Częstowanie teczkami

chat-dymki
7

Kolegium IPN zwróciło się właśnie do prokuratury z doniesieniem o przestępstwie. Chodzi o sprawę przekazywania do RFN z zasobów Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, a następnie IPN oryginałów zeznań, fotografii i innych dowodów zbrodni hitlerowskich w czasie II wojny światowej w Polsce, która okazuje się być wierzchołkiem góry lodowej, zwanej w kręgach prokuratorów IPN „częstowaniem teczkami”. Czy jest to eufemistyczne określenie na handel polskimi zasobami archiwalnymi?!

Problem marginalny

Z wyjaśnień władz Instytutu Pamięci Narodowej w osobie wicedyrektora IPN, prof. dr. Witolda Kuleszy wynika, że przekazywanie oryginałów akt do Centrali w Ludwigsburgu (RFN) – o czym informowała ostatnio prasa – było zjawiskiem marginalnym, zaś podejrzliwość mediów jest jego zdaniem mocno przesadzona. Profesor Kulesza, gorący orędownik współpracy z archiwistami niemieckimi ostro dementuje jakiekolwiek sugestie, że współpraca ta, zwana przez niego „pomocą prawną”, mogła być podyktowana innymi, niż badawczo – śledcze, intencje stron. Jednakże z informacji uzyskanych ostatnio w IPN wynika, że pobudki, dla których strona polska tak gorliwie pozbywała się oryginałów zeznań świadków, fotografii, oględzin miejsc i innych dowodów zbrodni hitlerowskich są co najmniej dwuznaczne. Pomijając już fakt bezpowrotnej utraty akt wysłanych do Niemiec, samo wysyłanie ich było nielegalne. Nie dość, że procedura ignorowała interes strony poszkodowanej, a więc ofiar niemieckich zbrodni, które nie były o wysyłce akt do Niemiec informowane; nie dość, że nie istniała żadna umowa dwustronna określająca zasady tej „wymiany”, to na dodatek przekazywanie akt odbywało się z pominięciem ministerstwa sprawiedliwości, co jest sprzeczne z istotą pomocy prawnej, do której prawo ma właśnie ministerstwo.
Co więcej, problem ginących akt sygnalizowany był prof. Kuleszy i jego podopiecznym od co najmniej 1998 roku, kiedy to zastępca dyrektora komisji, Antoni Galiński (późniejszy likwidator Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich) stwierdził zaginięcie aż 3316 jednostek archiwalnych. Gdyby to był wyłącznie problem marginalny, to prof. Kulesza nie powoływałby w tej sprawie specjalnej komisji, która miała owe zniknięcia wyjaśnić. Inna rzecz, że wszczęte przez niego śledztwo do niczego nie doprowadziło. Mniej więcej wtedy odkryto natomiast, że zaginęła cała niemal dokumentacja zbrodni popełnionych przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego. Zamiast w Muzeum Powstania w Warszawie, wbrew wyraźnemu zakazowi ówczesnego ministra sprawiedliwości, leży sobie dziś gdzieś, w nieujawnionym stronie polskiej, archiwum niemieckim. Najgorsze, że nie wiadomo, kto i dlaczego je tam przekazał. Niemcy żadnych polskich akt dobrowolnie oddać nie zechcą. Można co najwyżej liczyć na kopie, za które ich archiwiści słono nam policzą. Polska gościnność spotyka się z bolesnym rewanżem częstowanego.

Qui bono?

Wyjątkową okazją do częstowania była likwidacja Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, mająca miejsce niedługo przed powstaniem IPN. Procedurze likwidacyjnej towarzyszył remanent spraw, których nie udało się jeszcze przesłać do zagranicznych urzędów i prokurator. W informacji Likwidatora GKBZH, Antoniego Galińskiego, z czerwca 2000 roku znajduje się lista spraw, które powinny zostać wysłane zagranicę „w pierwszej kolejności”. Nie dotarliśmy do klucza, według którego akta te segregowano, ale o tym, że jakiś klucz istnieje nie ulega wątpliwości. No, bo jak to możliwe, że w sytuacji, gdy nie zostały wyjaśnione zbrodnie popełnione w obozach koncentracyjnych w Treblince czy Gross Rosen, kiedy nie załatwione są sprawy zbrodni wobec powstańców warszawskich, najpilniejsze teczki dotyczą „obozu pracy Arbeitserziegunglager Haegerwelle w Policach k. Szczecina w latach 1941-45”, albo „Współudział Leona Norberta Ebhardta, członka Selbschutzu – zamordowanie 9.11.1939 w obozie przejściowym w Rudzie Pabianickiej”, czy „Zamordowanie w Makowie Szczepana Urbanka przez żandarma Johanna Bernhofera z posterunku w Górze św. Małgorzaty.” Równie „pilnych sprawa” jest w informacji Likwidatora około…20 sztuk. Nie twierdzę, że podstawą selekcji było przekupstwo. Są jednak ludzie, i to z kręgu IPN, którzy tego nie wykluczają. Nikt, w każdym razie nie potrafi podać jakiegoś innego, wiarygodnego kryterium wysyłania akt. Jeśli nie pieniądze, to co? Wdzięczność częstowanych? Medal? Drobna przysługa? Jaki powód miał prof. Kulesza, spełniając w lipcu 2003 roku, tuż po umorzeniu śledztwa w sprawie mordu w Jedwabnem, telefoniczną prośbę swego kolegi z Niemiec, prokuratora Kurta Schrimma z Ludwigsburga i wysyłając mu m.in. następujące dokumenty:

– odpis postanowienia o umorzeniu;
– protokół oględzin miejsca pochówku;
– mapy miejsca pochówku i okolicy:
– protokoły badań archeologicznych miejsca spalenia ludności żydowskiej;
– szkic reliktu stodoły, wraz z lokalizacją dwóch grobów oraz szczątków ofiar;
– protokół przesłuchania świadka, Alberta Hermanna Schapera, dowódcy niemieckiego komando stacjonującego w czasie wojny w Jedwabnem i kilkanaście podobnych rewelacji.
Do czego były one prokuratorowi Schrimmowi potrzebne? Skąd tyle kurtuazji ze strony IPN i prof. Kuleszy, kiedy wiadomo, że strona niemiecka, a konkretnie centrala w Ludwigsburgu, ma na celu wyłącznie ogołocenie naszych archiwów okupacyjnych i nic więcej? Tym bardziej, że Jedwabne było wyłącznie polskim, suwerennym śledztwem, w którym nie wykryto sprawcy i dlatego je umorzono. Czy trudno się potem dziwić, że coraz częściej oskarża się Polaków o współudział w zbrodniach przeciwko Źydom (polskie obozy koncentracyjne)?
Nie mniejszą gorliwość – i to również wbrew ustawom czy rozporządzeniom ministra sprawiedliwości – okazywano w stosunku do władz litewskich, ukraińskich, białoruskich i rosyjskich, dokąd pod koniec lat 1990. wędrowała zawartość akt w sprawach przeciwko obywatelom tych krajów, którzy dopuścili się zbrodni na narodzie polskim. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ówczesna minister sprawiedliwości, Hanna Suchocka nie pozwoliła Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu na przekazanie tych akt, uważając pomoc prawną ze strony Polski za zbędną. A mimo to, 1 lipca 1998, arbitralną decyzją dyrektora GKBZnNP i jego zastępcy, Antoniego Galińskiego, teczki zostały na Białoruś, Litwę i na Ukrainę przekazane.
Skąd taka determinacja i pośpiech? Dlaczego, mimo braku zgody ministra, co jest ostrym naruszeniem prawa, panowie dyrektorzy zdecydowali się na przekazanie akt?
Dlaczego dyrektor Galiński ponaglał archiwistów i pracowników komisji: „Trzeba zacząć przesyłać jak najszybciej wybrane (wszystkie podkreślenia pochodzą od autora) części materiałów i w ślad, sukcesywnie dosyłać dalsze”? Przecież dobrze wiedział, że polskie doświadczenia w zakresie „pomocy prawnej” udzielanej w/w krajom nie były zachęcające.
Kogo częstowano polskimi aktami na Litwie, na Ukrainie czy w Rosji? I kto na tym skorzystał, bo nie ulega wątpliwości, że skorzystał skoro porwał się na rokosz przeciwko samemu ministrowi sprawiedliwości?

Kobylański

Skandalicznym poczęstunkiem jest sprawa Jana Kobylańskiego. Otóż, 22 marca 2005 roku, w „Wiadomościach” telewizyjnych ówczesny minister sprawiedliwości, Andrzej Kalwas w towarzystwie wicedyrektora Instytutu Pamięci Narodowej, prof. Witolda Kuleszy i ogłosili publicznie, że planują wystąpienie o ekstradycję do rządu Urugwaju. Chodziło o wydanie i postawienie przed sądem polskim, podejrzanego o zbrodnię ludobójstwa, a zamieszkałego w Montevideo milionera i działacza polonijnego z Ameryki Południowej, Jana Kobylańskiego.
Podstawą ekstradycji, jak doniosła 23 marca 2005 „Rzeczpospolita”, miały być odnalezione w aktach IPN (stąd właśnie obecność prof. Kuleszy) zeznania świadków potwierdzające, że „Jan Kobylański, prawdopodobnie wspólnie z ojcem, Stanisławem, zadenuncjował Niemcom Żydów, którym za zapłatą miał znaleźć bezpieczną kryjówkę”. Bez względu na zasadność podejrzeń, sprawa jest mocno dęta. Po pierwsze, ekstradycja dotyczy wyłącznie osób skazanych przez sąd, a w sprawie Kobylańskiego nie rozpoczęto nawet śledztwa. Podanie do wiadomości publicznej informacji o ekstradycji osoby, której nawet nie udowodniono przestępstwa jest poważnym nadużyciem. Po drugie, nie ma żadnej pewności, czy teczka, w której znajdują się zeznania obciążające Jana Kobylańskiego jest jego teczką. Oto co w tej sprawie pisze Dariusz Gabrel, prokurator GKŚZpNP w Warszawie: „Przedmiotowe postępowanie i (…) czynności sprawdzające, do chwili obecnej, (list datowany jest 16 maja 2006) nie dały podstaw do ustalenia, czy osoba Janusza Kobylańskiego występująca w materiałach archiwalnych śledztwa jako osoba podejrzana jest osobą tożsamą co osoba Jana Kobylańskiego (…)” Rozważanie winy Jana Kobylańskiego – pisze w konkluzji prokurator Gabrel – „byłoby bezprzedmiotowe”. A zatem publiczne oskarżanie Kobylańskiego jest w najlepszym przypadku pomówieniem.
Dlaczego dwóch wysoko postawionych dostojników, w dodatku prawników, łamiąc elementarne zasady prawa, ryzykuje własną reputację, narażając się na proces sądowy?
Można tylko domniemywać. Wiosna 2005 to początek kampanii wyborczej, w której coraz większego znaczenia nabiera poparcie udzielane kandydatom PiS ze strony Radia Maryja, którego Jan Kobylański jest hojnym donatorem. Poczęstunek odpowiednią teczką ze strony IPN był i na czasie, i mile widziany, tym bardziej, że wrogość wobec Kobylańskiego i Radia Maryja, przekładała się – zdaniem częstujących – na porażkę wspólnego wroga, jakim był dla nich PiS, a jednocześnie gwarantowało ówczesnym władzom IPN zachowanie dotychczasowego status quo.

Ostatni poczęstunek

Mimo zwycięstwa PiS i solennych obietnic co do zmiany stylu sprawowania władzy, nic się w tej sprawie nie zmienia. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że częstowanie trwa w najlepsze. Tym razem dyspozycyjni archiwiści poczęstowali nową władzę teczką b. premier Zyty Gilowskiej. Czy dowiemy się przynajmniej, kto kogo poczęstował i dlaczego? Bo o tym, że państwo mamy nieodpowiedzialne wiadomo nie od dziś.

Gina akta IPN
Jan M. Fijor
„Nczas, Wprost” 2006-07-07

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Dynamo Moskwa pisze:

    Info na temat wydawcy The God of the Machine, Isabel Peterson podalem pod Pana Rynkami Kredytow

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Nie moge sie dopatrzyc tego wydawcy. Moze cos przeoczylem? pozdrawiam\JM Fijor

  3. Dynamo Moskwa pisze:

    Rzeczywiscie wpisalem i sam nie moge teraz odnalezc, wiec powtarzam: New material this edition copyright 1993 by Transaction Publishers, New Bunswick, New Jersey 08903. Originally published in 1943 by G.P. Putnam.
    All inquiries should be addressed to Transaction Publishers, Rutgers – The State University, New Brunswick, New Jersey 08903
    Library of Congress Catalog Number: 92-32935
    „The God of the Machine”, by Isabel Paterson with a new introduction by Stephen Cox.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Dzieki, zaraz do nich pisze. Pozdrawiam jan M Fijor

  5. Dynamo Moskwa pisze:

    A i na Zdrowie, Panie Janie.

  6. Oscypek pisze:

    A jakie ma wlasciciel tej strony zdanie na wydarzenia na bliskim wschodzie? Zyt winny, czy terrorysty. I tutaj chcielibysmy uslyszec opinie uprzedzonego do Zydow, jak zawsze, fundamentalnie religijnego, gleboko katolickiego Pana. Oscypek

  7. panta rei pisze:

    Obywatel swiata jak widac nie lubi sie wypowiadac, jak tylko czekac na wydarzenia i wtedy komentowac, co by bylo gdyby nie byloooo..ale niestety taka natura juz Jana Fijora – tak na wszelki wypadek dmuchac na gorace…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *