Chłopiec do bicia

chat-dymki
16

Premier układa się ze związkowcami poza plecami pracodawców, prezydent straszy tych ostatnich nowymi, wysokimi karami za naruszenie prawa pracy. Jeśli gesty te nie są elementem kampanii przedwyborczej, los przedsiębiorców, a tym samym przyszłość polskiej gospodarki maluje się w czarnych barwach. Tak się dzieje wtedy, gdy u steru władzy stoją ludzie, którzy ani jednego dnia w życiu nie przepracowali „na swoim”.

Status quo

Ignorowanie interesu pracodawców czy karanie ich przez władzę ma w Polsce długą historię, sięgającą zarania PRL. Pod tym względem rządy PiS i koalicjantów nie wniosły nic nowego. Ludzi biznesu, a więc de facto pracodawców, traktuje się u nas jak przestępców, lub kandydatów na nich. Instytucją chroniącą masy przed tymi szkodnikami są politycy. Takie stawianie sprawy spotyka się ze zrozumieniem mas wyborców, którzy w znakomitej większości są pracownikami najemnymi.
Z jednej więc strony mamy przedsiębiorcę – szkodnika, krwiopijcę i wyzyskiwacza, z drugiej zaś dobroczynne państwo. Dlatego nikogo specjalnie nie martwi upadłość tej czy innej firmy prywatnej. Na pytanie: co się stanie z pracownikami zakładu XYZ z chwilą unicestwienia jego właściciela, odpowiedź brzmi: otrzymają zasiłek ze skarbu państwa. Następnego pytania: skąd skarb państwa bierze na to pieniądze, już prawie nikt nie zadaje.
W ten sposób rosną rzesze biorców ze skarbu państwa (pracowników), a maleją dawców (pracodawców). Tak działo się w PRL, tak dzieje się w III i IV RP. Coraz więcej przedsiębiorców z własnego biznesu rezygnuje. Efektowny spadek wskaźników bezrobocia, jaki notuje ostatnio GUS, nie jest wynikiem tworzenia nowych miejsc w kraju, lecz raczej zagranicą.
Zamiast ten schemat myślowy zmieniać, władza stara się wygrać odwieczny konflikt interesów między ludźmi przedsiębiorczymi, aktywnymi, gospodarnymi i pracowitymi, a biernym, często miernym, ale za to wiernym elektoratem tzw. mas pracujących. Niewielu polityków potrafi powiedzieć rządzonemu narodowi prawdę w oczy.

Utrapienie

Ktoś, kto nigdy nie prowadził własnej firmy nie ma bladego pojęcia przed jakimi problemami staje przedsiębiorca, czyli pracodawca. Nawet w krajach o stosunkowo dużym zakresie wolności gospodarczej i niskim stopniu interwencjonizmu państwa w gospodarkę (USA, niekiedy Australia, Tajwan, Hongkong) problemów nie brakuje. Nie dość, że przedsiębiorca ma na karku bezwzględnych konkurentów krajowych i zagranicznych, nierzetelnych kontrahentów, nie płacących w terminie i wiecznie grymaszących klientów, krnąbrnych albo leniwych współpracowników i podwładnych, cykle koniunkturalne, kryzysy globalne, banki, klęski żywiołowe i inne dopusty Boże, musi się użerać ze związkami, zawodowymi, kontrolerami inspekcji pracy, urzędami skarbowymi, zakładem ubezpieczeń społecznych, statystyką, regulacjami unijnymi, policją transportową, urzędem ochrony konsumenta i dziesiątkami innych instytucji kontrolującymi działalność gospodarczą.
Roman Kluska przypomniał kiedyś, że kiedy pod koniec lat 1980. uruchamiał Optimusa, działalnością gospodarczą „rządziły” w Polsce cztery ustawy: prawo handlowe, o działalności gospodarczej, podatkowe i prawo pracy. Dzisiaj takich ustaw jest ponad 200! Z informacji gromadzonych przez Konfederację pracodawców Polskich wynika, że przeciętny (czyli zatrudniający od 10 –20 osób) właściciel polskiej firmy prywatnej, ponad 70 proc,. swego czasu pracy (średnio 56 godzin tygodniowo) i energii przeznacza na działania związane ze spełnianiem wymogów regulacji.
A gdzie produkcja, technologia, innowacyjność, kontrola finansów firmy, polityka cenowa, troska o wzrost wydajności pracy, poszukiwanie pieniędzy, zatrudnianie newralgicznych specjalistów, marketing, poszukiwanie klientów, sprzedaż, reklamacje czy obsługa konsumenta? Czy trzeba się dziwić, że przy takim obciążeniu polska gospodarka – poza rolnictwem, rzemiosłem i przemysłem montażowym, a więc działami, które swoje triumfy święciły 200 lat temu – jest właściwie nie konkurencyjna. Nie zapominajmy też, że przedsiębiorca, zanim stworzył swój biznes, musiał wyłożyć na niego swoje ciężko zarobione pieniądze. Nie trudno teraz zrozumieć, dlaczego coraz więcej ludzi przedsiębiorczych wyjeżdża zagranicę, staje się rentierami, przechodzi na pracowników najemnych, albo nagminnie przechodzi do sfery budżetowej, by żyć na koszt tych naiwnych, którym się jeszcze chce ryzykować i walczyć.

Zbędne prawo

Prawo pracy, którego specjalistą jest pan prezydent, to relikt przeszłości marksistowsko – leninowskiej, kiedy to przedsiębiorca prywatny postrzegany był jako wyzyskiwacz i krwiopijca. Nie dość, że jest ono kosztowne i nikomu, prócz politykom i organom ścigania, nie służy, to na dodatek ma fatalne reperkusje gospodarcze. Ogranicza swobodę gospodarowania, wypiera znacznie bardziej efektywny wolny rynek, demoralizuje, a przede wszystkim podnosi cenę pracy, co m.in. prowadzi się do powstawania bezrobocia. Nie popełnię błędu jeśli napiszę, że likwidacja prawa pracy doprowadziłaby w krótkim czasie do spadku bezrobocia w Polsce o połowę.
Prawo pracy pomyślane zostało jako forma ochrony pracobiorców przed samowolą pracodawców. Pamiętajmy jednak, że wystarczająco dobrej ochrony, bez balastu zbędnej biurokracji i kosztów, dostarcza rynek. Nazywa się to kontraktem (czasem też umową zbiorową) między pracodawcą a pracobiorcą, w którym określone są warunki, na jakich strony zgadzają się współpracować. Wolność zawierania kontraktów jest w demokracji, w państwie prawa jedną z podstawowych gwarancji konstytucyjnych. Po co więc regulacje? Pracodawca, czy pracobiorca którzy nie dotrzymają warunków kontraktu poniosą tego konsekwencje kontraktowe (np. finansowe), tak jak ponosi je każdy kto złamie postanowienie umowy.
Jeśli pracownik chce w zamian za dodatkowe wynagrodzenie, dobrowolnie zrezygnować z urlopu, zupy regeneracyjnej czy zgadza się pracować w warunkach szkodliwych dla zdrowia, bo akurat zamierza kupić większe mieszkanie, to nikt nie ma prawa mu tego zabronić. Sam, pracując kiedyś zagranicą, zrezygnowałem przez pięć lat z ubezpieczenia zdrowotnego, by zaoszczędzone na składce ubezpieczeniowej pieniądze przeznaczyć na zakup większego domu. Ryzykowałem, wiem, ale to był mój wybór. Wcale zresztą nie taki nieroztropny. Byłem młody, zdrowy, rzuciłem palenie, kontrolowałem siebie. To mi się opłaciło.
A czy sam wyjazd na przymusową emigrację, nawet na kilka lat, jest wolny od ryzyka? A czy życie w biedzie nie jest ryzykowne? Wall Street Journal pisał niedawno, że ludzie bogaci żyją statystycznie 10 lat dłużej niż biedacy! Nasze życie to jedno wielkie ryzyko. Prawo pracy nic tu nie pomoże. Dopóki mam wolny wybór i nikomu nie robię nim krzywdy, a przy tym wiem, jakie poniosę tego konsekwencje, nikt nie powinien mi zabraniać. Prawo, które zabrania mi zadbać o siebie samego, daje mi do zrozumienia, że sobie w życiu nie radzę. Takie postępowanie kłóci się z szermowanym z najwyższych trybun, nauczaniem Jana Pawła II, który na każdym kroku podkreślał znaczenie ludzkiej wolności, wolnej woli, godności. Władza regulując moje życie odbiera mi tę godność, ma mnie za półgłówka.
No, dobrze, a jeśli pracodawca zechce mnie mobbingować, wyzyskiwać czy dyskryminować, co wtedy? Kto mnie, pracobiorcę, przed tym ochroni?
Żaden normalny pracodawca prywatny nie będzie szkodził ludziom, z których żyje. Pracownik jest częścią kapitału firmy, podobnie jak jest nią technologia, urządzenia, maszyny, system organizacyjny etc. Kapitalista, a więc pracodawca żyje z kapitału, który z wielkim trudem, oszczędzając, odejmując sobie od ust, ryzykując, pracując po 20 godzin na dobę, ucząc się zgromadził. Trzeba być niespełna rozumu, aby niszczyć zdobyte z takim trudem źródło egzystencji.
Mobbing, wyzysk czy dyskryminacja mogą występować tylko tam gdzie pracodawca nie ma osobistej korzyści w godziwym traktowaniu „kapitału ludzkiego”. Tak dzieje się wyłącznie w firmach i organizacjach państwowych, nie podlegających wolnemu rynkowi, lecz przymusowi zbędnych regulacji, w tym i prawa pracy. To nie przypadek, że w największej na świecie sieci sprzedaży detalicznej, amerykańskim kolosie Wal-mart, słynącej także z tego, że nie zezwala na swym terenie na działalność związków zawodowych, zarobki personelu są wyższe niż w innych, uzwiązkowionych firmach. Niezrzeszeni amerykańscy kierowcy „tirów” zarabiają więcej niż ich koledzy należący do związku zawodowego, Teamsters.
No tak, ale w USA nie ma prawa pracy.

Oddech

W swym wiekopomnym dziele, zatytułowanym „Praktyka zarządzania”, Peter Drucker podkreśla, że w strukturach organizacji gospodarczych, odpowiedzialność musi być proporcjonalna do zakresu uprawnień. Innymi słowy, jeśli ktoś ma prawo decydowania o losach wydziału czy komórki produkcyjnej, to musi (proporcjonalnie do zakresu tych uprawnień) ponosić konsekwencje swoich decyzji. Właściciel firmy, który nie dba o reputację czy jakość swoich produktów (usług), traci własne pieniądze, firmę, majątek. reputację. I nie ma prawa mieć do nikogo pretensji. Chyba że…
Polski przedsiębiorca jest ubezwłasnowolniony, żeby nie powiedzieć sparaliżowany przez ustawodawców, którzy nie ponoszą za swe ustawy żadnej odpowiedzialności. Ich jedyną troską jest to jak dobrze wyglądać przed elektoratem. A że ma to szkodliwe reperkusje gospodarcze, kogo to obchodzi. Jak polski przedsiębiorca ma być konkurencyjny wobec swego zagranicznego kolegi, jeśli decyzje w sprawach zatrudnienia, księgowości, ceł, kwot importowych/eksportowych, stóp procentowych, czy stosowanych technologii ponosi za niego polityk – ignorant, który nigdy nie prowadził własnego interesu i nie rozumie, że swoim postępowaniem utrudnia życia tym, którzy go utrzymują i dają pracę innym?
Pracodawców (przedsiębiorców) jest ok. 100 razy mniej niż pracobiorców. Ten fakt liczy się zwłaszcza przy urnach wyborczych. Dlatego władza znacznie troskliwiej dba o tych ostatnich, dostarczają przecież więcej głosów. Tym bardziej, że masy rzadko kiedy dostrzegają prawdziwe i pełne konsekwencje praw, jakich im udzielił dobroduszny polityk. Jeszcze rzadziej rozumieją, że to one płacą cenę swoich „przywilejów”. Teraz zapłacą też, podwyższone przez prezydenta, kary. Parafrazując znane powiedzenie, przedsiębiorca, człowiek aktywny, energiczny i pomysłowy wyżywi się sam. Gorzej z pracobiorcami. Jeśli więc naprawdę chcemy o nich zadbać, a przecież stanowią blisko 99 proc. zdolnych do pracy, to zamiast podwyższać kary dla pracodawców, nałóżmy je na polityków, związkowców i wszystkich tych, którzy utrudniają tym ostatnim życie.

Jan M. Fijor
„różne” 2006-08-12

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. beze pisze:

    Poczatek cytatu.
    ================
    Jak bogaci bronią nędzarzy przed biedakami
    [2005-07-12 14:51:26]
    Wredne państwo socjalne, zdaniem szefa laburzystów, doprowadziło do takiej ochrony stosunku pracy, że zbyt trudno się zwalnia pracowników ubezpieczonych, z wysługą lat i stosunkowo wysokim uposażeniem.

    A przecież gdyby ich wykopanie z roboty i zastąpienie bezrobotnymi, którzy gotowi są pracować za mniej pieniędzy bez żadnych gwarancji socjalnych, było łatwiejsze, rozwiązalibyśmy problem bezrobocia. Dlatego Tony Blair inaugurując brytyjską prezydencję w Unii na forum Parlamentu Europejskiego, pyta dramatycznie: „A co Europa socjalna zrobiła dla 20 milionów europejskich bezrobotnych?”.

    Napuszczanie bezrobotnych, na pracowników mających bezterminowe, bezpieczne umowy o pracę i godziwe zarobki to strategia, którą znamy i w Polsce. Nazywają to „uelastycznieniem” rynku pracy. Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, żeby zwolnić kogoś, kto zarabia dwa tysiące, a w jego miejsce zatrudnić dwóch po tysiąc. Taka recepta na bezrobocie, zmierza do obniżenia kosztów pracy, czyli potanienia siły roboczej, zwiększenia konkurencyjności, i wtrącenia świata pracy w nędzę. Dziś mówią związkom zawodowym, że ich walka w obronie godziwych miejsc pracy i o podwyżki, jest egoistyczna, bo bezrobotni chętnie robiliby to, co oni za dużo mniej, a przez nich klepią biedę. Ta równia pochyła, to równanie w dół, tu się jednak nie kończy. Jeszcze większą biedę klepią Chińczycy, Hindusi i w ogóle pracownicy z Trzeciego Świata, którzy pracują kilka do kilkunastu razy taniej niż Europejczycy. Powie się, więc nowo zatrudnionym bezrobotnym, którzy właśnie odebrali pracę swym zrzeszonym w związkach zawodowych kolegom, że muszą zarabiać jeszcze mniej, bo inaczej zakład przeniesie się gdzieś gdzie jest tańsza siła robocza. Zresztą, jeżeli wysiłki zmierzające do nieograniczonej liberalizacji handlu i usług się powiodą, to nie trzeba będzie zakładu nigdzie przenosić. Obniżkę płac wymusi tani import.

    Oczywiście żelazna zasada logiki i rynku sprawia, że jeżeli jeden traci, to drugi zyskuje. Obniżce płac towarzyszy wzrost zysków. Zysków jednak obniżyć nie można, bo kapitał, który porusza się z prędkością światła, ucieknie w pogoni za większymi zyskami. Przepływ siły roboczej jest kontrolowany, dlatego na granicy Unii są wszędzie straże i zasieki. Kapitał przepływa swobodnie. Jego przepływu nikt nie kontroluje. W Polsce, zyski banków, zagranicznych inwestorów a także wielkich spółek Skarbu Państwa wzrosły 2.5 a nawet trzykrotnie. Tymczasem, gdy Sejm podniósł płacę minimalną o 30 złotych, w mediach podniósł się wrzask, że pracodawcy tego nie zniosą. Pokazują faceta, co za minimalną płacę kosi trawniki przy drodze, który mówi, że to są grosze i nie zmienia jego sytuacji. Ale te grosze, mają wykończyć pracodawców i zniechęcić ich do zatrudniania. Okazuje się, że dla kosiarza, który żyje w nędzy, 30 złotych to pryszcz, a dla kapitalisty, to fortuna!

    Teraz już wiemy. Wzrost płac jest nienowoczesny. Nowoczesne są głodowe płace i wielkie zyski przedsiębiorców. Liberalna modernizacja to wielki obóz pracy, w którym ludzie z głodu, podejmą się pracy za półdarmo w nienormowanym czasie. Temu pochodowi nowoczesności stawiają jeszcze gdzieniegdzie w Europie opór „konserwatywne” związki zawodowe, które upierają się, że kapitaliści powinni się dzielić z pracownikami rosnącymi zyskami.

    Piotr Ikonowicz
    ===============
    Koniec cytatu.

  2. Pani Historia pisze:

    Recepta na powrot do Socjalizmu.Tylko kto za ten socjalizm zaplaci, Piotrze Iliczu, Ikonowiczu?

  3. Cogito pisze:

    Gdyby tak było jak pisze ten lewak*, to wszyscy w tym Chińczycy i Indusi byliby coraz biedniejsi i wymarli by z głodu, a tymczasem jest odwrotnie, mają się coraz lepiej, gdyż wpuszczenie tylko trochę wolnego rynku np. do Chin przyniosło im niespotykany od stuleci rozwój i wzrost poziomu życia.
    Używa on określeń logika i rynek, ale ich nie rozumie, i interpretuje wybiórczo i powierzchownie. To tak jak ktoś obserwujący samochód widzi w nim tylko jeżdzącą maszynę, ale nie zdaje sobie sprawy z jej możliwości technicznych, ekonomicznych, społecznych itp.
    *Lewak to hipokryta, który z założenia popiera lub organizuje osoby, organizacje lub państwa przestępcze czyli wszelkiej maści bandytów, pod płaszczykiem rzekomej obrony slabszych, biedniejszych, glodnych itp. nie zwracając kompletnie uwagi na fakt, że szkody wyrządzone przez popieraną przez nich bandycką działalność są znacznie większe niż ewentualne zło z ktorym walczą, a ich dzialalność przysparza swiatu nowe zastępy ofiar czyli slabszych, biednych, glodnych itp. Klasycznym przykladem „sukcesów” lewakow jest komunizm, który pochłonął miliony ofiar, a nie tyko nie rozwiązał problemów, które miały zniknąć, ale stworzył nowe.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Chiny i Indie zaczely rosnac z chwila uwolnienia gospodarki. Demorkacja nie jest do tego potrzebna, o czym swiadczy przyklad powojennych Niemiec, Japonii Tajwanu czy Sinapuru, ktore nie byly demokratyczne. JMF

  5. beze pisze:

    Do tekstu podpisanego Cogito nie będę się odnosił gdyż nie ma do czego. To raczej zajęcie, ćwiczenie dla pszedszkolnych propagandystów.
    Co do uwagi p.Fijora. Napisał pan, cytuję:
    „Chiny i Indie zaczely rosnac z chwila uwolnienia gospodarki. Demorkacja nie jest do tego potrzebna, o czym swiadczy przyklad powojennych Niemiec, Japonii Tajwanu czy Sinapuru, ktore nie byly demokratyczne.”

    Mniej więcej, w tzw. pierwszym przybliżeniu pana główna teza wydaje się być prawdziwa, tj. potwierdzona w kilku przypadkach empirycznie. Jak zawsze, wszy zależy przede wszystkim od tego co rozumiemy przez takie słówka jak „rosnąć”, „postęp” itp.
    Trudno ukryć, iż z Chinami ideolodzy wolnorynkowi mają od lat kłopot, dokładnie od dnia gdy padły słynne słowa „Nie ważne jakiego koloru jest kot, byle łapał myszy”. Z uwagi na ten ogromny kłopot (z jednej strony trudny do ukrycia, gdyż zbyt duży, wzrost produkcji, a z drugiej ta KPCH pod auspicjami której to wszy się dzieje) przez wiele lat o współczesnych Chinach oficjalnie nie mówiło się nic. Dokładniej: gdy mówiło się o Chinach jako kraju rządzonym przez komunistów, to mówiło się o dawno już nieżyjącym Mao i Rewolucji Kulturalnej, ogromnej ilości wyroków śmierci, o braku swobód demokratycznych. Gdy zaś trzeba było zauważyć, bo nie dało się inaczej, zalewający świat potok chińskich produktów, to mówiło się wyłącznie o zbawiennych efektach kapitalizmu, pomijając całkowicie istnienie KPCH – tak, jak gdyby w ogóle jej nie było.
    Osobiście, obecny system chiński nazywam kapitalizmem państwowym. Wydaje się, iz ma on wszy wady i zalety kapitalizmu i państwowej omnipotencji. Pod względem czysto ekonomicznym np., rozumiejąc przez „wzgląd ekonomiczny” szybki wzrost produkcji dóbr materialnych, wydaje się iż kapitalizm państwowy jest znacznie bardziej efektywny niż kapitalizm prywatny.
    Mniej kłopotów przysparzają ideologom Indie. Dlaczego ? Ano dlatego gdyż dzieje się tam tak, „jak być powinno w normalnym kraju o gospodarce rynkowej”, tj. olbrzymi wzrost gospodarczy Indii w ostatnich latach został w całości skonsumowany przez ok. 10-15% uprzywilejowanej populacji. Odbiło się to oczywiście na demokratycznych wyborach, kiedy to partia pod wodzą której ten „olbrzymi wzrost gospodarczy nastąpił” przegrała wyraźnie wybory. A wielcy ideolodzy wolnego rynku pytali zdumieni: Dlaczego ? Jak to jest możliwe, że ludzie nie chcą głosować na tych co tworzą tak wielki wzrost gospodarczy ?
    To tak, jak gdyby się dziwić, że członkowie 10-cio osobowej bandy która wspólnie obrabowała bank nie chce mieć dalej za herszta faceta, który całość zrabowanej gotówki schował do własnej kieszeni a reszcie powiedział: „Panowie, a teraz bierzemy się za następne banki”.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Wzrost jest wtedy, gdy przed wzrostem bylo mniej niz po wzroscie, a przy tym koszty poniesione, zeby bylo wiecej sa nizsze niz efekty wzrostu. Dyskusje n.t. rozroznienia miedzy wzrostem, postepem i inne tego rodzaju spekulacje dobre sa w CNN czy GW, a nie tutaj. Uklony Jan M Fijor

  7. Jedrus z Ohajo pisze:

    Jasiu Fijor jako dlugotrwaly bywalec w USA powinien wiedziec lepiej, jak „dobrze” zarabiaja pracownicy Walmartu. Walmart znany jest z bezwglednego traktowania pracownikow i placenia im najnizszych stawek. W-M jest DE FACTO subsudiowany przez panstwo. Z powodu glodowych nieledwie zarobkow, ponizej minimum socjalnego, bardzo wielu zatrudnionych tam pracownikow pomimo pracy na pelnym etacie kwalifikuje sie na pomoc socjalna, np dostaja z moich podatkow de facto doplate do czynszu itp.

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Prosze podac zrodlo tych danych. Z moich danych wynika, ze pracownicy Walmart zarabiaja srednio wiecej niz pracownicy Walggreens, JC Penney i kilku innych sieci „lancuchowych”. Jesli uwaza pan, ze pracownikom W-M dzieje sie zle i musza isc na socjal, to prosze zwrocic uwage swoim kongresmenom, ze zadaja zbyt wysokich podatkow. Uklony Jan M Fijor

  9. Precel pisze:

    Tu chyba chodzi o tak zwany wolny rynek – kapitał wędruje sobie swobodnie, towary z pewnymi ograniczeniami, a ludzie to już mają tyle ograniczeń przy przemieszczaniu się, że nie ma co mówić o wolności. I dlatego w Chinach pracuje się za kilka centów za godzinę, a w USA kilkanasćie $ uchodzi za niską stawkę. Ale amerykanie nie zezwolą by przyjechało do nich 100 milionów Chińczyków, chociaż podobno wolny rynek popierają.

  10. Jan M. Fijor pisze:

    Koszty robocizny, to w wiekszosci wyrobow nie wiecej niz 10 proc. Gdyby chozilo tylko o tania sile robocza, to Chinczycy nie mieliby szans. Ich wyroby sa niekiedy o polowe tansze niz konkurencji z Zachodu. Prawdziwa przyczyna competitive advantage Chinczykow sa niskie podatki. Ot, co. Pozdrawiam JM FIjor

  11. Ronald Reagan pisze:

    „Socialist view of the economy could be summed up in a few short phrases: If it
    moves, tax it. If it keeps moving, regulate it. And if it stops moving,
    subsidize it.” – Ronald Reagan

  12. Jan M. Fijor pisze:

    I takie rzeczy wpisac o swoim ukochanym Bushu, panie Marku, nie przystoi. Pozdrawiam Jan M Fijor

  13. Ronald R. pisze:

    Precel. Ales ty noga z ekonomi. Zebym wiedzial, ze takie glupoty bedziesz wygadywal to bym cie nie wpuscil do Ameryki. Bo na coz mi tutaj nastpny sprzatacz. Ekonomi taki nie podniesie, a biedny Bush nie tylko wywolal niesprawiedliwa wojne z zyczliwym Ameryce swiatem Islamskim, ale jeszcze doprowadzil do tego, ze ekonomia ledwie zipie: nie ma pracy, emigranci wracaja do swoim krajow. I dobrze Pan Fijor przewidzial przed 10 ciu laty, ze Ameryka padnie na przyslowiowy pys…..Za dumna ta Ameryka. Powinna byc przed swiatem bardziej unizona. Powinna jak swiety plackiem i krzyzem przed swiatem lezec i blagac o przebaczenie grzechu pierworodnego w jej paskudnej ideologi zawartej w egoistecznych slowach, ze „czlowiek jest sam sobie sterem zeglarzem okretem”. I dzieki ci Precel, ze ty sie tam w tej Hameryca takim nie stales. Nie ma to jak byc na dnie i sie razem, kolektywnie wspierac, jak i i zdrowaski odmawiac w kosciele na chicagoskim Pacanowie.

  14. Ronald Reagan pisze:

    http://www.ellensplace.net/ar_pboy.html
    Amerykanska pisarka, filozof, ktorej cytatami Pan Fijor sie posluguje, ale ktorej to sedna filozofii nie rozumie. Jest to unikalny wywiad z tym poteznym umyslem, z wczesnych lat 60 tych, przez Playboy Magazine. Kobieta ta jest niezwykle precycyjna w swoich wypowiedziach i ekonomiczna w slowach. Charakter o ustalonych wartosciowo ramach odniesienia, tj. o wypracowanych i ustalonych Pryncypiach, czego absolutnie Polakom brakuje. A powiedzialbym ze i calemu swiatu – z pewnymi wyjatkami. Moralna Egoistka Zdrowego Rozumu. Goraca przeciwniczka imperatywow samoposwiecania sie. Przeciwniczka tak altruistycznej moralnosci komunistow, jak i wszelakich religii, bo te moralnosci sie od siebie nie roznia. Warto przeczytac, wydrukowac i zostawic dla dalszych pokolen, bo ze starego wapna juz nic pozytecznego nie wyrosnie. Gdzies to w calosci i na szybko przetlumaczylem, ale nie pamietan adresu nettowego. Moze jak znajde to podam. Oby mnie tylko Pan Jan za to nie ocenzurowal.

  15. beze pisze:

    O wzroście raz jeszcze, po raz ostatni.
    Szanowny panie JMF, Jest nas w Kraju, dla prostoty, tylko dwóch: pan i ja. Panu wzrosło o 100, a mnie o zero. Za granicę pójdzie zaś news, iż w naszym kraju wzrosło o 50. Kto w ten news uwierzy ten się pomyli – ze 100% gwarancją pomyłki. A pan twierdzi, że nie ma o czym rozmawiać i akademickie to dyskusje godne CNN.

  16. Jan M. Fijor pisze:

    Sredni wzrost wyniesie 50 proc. Pytanie: dlaczego panski wzrost wynosi zero? Moze pan jest nierobem, ignorantem, albo przestepca? Jesli ja moglem wzrosnac o 100 proc. to znaczy, ze warunki wzrostu istnieja. JM Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *