tys. zł. Majątek narodowy nie składa się wyłącznie z pieniędzy, które są przecież tylko środkiem wymiany jednych towarów na inne.
Krzywdy nie ma też państwo. To co tracił urząd skarbowy na podatku VAT od sprzedaży samochodu za 16 tys. zł, odbije sobie w postaci VAT od przywiezionego samochodu plus VAT od towarów, które właściciel samochodu nabędzie za zaoszczędzone 6 tys. zł.
Jaki jest więc sens tej całej skomplikowanej manipulacji?
Jest nim wyłącznie pragnienie wymuszenia na obywatelach, żeby robili to czego chce rząd, a ten – jak widać z powyższego – chce z jednej strony pomagać polskim dealerom i autobakierom, ludziom należącym do segmentu najzamożniejszych Polaków, z drugiej zaś, ograniczać wolność wyboru (czytaj: gospodarność) reszty obywateli, czyli rządzić.
I na tym rządzeniu polega właśnie solidarne państwo!

Jan M. Fijor
„Nczas” 2006-06-12

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. John Ball pisze:

    Za dlugi text. Jako Polak zamieszkaly w Hameryce, to musze go czytac prze jaki tydzien. Jak sie do Hameryki przyjezdza to umysl zwalnia tepa.Dziwne to tutaj zjawisko, niespotykante w Polsce, gdzie glowka zaaaawsze pracuje.

  2. hala pisze:

    Biedni na hulajnogi.

  3. ander_waser pisze:

    Ciekawy artykuł.

  4. Pasikonik pisze:

    Politycy lubią się wtrącać do wszystkiego, bo nadaje to sens ich istnieniu. Kto dobrowolnie z własnych pieniędzy opłacałby człowieka który ogranicza jego wolnośc?

  5. Michal Twardowski pisze:

    To tak samo jak w przypadku braku rownowagi w handlu zagranicznym. Wlasnie jak Polak zaplaci drozej za taki sam czy gorszy samochod w Polsce, to nie bedzie mial pieniedzy aby sobie z rodzina isc do restauracji, kupowac warzywka, zmienic komputer itp. Tak samo jak i Hamerykanin, jak kupi tanszy samochod i czesto lepszy od Japonczyka niz od producenta hamerykanskiego, to zaoszczedzi i bedzie mogl sobie wyremontowac chalupe, czy tez pojechac na wczasy. No tak, ale nasza polska zlotowka zostala wydana na niemiecki towar, a hamerykanski dolar wydany zostal na japonski samochod, wiec zaistniala nierownowaga i deficyt w handlu zagranicznym na niekorzysc Polski, jak i na niekorzysc Hameryki. Tylko, ze jak japonski producent dostanie od Hamerykanina dolary za sprzedany samochod, to Japonski producent albo kupi surowce, towary czy uslugi w Hameryce. A jak bedzie wolal niemieckie towary, czy uslugi, to sobie wymieni dolary na marki poprzez bank z Niemcem, ktory bedzie chcial wydac pieniadze w Hameryce. Wiec po to azeby zaistniala nierownowaga w handlu zagranicznym to Japonczyk musialby dolary zniszczyc, spalic czy zakopac. A jak nie, to nierownowaga istnieje li tylko w ksiegach, ale nigdy w realu. Poprawcie mnie o ile jestem w bledzie. M. Twardowski

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Nie ma zadnej nierownowagi. Japonczyk, za otrzymane dolary, kupuje w USA inne towary, a jesli ich nie ma, to kupuje obligacje skarbowe. Zeby kupic cos zagranicznego, trzeba najpierw cos wyeksportowac. Cudow nie ma. Uklony Jan M Fijor

  7. Michal Twardowski pisze:

    Odn.818 do JMF. Ma sie rozumiec i nieulega zadnej watpliwosci, iz przed konsumcja musi byc produkcja, a nie odwrotnie – jak czesto w/g wszelkiego rodzaju europejskich socjaldemokracji aby rzadzic i dzielic. Dobra to nie marksistowski Sezam do konsumcji do ktorych mozna sie dostac np. sila polityczna, albo za pomoca armat czy represyjnego bata, jak sie wydaje naszej pseudoprawicowej ekipie rzadzacej z Leperem wlacznie – tu sie zboze z importu wysypie, samolot kropidlem wyswieci, tamtego sie uj…bie i bedzie jak w rydzykowskim Niebie. Istne parodie. No ale ojczyzne i jej ksztalt tworza wyborcy. Dlugo nam jeszcze do zrozumienia na czym prawdziwa wolnosc polega tj. na czym laissez-faire kaptializm polega, gdzie konieczne oddzielenie religii od panstwa, tak jak i ekonomi od panstwa. Idealnie, panstwo powinno byc bezosobowym robotem a nie dyktatorem moralnosci. No ale niestety JMF chyba nie podziela mego zdania jezeli chodzi narzucanie chrzescijanskich wartosci. Niech ona bedzie w sferze osobistej a nie narodowej, kolektywnej i podporzadkowanej.

  8. tbie pisze:

    to jest paranoja mam 21 lat i chce se kupic wozek za swoja kase, wiadomo ze nie ebde wywalal 40 k na nowy slabej klasy tylko wybiore sredniej klasy za 6k uzywany ze znosnym przebiegiem, i mam gdzies raty ktore bym placil niewiadomo jak dlugo za nowy wole np na meiszkanie zbierac pozatym jak autor wspomnial cena nowego szybko spada, ale imo rzad pomaga polskim dealerom nie zeby wymusic na obywatelach posluszenstwo, tylko te zamozne grupy albo uczestnicza w rzadach albo wywieraja na nie odpowiednie naciski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *