Nie wyręczać

chat-dymki
31

Przyczyną kryzysu współczesnego modelu szkolnictwa nie jest ani zbytnia liberalizacja szkoły, brak dyscypliny, klasy koedukacyjne, Internet czy celowe lekceważenie sobie obowiązków wychowawczych przez rodzinę, lecz wyłącznie upaństwowienie i przymus edukacji.

Zresztą szkoła polska nie jest tu wyjątkiem. Podobne problemy istnieją w większości systemów oświatowych Zachodu. Już choćby dlatego nie sprawdzą się recepty polityków, intelektualistów i mediów, którzy zamiast zmonopolizowane szkolnictwo poddać działaniu rynku i konkurencji, a decyzję o sposobie kształcenia dzieci i młodzieży oddać w ręce rodziców, dwoją się i troją, jakby tym ostatnim odebrać resztkę wpływu na wychowanie potomstwa.
Najlepszy dowód, że w systemie edukacji państwowej ani liberalizm, ani nadmierna dyscyplina – same z siebie – nie zdają egzaminu. Szwecja, słynąca z liberalnego modelu edukacji, legitymuje się dziś największą, w przeliczeniu na jednostkę populacji, ilością…. morderstw. Nie lepiej jest w Wielkiej Brytanii, gdzie system wychowywania bezstressowego, obowiązek chodzenia w mundurkach, a także podział klas na żeńskie i męskie wytworzyły najbardziej brutalne, najbardziej zdeprawowane, narażone na narkotyki i zbrodnię pokolenie nastolatków w Europie. Modele te nie różnią się wiele od konserwatywnego szkolnictwa niemieckiego z przełomu XIX i XX stulecia, w którym pruski dryl wykształcił późniejszych naśladowców Hitlera. Podobnie działo się w Związku Sowieckim i dzieje wciąż na Kubie. Równocześnie prawdziwe triumfy święci mocno zdecentralizowane, liberalne szkolnictwo japońskie, oraz stawiająca na silną dyscyplinę, coraz bardziej sprywatyzowana szkoła południowokoreańska. Podobne rezultaty notuje całkowicie prywatne, oparte na silnej dyscyplinie szkolnictwo środowisk amerykańskich Amiszów i Mormonów.
Zresztą, amerykańskie doświadczenia są najjaskrawszym przykładem destruktywnego wpływu procesu upaństwowienia oświaty. W czasach, kiedy o awans cywilizacyjny i zawodowy kolorowej młodzieży z nowojorskich dzielnic nędzy troszczyli się jej ubodzy rodzice, liberalne, prowadzone z reguły przez kościoły i organizacje wyznaniowe szkoły murzyńskie z Południowego Bronxu czy Harlemu należały do najbardziej zdyscyplinowanych w Stanach Zjednoczonych. Nasilenie „troski” państwa po 1962 roku, kiedy John Kennedy, a potem Lyndon Johnson ogłosili sławetny program walki z nędzą i wyrównywania szans młodzieży kolorowej, zaowocowało spadkiem dyscypliny i poziomu edukacji, koniecznością instalacji w budynkach szkolnych wykrywaczy metalu, a w konsekwencji dziewięciokrotnym (tylko w latach 1963-1966) wzrostem przestępczości wśród młodzieży. Dziś w amerykańskich szkołach państwowych stacjonują funkcjonariusze policji i służb do walki z narkotykami, a bezpieczeństwa młodzieży strzegą uzbrojeni po zęby ochroniarze. Nic dziwnego, że rośnie w Stanach Zjednoczonych tzw. homeschooling, czyli system edukacji domowej. W ten sposób uczy się już 10 proc. młodzieży.

Kosztowny monopol

W środowiskach lewicowych panuje przekonanie, że rozwój oświaty, korzystny skądinąd dla całego społeczeństwa, możliwy był tylko dzięki jej upaństwowieniu. To tak jakby twierdzić, że rozwój dróg wywołał rozwój motoryzacji. Kto jak kto, ale, my Polacy dobrze wiemy, że jest to pomieszanie przyczyn ze skutkami.
Edukacja staje się powszechna i popularna wtedy gdy jest opłacalna. Najlepszy dowód, że w czasach PRL, kiedy nauka była całkowicie „bezpłatna”, populacja ludzi z wyższym wykształceniem nie przekraczała 7 proc. Dzisiaj, kiedy za naukę, i to nie tylko za studia wyższe, trzeba drogo płacić, studia podejmuje częściej niż co czwarty Polak. Najwyższy wskaźnik ludzi legitymujących się wyższym wykształceniem notują Amerykanie, gdzie edukacja jest najdroższa, a studia wyższe niemal w 100 proc. prywatne.
Produktem demonopolizacji i prywatyzacji studiów wyższych w USA jest wysoka jakość amerykańskich uczelni, które są niewątpliwie najlepsze na świecie. Edukacja państwowa jest nie tylko mało skuteczna, bardzo kosztowna, nie tylko podatna na indoktrynację ze strony rządzących, to na dodatek nazywanie jej „bezpłatną” jej samej czyni krzywdę; dewaluuje ją. Człowiek, z natury swojej, mniej szanuje to, co dostaje za friko od tego, za co musi dobrowolnie zapłacić. Czy trudno zrozumieć, dlaczego niektórzy młodzi ludzi i ich rodzice nie traktują szkoły poważniej od bezpłatnej gazetki rozdawanej im na przystanku tramwajowym?
Dlaczego, mimo wszystkich zalet szkolnictwa prywatnego i wad szkolnictwa państwowego władze upierają się przed demonopolizacją? Dlaczego upadł pomysł bonów oświatowych i wyboru szkoły, co było krokiem w dobrym kierunku? Dlaczego władze boją się wprowadzenia konkurencji w szkolnictwie? Można się tylko domyślać; one się jej boją! Zniesienie monopolu oznacza przecież .likwidację tysięcy ciepłych, dobrze płatnych posad, zaszczytów i przywilejów, którymi obdarowują się władze molocha edukacji państwowej. Rodzice, tracąc wpływ na edukację swoich dzieci nie wiedząc nawet, że w tym całym zamieszaniu nie chodzi ani o przemoc w klasie, szacunek dla nauczycieli, czy troskę o poziom nauczania, lecz wyłącznie o pieniądze dla polityków rządzących systemem edukacji!

Zero tolerancji

Janusz Korwin Mikke ubolewał na Internecie, że męska młodzież traci naturalne instynkty, że żaden z kolegów nie stanął w obronie Ani, kiedy pastwiła się nad nią grupa łobuzów. No, dobrze, ale skąd ci młodzi ludzie mieliby akurat posiadać taki instynkt. Z domu takiego wzorca nie biorą. Ojciec jest w pracy, a poza tym ojciec nie wzbudza szacunku. Nie jest nawet w stanie sam utrzymać rodziny. Do pracy musi iść matka i dlatego jej też w domu nie ma.
Zamiast więc zająć się wychowaniem dzieci, okazywaniem im miłości, troski, czułości, a więc tych wszystkich uczuć najsilniej budujących właściwą osobowość młodego człowieka, ona musi pracować na podatki męża. Większość pracujących żon, tak w USA, w Niemczech, Szwecji czy w Polsce zarabia mniej więcej tyle, ile ich mężowie oddawać muszą państwu w postaci haraczu, za który opiekuje się ono m.in. zaniedbanymi przez matkę, jej dziećmi.
To paranoja! Za podatki państwo buduje żłobki, przedszkola, szkoły dla dzieci, którymi matka nie jest w stanie należycie się zając, gdyż musi odpracowywać podatek męża, za który państwo ją wyręcza. A przecież opieka państwa nie jest nawet erzacem domowego ciepła i miłości. Nawet najlepszy nauczyciel, urzędnik, polityk, a tym bardziej państwo nie potrafią zadbać o nasze dziecko tak, jak robią to kochający rodzice.
Dlatego decyzje co do przyszłości polskiej edukacji powinny wrócić do rodzin, a więc tych, którym naprawdę zależy. Aby to było możliwe, konieczne jest zero tolerancji w stosunku do edukacji państwowej. Innego wyjścia nie ma…

Jan M. Fijor
„nczas” 2006-11-11

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. słotwina pisze:

    Będąc na bezrobociu z czego zapłacę za naukę w dobrej szkole?Proszę Pana,bon oświatowy nie załatwi sprawy w oświacie.Z jednej patologi popadniemy w drugą.Gdyby prywatne szkolnictwo załatwiało sprawę,to świat byłby inny.Oczywiście,że obecny stan szkolnictwa jest fatalny.A na prywatne szkoły czekają następni do koryta.Problem jest bardzo złożony.Ale to na nocne Polaków rozmowy i uzgodnienia.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    A skad pan dzisiaj bierze na edukacje? Jesli nie bedzie podatku, nie bedzie problemu z kosztami edukacji. W obecnej sytuacji placimy podwojnie; raz w postaci podatku, ktory jest w 50 proc. marnotrawiony i drugi raz w postaci czesnego. Uklony Jan M Fijor

  3. Abaddon pisze:

    Proszę Pana, jako przeciwnik prywatyzacji szkół niezwykle się cieszę, że tego typu teksty powstają, bo oznaczają one wyłącznie to, że skrajni liberałowie muszą opierać się na oczywistej nieprawdzie, by dowodzić swoich racji. Studia wyższe w USA „niemal w 100% prywatne”? „Południowokoreańskie szkolnictwo coraz bardziej sprywatyzowane”? Bardzo chciałbym zobaczyć źródła tych danych – może Najwyższy Czas?
    Kolejny zdumiewający argument – „Człowiek, z natury swojej, mniej szanuje to, co dostaje za friko od tego, za co musi dobrowolnie zapłacić”. Jak to? Od kiedy szkoły są „za friko”? I od kiedy uczeń „dobrowolnie płaci za swoją szkołę”? A co do braku szacunku – nie słyszał Pan o powiedzeniu, że „klient ma zawsze rację”? W szkołach prywatnych klientami byliby rodzice, a szkoły musiałyby się podporządkować ich najgłupszym zachciankom. To by dopiero była dewaluacja szkoły…
    No i oczywiście nie mogło zabraknąć tezy, że wszystkiemu jest winna szkoła, zaś rodzina (najlepiej taka, w której kobieta siedzi w domu) jest instytucją idealną i bez skazy. Proszę Pana, niech mi Pan powie, z czego biorą się patologiczne zachowania młodzieży? Czyżby z powodu szkolnych budynków, szkolnych ławek, może nauczycieli? A ja uważam, że bierze się to właśnie z winy rodziców, którzy albo nie interesują się swoimi dziećmi, albo (co gorsze) przekazują im wszystkie swoje patologiczne zachowania. Jaka była reakcja rodziców tych 14-letnich bandytów, co upokorzyli Anię w gimnazjum? Jakiś wstyd, potępienie? A skąd, stwierdzili, że „to taka zabawa była” i że „to wina szkoły, nie?” Otóż właśnie nie…
    Pozdrawiam

  4. MN pisze:

    Takie wypowiedzi jak użytkownika Abaddon świadcza o niewiedzi i ignoracji. Szanowny Panie radziłbym sie wisilic i zobaczyc, ze wszelkie bolaczki systemu szkolnictwa to sa bolaczki panstwowych osrodkow, a nie prywatnych. Jakos nie czytam w gazecie czy na necie, ze dziecko zostalo zamordowane/popelnilo samobojstwo itd. w prywatnych szkolach tylko w panstwowych. Poza tym nieznajomosc podstawowych praw ekonomi rowniez jest dostrzegalna u Pana – moze mi Pan powiedziec od kiedy to monopol jest lepszy od konkurencji? Z checia chcialbym poznac zrodla z ktorych Pan korzysta bedac zwolennikiem panstwowej oswiaty.

  5. MN pisze:

    Druga sprawa – przeraza mnie to zasciankowe myslenie… uwazam, ze prakseologicznych praw ekonomii nie trzeba udowadniac empiryczne, aby wykazac ich prawdziwosc, gdyz bazuja na poprawnym dowodzie logicznym – tym samym, aby udowodnic falszywosc danej teorii/ danego prawa trzeba odwolac sie do wskazania bledow logicznych. Dokladnie jest tak samo w przypadku prywatnych szkol. Abbadon zapomina, ze np. kapitalizm nie jest systemem „empirycznym” tylko wlasnie „apriorycznym” – kapitalizm nie towarzyszyl nam od narodzin czlowieka, a zrodzil sie z natury ludzkiej, jego umyslu, a dokladnie wewnetrznie spojnych przemyslen. Smutne jest to, ze tak malo osob zdaje sobie z tego sprawe…

    Do czego zmierzam – „skrajni” liberalowie opieraja sie o najprostsza prawde jaka istnieje…

  6. Jasiu ale nie ten pisze:

    Abaddon sie cos pomieszało. W Stanach jest parę państwowych uniwersytetów jak Air Force Academy czy Naval Academy. Owszem sa uniwerystety stanowe które dostają jakąś tam pomoc od stanu i zostały założone przez stany w XIX wieku — dostały darowiznę ziemi i inwestując w tą ziemie mogły się rozwijać. Tak, uniwersytety dostają granty na badania badawcze i na specyficzne programy edukacyjne, ale są to pieniądze rozdzielana na podstawie konkursu, a nie „dawane”. Oczywiście zdarza się patologia (np. kongresman z danego stanu wywalczy żeby określona instytucja, którą może być np. uniwersytet, dostała jakieś pieniądze. Ale jest to patologia a nie reguła. Granty są z zasady rozdzielane na zasadzie konkursu i do ich otrzymania mają takie same prawa uniwersytety stanowe, katolickie, prywatne, czy jakietam. Ocenia się co proponują, a nie to jaki mają status.

    Co do bonów oświatowych… Jest to jedyna sensowna metoda dania szansy tym co chcą się uczyć (nawet jak, a może właśnie przede wszystkim, dla bezrobotnych, a więc tych co nie mają odpowiedniego wykształcenia by znależć pracę). Ja nie jestem radykalnym liberałem i uważam że dla osób co się chcą uczyc i mają zapał i zdolności powinny się znależć pieniądze aby zapłacić za ich wykształcenie. Ale marnowanie naszych podatków na leni i chuliganów to wyrzucanie ich w błoto. Jak się nie chcą uczyć to niech jadą kopac rowy do Angli albo zamiatać ulice zamiast deprawować tą młodzież co się chce uczyć.

  7. Abaddon pisze:

    2404)

    Uniwersytetów publicznych jest w USA bardzo wiele – ULCA, UC Berkeley, Univ. of Michigan, Univ. of Virginia itd. Wśród Association of American Universities (AAU) jest więcej uczelni publicznych niż prywatnych.

    2402)

    Proszę Pana, niech daruje sobie teksty typu: „jakos nie czytam w gazecie czy na necie, ze dziecko zostalo zamordowane/popelnilo samobojstwo itd. w prywatnych szkolach tylko w panstwowych”. Doskonale Pan wie, że państwowych szkół jest zdecydowanie więcej (kilkanaście razy) niż szkół prywatnych, więc to logiczne, że o patologiach w państwowych szkołach czyta Pan znacznie częściej. Ale przede wszystkim zupełnie lekceważy Pan fakt, że dzieci z prywatnych szkół pochodzą z lepszych środowisk – ich rodzice są zdecydowanie zamożniejsi, lepiej wykształceni, bardziej troszczą się o dzieci. W takich środowiskach do patologii dochodzi bardzo rzadko. Tymczasem badania jednoznacznie wykazują, że patologiczne zachowania dorosłych mają bezpośredni wpływ na problemy wychowawcze ich dzieci – a przecież dziecko menela nie pójdzie do prywatnej szkoły, bo menela na taką szkołę zwyczajnie nie stać.

  8. Jasiu ale nie ten pisze:

    Abaddon pisze:
    Uniwersytetów publicznych jest w USA bardzo wiele – ULCA, UC Berkeley, Univ. of Michigan, Univ. of Virginia itd. Wśród Association of American Universities (AAU) jest więcej uczelni publicznych niż prywatnych.


    Podejrzewam ciagle, że Abaddon przypisuje słowu „uniwersytet publiczny” jakies znaczenie typu: „utrzymywany przez państwo”. Jest to demagogia. Szkoły są z zasady organizacjami, które działają na zasadzie nie-komercyjnej. Tak, zwolnione są od podatków, ale z kolei muszą jako organizacje charytatywne wydawać pieniądze które zarobią zamiast dawać dywidendy akcjonariuszom. Status charytatywny jest głównie wyrazem ich niezaangażowania po stronie tej czy innej partii i uprawnia je do starania się o granty z organizacji charytatywnych czy fundacji państwowych. Uniwersytety stanowe są tak samo publiczne jak uniwersytety katolickie i prywatne (np. Brown Uniwersity). Nie wiem o żadnym uniwerytecie „prywatnym” w Stanach który by miał akcjonariuszy, a więc właścicieli. Stanowe, katolickie, publiczne, prywatne działaja wszystkie na tej samej zasadzie fundacji charytatywnych. Są prywatne szkoły podstawowe i średnie gdzie istotnie, ktoś zarabia na nich pieniądze. Publiczne szkoły podstawowe i średnie są z zasady utrzymywane z lokalnych podatków. O uniwersytetach które mają własciciela po prostu nie wiem. Różnica między nimi polega na tym jak powstały sto czy ile tam lat temu. Jesli zostały powołane przez legislaturę stanową i dostały grant ziemi na początek, to są nazywane uniwersytetami stanowymi (nie ma nazwy: uniwersytet publiczny), a jeśli zostały powołane przez osoby prywatne lub ich zrzeszenie to są to uniwersytety prywatne, a jak przez organizacje religijne (np. Jezuitów) to są to uniwersytety katolickie czy jakie tam, ale różnią sie chyba tylko tym od innych że maja katedry teologii i nazwę.

  9. Jan M. Fijor pisze:

    W Polsce jest za to wiecej szkol prywatnych niz publicznych i co z tego? jmf

  10. Abaddon pisze:

    A co do wad wolnorynkowej konkurencji w edukacji, to są one dosyć oczywiste: permanentnie upadające szkoły, brak jednolitego programu, wysokie wydatki na reklamy, sztuczne podwyższanie ocen (no bo klienta trzeba zadowolić…), no i zupełny brak dostosowania systemu oświaty do potrzeb rynku pracy. Nie mówiąc już o tym, że rodzice będą wpływać na „wartości” przekazywane w szkole, no ale Panom to raczej nie przeszkadza”

    Tyle tylko drogi panie, że dyplom z takiej szkoły, bedzie można na wolnym rynku wsadzić sobie gdzieś.
    Widziałem to już w tysiącu przypadków.
    I nikt przy zdrowych zmysłach a mając na względzie własne dobro nie pójdzie się uczyć za ciężkie pieniądze do takiej szkoły bo w przyszłości walcząc o etat na rynku pracy- przegra.
    No chyba, że zależy mu jedynie na papierku poświadczającym posiadanie wyższego wykształcenia.

  11. Jasiu ale nie ten pisze:

    Abaddon pisze:
    > Uniwersytety publiczne w USA to są uniwersytety stanowe, czyli takie,
    > które są utrzymywane, przynajmniej w znacznym stopniu, ze stanowych
    > podatków.
    Nie wiem co oznacza „w znacznym stopniu”. Na gorszych uniwersytetach
    stanowych jest to ok. 1/3 budzetu a na lepszych znacznie mniej.
    Na szkolnictwo podstawowe i srednie idzie zaleznie od stanu 5 do 10
    razy wiecej niz na uniwersytety stanowe. Naklady na szkoly podstawe
    in srednie rosna po 10% rocznie podczas gdy na Uniwersytety pozostaja
    bez zmian albo spadaja. Pieniadze stanowe dla stanowych uniwersytetow
    NIE SA ZA DARMO. W zamian za to stanowe uniwersytety musza utrzymywac
    nierentowne kierunki („black studies”, „social studies”, „urban
    studies”, itp.) ktore pozeraja lwia czesc tego budzetu produkujac
    niepotrzebnych nikomu absolwentow. Ponadto, w zamian „za pomoc”
    od stanu, uniwersytety stanowe musza utrzymywac swoje czesne na
    niskim poziomie dla kandydatow ze stanu w ktorym sa, sa ograniczone
    w swoich mozliwosciach inwestycji (nie moga miec konfliktu interesu
    ze stanem), w rodzajach kontraktow ktore moga zawierac, maja tony
    dodatkowej biurokracji zwiazanej z tym ze ich pracownicy musza byc
    zatrudniani na tych samych warunkach jak pracownicy stanowi, itp, itd.
    Wiele z nich by BARDZO chcialo sie uwolnic od tej „POMOCY”, ale nie moze
    gdyz ich statuty im na to nie pozwalaja. Nieraz dochodzi do buntu,
    jak np, na Ohio State University, gdzie podwyzszono czesne powyzej tego
    jakie ustalila legislatura stanowa, i byla piekielna awantura, az w koncu
    musieli obnizyc. Wiekszosc prezydentow stanowych uniwersytetow uwaza, ze
    ich wymuszona zaleznosc od stanu w wielu dziedzinach ich dzialalnosci
    przynosi im wiecej szkody niz pozytku. O wiele wiecej by wszyscy skorzystali,
    jakby pieniadze przeznaczone na „POMOC” uniwersytetom stanowym byly
    przeznaczone na pomoc stypendialna dla zdolnych oraz biednych kandydatow
    ktorzy chca sie uczyc i ktorym pozostawiono by prawo wyboru gdzie chca
    studiowac.

    A wiadomo jest ze te zdolne nie chcialby studiowac na uniwersytetach
    stanowych. Wedlug Princeton Review, w pierwszej dwudziestce Uniwersytetow
    ktore sa oceniane jako najlepsze szkoly „undergraduate” NIE MA ANI JEDNEGO
    UNIWERSYTETU STANOWEGO. Nie ma tez zadnego uniwersytetu stanowego
    posrod pierwszej dwudziestki uniwersytetow do ktorych najtrudniej sie dostac.
    To chyba o czyms swiadczy!!!

  12. Abaddon pisze:

    Proszę Pana, nie wiem, do jakiego stopnia stany finansują uczelnie. Ale z pewnością jest to więcej niż 1/3, skoro czesne na przeciętnej stanowej uczelni wynosi 4,200$ (dla miejscowych – dla ludzi spoza stanu jest to dużo wiecej) i jest to prawie 4 razy mniej niż na uczelniach prywatnych. Źródło:
    http://money.cnn.com/2006/08/17/pf/college/college_costs/index.htm?cnn=yes
    A co rankingu Princeton Review – to chyba pomylił go Pan z rankingiem US News & World Report – i oczywiście zapomniał Pan dodać, że na 125 uczelni ok. 50% to uczelnie stanowe. (A swoją drogą, proponuję, by Pan prześledził jakie kryteria były brane w tym rankingu).
    http://www.usnews.com/usnews/edu/college/rankings/brief/t1natudoc_brief.php
    I na koniec jeszcze jeden link dla Pana, może to coś Panu uświadomi:
    http://www.questbridge.org/resources/applying/endowment1.html
    Pozdrawiam

  13. Jan M. Fijor pisze:

    Monopol – bez wzgledu na sektor jakiego dotyczy – jest szkodliwy, a na pewno gorszy niz konkurencja. Jesli uwaza pan inczej, prosze o przyklad. Co do braku jednolitego programu nauczania, co jak widac pana boli, to prosze mi odpowiedziec na pytanie: czy szkola sluzy produkcji zunifikowanych ciercinteligentow, czy ludzi majacych myslec kreatywnie i niezaleznie. Rozwoj polega na przelamywaniu stereortypow, a n ie na klo nowaniu matolkow. Uklony Jan M Fijor

  14. Jasiu ale nie ten pisze:

    > Proszę Pana, nie wiem, do jakiego stopnia stany finansują
    > uczelnie. Ale z pewnością jest to więcej niż 1/3, skoro
    > czesne na przeciętnej stanowej uczelni wynosi 4,200$
    > (dla miejscowych – dla ludzi spoza stanu jest to dużo
    > wiecej) i jest to prawie 4 razy mniej niż na uczelniach
    > prywatnych.

    Pan/Pani popełnia pewien zasadniczy bład w rozumowaniu.
    Dochód najbardziej renomowanych (a więć tych najdroższych)
    uczelni z czesnego jest niewielki. Ich dochód pochodzi
    z inwestycji, wynalazków, a przede wszystkich grantów
    i kontraktów. Na słabym uniwersytecie stanowym,
    1/3 dochodu jest od stanu, 1/3 z czesnego, a 1/3 z innych
    żródeł (darowizny i granty). Na dobrym uniwersytecie
    prywatnym dochód od stanu jest zero, dochód z czesnego
    jest 10-20% a reszta pochodzi z inwestycji (tak: akcji,
    obligacji, posiadania hoteli, fabryk, firm konultingowych
    zarówno w kraju jak i za granicą, itp.), z grantów (dobre
    uczelnie mając lepszych profesorow bo im więcej płaca,
    dostają więcej grantów/kontraktów badawczych), oraz
    z darowizn. Paradoksem jest że na uniwersytetach stanowych
    dobrzy/biedni studenci nie dostają całości stypendium
    szczególnie jak są spoza stanu w którym jest uniwersytet,
    podczas gdy na najlepszych uniwersytetach prywatnych,
    ci co są najlepsi często studiuja całkiem za darmo,
    nie þlacąc nic i mając za darmo wikt i opierunek. Im
    bardziej zależy na renomie („patrz co robią nasi
    absololwenci” — a zdolni i przebojowi zrobią więcej
    niż tumany — choć oczywiscie nie wszyscy) niż na
    mizernych wpływach z czesnego. Oczywiście na uczelnie
    te też dostają się dzieci osób wpływowych i bogatych
    „poza konkursem”, bo wybudują uniwersytetowi nowy
    budynek, albo dadzą „anonimowo” parę milionów. Nie
    jest to znowu takie naganne, bo pieniądze idą na zbożny
    cel kształcenia się tych których na to nie stać.
    Jeśli na California Institute of Technology na 3 studentów
    przypada jeden profesor, średnia klasa wykładowa ma
    10 studentów, a pensje profesorów na tym uniwersytecie
    sa jedne z najwyżśzych w Stanach, to chyba jest oczywiste,
    że CalTech nie utrzymuje się z czesnego.

    Co do Pinceton Review, to jest bardziej prestiżowe od
    US News and World Report i znacznie bardziej dogłebne,
    bo ocenia nie tylko uniwersytet ale kariery absolwentów.
    Trzecia sprawa odnośnie liczby uniwersytetów stanowych.
    Ja nie wiem dlaczego Pan/Pani zapomina, że w Stanach jest
    chyba okolo dwóch tysięcy różnego rodzaju uniwersytetów i
    collegów z których pewno ponad tysiąc jest akredytowane i
    nadaje tytuł bakałarza, a więc stopień uniwersytecki.
    US News and World Report wymienia tylko te największe
    czy najbardziej znane. Są to z zasady SZKOŁY PRYWATNE
    lub katolickie czy metodystów.
    http://www.utexas.edu/world/univ/alpha/
    http://www.utexas.edu/world/univ/state/
    Tylko niewielka ich liczba to uniwersytety stanowe:
    Dla przykładu Ohio:
    http://www.regents.state.oh.us/visit_campuses.htm
    Na ponad 60 uniwersytetów w tym stanie:
    http://www.regents.state.oh.us/campuslistings/independent.h\tml
    uniwersytetami stanowymi jest tylko 15.
    http://www.regents.state.oh.us/campuslistings/4yr.html
    Najlepsze uniwersytety w Ohio nie są to uniwersytety
    stanowe.

    > zapomniał Pan dodać, że na 125 uczelni ok. 50%

    To nie jest prawde. Uczelni jest ok. dwóch tysięcy.
    Ale już skoro jesteśmy przy rankingach to US Word Report
    w pierwszej dwudziestce też nie wymienia ŻADNEGO
    uniwersytetu stanowego.
    Uniwersity of Pennsylvanie jest uniwersytetem PRYWATNYM.
    Link:
    http://www.questbridge.org/resources/applying/endowment1.ht\ml
    niczego nowego mi nie uswiadomił. Zasoby uniwersytetów
    prywatnych są z zasady znacznie większe o czym mówiłém
    powyżej. Pierwszy uniwersytet stanowy na tej liście jest
    na 35-tym miejscu. Czesne na Princeton U, który prowadzi
    pod względem zasobów na studenta jest poniżej 50tyś.
    dolarów, a więc nieporównanie niższe niż 1.5 miliona
    w endowmencie, a więc ten endowment odpowiednio
    zainwestowany może swobodnie opłacić czesne studenta.

  15. Jasiu ale nie ten pisze:

    Abaddon pisze:
    > Doskonale Pan wie, że państwowych szkół jest zdecydowanie więcej
    > (kilkanaście razy) niż szkół prywatnych, więc to logiczne, że
    > o patologiach w państwowych szkołach czyta Pan znacznie częściej.
    > Ale przede wszystkim zupełnie lekceważy Pan fakt, że dzieci
    > z prywatnych szkół pochodzą z lepszych środowisk – ich rodzice
    > są zdecydowanie zamożniejsi, lepiej wykształceni, bardziej
    > troszczą się o dzieci.

    Ze statystyką się zgadzam — jeśli założyć ze patologia się
    równo rozkłada, Nie zgadzam się jednak z tym że to u biednych
    ludzi jest więcej patologii, i że oni mniej dbają o dzieci.
    Głośne wypadki Columbine i podobne w Stanach, czy przykłady
    zezwierzęcenia ludzkiego widziane w Gdańsku to działania
    dzieci z domów tzw. zamożnych. W dobrych szkołach prywatnych
    rzadziej dochodzi do patologii bo tam jej nie tolerują. Znacznie
    więcej się zwraca uwagi na zachowanie i bezpieczeństwo uczniów
    a chołote/zboczeńców się po prostu wyrzuca na zbity pysk. Lepiej
    stracić jednego parszywego ucznia niż wszystkich porządnych
    i splajtować. Podstawowa reguła biznesu. Natomiast w szkołach
    regulowanych prawami o specjalnej ochronie morderców kosztem
    ofiar (tzw. prawa przeciwko „dyskryminacji” i o „dawaniu równej
    szansy”), które szkoły państwowe obowiązuja co do litery, aspekt
    zaspokojenia życzeń klienta nie istnieje. Albo inaczej, klient
    istnieje, ale nie są to uczniowie czy rodzice, ale politycy co
    dają pieniądze.

  16. Abaddon pisze:

    „Monopol – bez wzgledu na sektor jakiego dotyczy – jest szkodliwy, a na pewno gorszy niz konkurencja.”

    Chyba Pan się zgodzi, że celem szkoły jest przekazywanie wiedzy? A wiedzą nie można konkurować – można ją tylko przekazywać w lepszy lub gorszy sposób. I to jest najważniejsza kwestia – by nauczycielami zostawali ambitni, zdolni ludzie, i żeby przekazywali dzieciom wiedzę jak najlepiej potrafią. Efekty tej nauki muszą być sprawdzane, aby ocenić jak nauczyciel wywiązuje się z obowiązku.

    „Jesli uwaza pan inczej, prosze o przyklad.”

    Wadą wolnorynkowej konkurencji w oświacie jest chociażby fakt, że wiele szkół będzie upadać – a to oznacza, że edukacja znajdujących się w nich dzieci będzie przerywana. A jest to duży problem, bo inne szkoły mogą takich dzieci nie chcieć przyjąć, lub mogą się okazać za drogie, zbyt daleko itd. A nawet jeśli przyjmą – to może się okazać, że program w nowej szkole jest zupełnie inny i powstanie problem z nauczaniem. Wyobraża Pan sobie, co by się stało, gdyby szkoła upadła np. pół roku przed maturą?

    „Co do braku jednolitego programu nauczania, co jak widac pana boli, to prosze mi odpowiedziec na pytanie: czy szkola sluzy produkcji zunifikowanych ciercinteligentow, czy ludzi majacych myslec kreatywnie i niezaleznie.”

    Oczywiście to drugie – ale to kwestia programu, a nie tego, czy szkoła jest prywatna czy państwowa. Pisząc o jednolitym programie miałem na myśli podstawową wiedzę, nauczanie podstawowych faktów. Jeśli nauczyciel znajdzie czas na pewne urozmaicenia – proszą bardzo.
    Pozdrawiam

  17. Abaddon pisze:

    Ma Pan rację, że w szkołach prywatnych skrajnie patologiczne zachowania są nietolerowane. Wystarczy jednak, że się ograniczy obowiązek nauczania i w państwowych również się poprawi.
    Nie ma Pan jednak racji twierdząc, że u biednych patologii jest tyle, co u bogatych. Ludzie biedni mieszkają w gorszych dzielnicach, są zazwyczaj gorzej wykształceni, mają niższy poziom kultury osobistej, częściej mają problem z alkoholem itd. To jak najbardziej wpływa na rozwój ich dzieci.

  18. Jasiu ale nie ten pisze:

    Użytkownik Abaddon powiedział/a:
    > Nie ma Pan jednak racji twierdząc, że u biednych patologii jest
    > tyle, co u bogatych. Ludzie biedni mieszkają w gorszych dzielnicach,
    > są zazwyczaj gorzej wykształceni, mają niższy poziom kultury
    > osobistej, częściej mają problem z alkoholem itd. To jak najbardziej
    > wpływa na rozwój ich dzieci.
    Tutaj podpiszemy protokół rozbieżności gdyż należało by zdefiniować
    co to jest patologia. Jeśli chodzi o tzw. „wyrzutków społecznych”,
    ludzi którzy nigdy nie pracowali bo nie mogli, np. ze względu na
    swoją zależnosc chemiczną czy chorobę psychiczną, to oczywiście
    ich dzieci mają dużą szansę podążyć ich śladem. Może by było lepiej
    jakby takim ludziom się zakładało jakieś zapbezpieczenia przed
    płodzeniem (za kastracją nie jestem z przyczyn filozoficznych,
    ale obiektywnie byłaby ona pewnie dla społeczeństwa korzystna
    w takich wypadkach). Jednakże u biednych, ciężko pracujących
    ludzi jest często motywacja: „chcę żeby moim dzieciom było lepiej”
    oraz prosta interpretacja podstawowych przykazań. „Nie kradnij”
    znaczny „Nie kradnij” podczas u intelektualistów, w tym tych
    bogatszych, oznacza to niestety często: „Albo nie kradnij, albo
    się nie daj złapać”. Sporo u nich relatywizmu moralnego, który
    jeśli nie jest przed dziatwą skutecznie ukrywany, powoduje
    demoralizację dzieci od zarania. Dlatego w domach naprawdę
    arystrokratycznych (takich prawdziwych bogatych, a nie
    nowobogackich) większą karę dostaje się za obrazę sprzątaczki
    niż za obrazę ojca czy matki. I o tym właśnie mówię…

  19. Abaddon pisze:

    „Tutaj podpiszemy protokół rozbieżności gdyż należało by zdefiniować
    co to jest patologia.”

    Przede wszystkim chodzi o przemoc domową, alkoholizm, działalność przestępczą. Wśród niższych warstw społecznych to zjawiska częściej spotykane. Zresztą, skrajne ubóstwo też prowadzi do patologii…

    „Jednakże u biednych, ciężko pracujących
    ludzi jest często motywacja: „chcę żeby moim dzieciom było lepiej”
    oraz prosta interpretacja podstawowych przykazań.”

    Owszem, są i tacy. Ale przecież szkoły publiczne przyjmują wszystkich – to, czy rodzice są przyzwoici czy nie nie ma znaczenia. No i nie zapominaj, że ludzie ciężko pracujący często nie mają czasu by zająć się wychowaniem.

  20. Sławomir Staszak pisze:

    Przymus szkolny jest prznajmniej tak absurdalny jak przymus pracy. Kto z komentujących jest za przymusem pracy?

  21. Pancerna Konserwa pisze:

    Cóż, jak widać wielu ludzi nie chce wolności. Nie rozumieją,że tylko oni sami najlepiej zaopiekują się swoimi pieniędzmi.Liczą na darmowy obiad, ale ten „darmowy” obiad zawsze kosztuje drożej niż w super renomowanej restauracji. A wracając do edukacji to znam budujący przykład; w małej wsi dwie kobiety nie pogodziły się z likwidacją szkoły i koniecznością dowozu dzieci do odległej o kilkanaście kilometrów większej szkoły.Założyły stowarzyszenie rozwoju wsi.Podpadły wszystkim lokalnym „możnym” łącznie z plebanem, ale szkołę obroniły. Stowarzyszenie prowadzi szkołę niepubliczną w jednej klasie zajęcia ma np. 2 dzieci z 3 klasy ,2 z 2 klasy i 1 z 1 . Nauczyciel ma wiele czasu dla każdego z dzieci…I jakoś nie wyobrażam sobie tam patologii.

  22. Nataniel pisze:

    Ja bym tam nigdy nie wypisywal przyczyn Zlego Polskiego Szkolnictwa, gdybym byl urzednikiem w PRl-owskch wysokich urzedach, a zwlaszcze zagrudnion w ministerstwach. Bo co moze taki skorumpowany urzednik, taki zdemoralizowany, moze i na sile przez system, miec do powiedzenia o eduakcji polskich dzieci, czy o edukacji polskiej mlodziezy, bo skad przyklady????. Wcale nie ganie, ale ostrzegam przed pseudoautorytetami.

  23. Jan M. Fijor pisze:

    A kto niby byl urzednikiem ministerialnym w prl? Ja? pozdrawiam Jan M Fijor

  24. ewa urbanowicz pisze:

    Racja !!! Bravo.Kto to jednak zrozumie.?Bardzo trudno wytlumaczyc ten punkt widzenia znajomym np.doktorom(Phd) pracujacym na wyzszych uczelniach w Poznaniu ,bo z nimi czesto prowadze dyskusje.Jak kula w plot.Zniewolone lby.

  25. Nataniel pisze:

    Doktoranci to nie tylko zniewolone lby, ale jednoczesnie osoby pozbawione logicznego myslenia, czyli pospolitego rozsadku. I nie bedu juz tutaj udowadnial tego, bo konsekwencje, tj. wdrazanie ich sojalistycznych praktycznosci, mialy historyczne konsekwencje. Czy historia musi sie powtaaaarzac?

  26. Nataniel pisze:

    Najsmutniejsze, ze te doktoranckie Woly, nie majace nic konkretnego do powiedzenia, zostaly wyksztalcone za pieniadze rodzicow, a raczej za pieniadze odbierane nam podatkami.

  27. Jasiu ale nie ten pisze:

    Nataniel ma całkowita rację. Ja bym tych wszystkich doktrów i naukawców kazał na stosach palić ku przestrodze dzieci — niech się uczą obracać hamburgery zamiast jakichś głupich całek czy fizjologii żaby.

  28. piotr w pisze:

    witam nie chcialbym pisac o rzeczach oczywistych.mozna sie spierac czy pomysly ministra edukacji sa dobre czy zle.nie ma jadnak lepszych rozwiązan jak:
    1.prywatyzacja szkolnictwa,jego calkowite urynkowienie ktore sprawi ze szkoly zaczna ze sobą konkurowac o ucznia podnoszac jakosc i obnizając ceny.
    2.zniesienie socjalistycznego i barbazynskiego przymusu szkolnego wychodzącego z blędnego zalozenia ze mozna kogokolwiek zmusic do myslenia.
    3.likwidacja MENU i kuratoriów i wzystkich cieplych panstwowych stołkow a to czego mają się uczyc dzieci należy zostawic rodzicom i opiekunom, ktorzy wiedzą lepiej niz ministerstwo.
    4. wprowadzic dys-edukację podzial na szkoly męskie i zenskie, uczen na lekcji ma myslec o nauce a nie o plci przeciwnej.
    5.przepędzić calą panstwową biurokrację
    wszystie panie dzierzgowskie panie radziwill panow broniarzów a znp moze stac sie tylko stowarzyszeniem
    6.zlikwidowanie wszelkich kart nauczyciela wszelkich cenzusów o przydatnosci nauczyciela do zawodu moze decydowac tylko dyrektor ktory takiego nauczyciela ztrudnia.czas odrzucic socjalistyczne myslenie ze szkoly są po to by nauczyciele mieli pracę. Szkoly muszą byc dla uczniow a nie dla nauczycieli.
    7.wprowadzic mozliwosc edukacji domowej przynajmniej na poziomie szkoly podstawowej.Zdobywanie wiedz nie moze byc regulowane przez panstwo.
    8.wprowadzić odpłatność za naukę a rynek sam się wyreguluje lepsze szkoly będą drozsze a gorsze tansze.i tak musi być bo nie moze być tak ze nauka wszedzie kosztuje tyle samo.nauka języka arabskiego musi kosztowac więcej jak nauka angielskiego tak samo jak nauka stochastyki wiecej kosztuje jak tabliczki mnozenia w zakresie 100.bo małże zawsze będą drozsze jak płotki.
    9.wprowadzic bon oswiatowy. obowiązkiem panstwa jest pozyczenie pieniedzy na naukę dla czlowieka ktory chce się uczyc a na nia go nie stac.
    10.zniesc wszelkie dofinansowanie panstwowe do ksiązek.w gospodarce rynkowej jak cos jest za drogie to wylatuje z rynku (wszyscy powtarzaja ze ksiazki sa za drogie)
    spelniaja te wszystkie warunki tylko wtedy będziemy zblizac sie do idealu.
    do szkol będą chodzic tylko ci ktorzy chcą sie uczyc a dyrektor za zle zachowanie bedzie mial prawo wywalic takiego lobuza na zbita buzię.
    w ten sposob ponownie przywruci się elitaryzm szkolnictwu nauka bedzie porządana a nie obowiązkowa i stanie się wartosćia.Będą istniec szkoly ktore wpajac będą wartosci katolickie z krzyzem nad tablicą często przyklasztorne, parafialne oraz szkoly o poglądach lewicowych troszczace sie oprawa czlowieka równośc brak agresji propagujące związki partnerskie gloszące ze wielkim polskim patriotą był Czesław kiszczak.w jednych bedzie sie uczyc ile nog ma lancetnik a w drugich jak zalozyc wlasną firmę i jak nie dac się oszukac politykom. rodzice znając program tych szkol bedą decydowac do ktorych szkol posylac swoje dzieci. to rodzice zadecydują ktore szkoly zostana na rynku a ktore z niego wylecą.Jako nauczyciel czekam na taki model szkolnictwa i nie boję sie wolnego rynku bo jestem dobrym nauczycielem i w szkolnictwie pracą znajdę a o moich kolegow nauczycieli sie nie martwie nie sami martwią sie o siebie.Juz czas najwyzszy po 100 latach przepędzic knajactwo ze szkół raz na zawsze jak nie chca się uczyc i krzywdzą innych to niechaj idą kopac doly czy dzwigac worki, w pracy predzej naucza sie odpowiedzialnosci niz w szkole.

  29. Jan M. Fijor pisze:

    Stosujac panski dekalog unikniemy wiekszosci problem z knajactwem i agresja. Pozdrawiam Jan M Fijor

  30. Jan M Fijor pisze:

    Boli pana ten niejednolity plan nauczania. z klórego, w sposób niepostrzeżony mógłby się wydostać jakiś nietypowy przypadek – Einstein czy Stravinsky, a w panstwowych szkołch mamy pewność, że będzie wszystko pod linjkę, sztancę czy inny wzorzec socjalizmu.
    W USA wszystkie szkoły są publiczne, co nie znaczy, że są one państwowe. A rodzice, wbrew temu co pan sądzi, nie są durniami, które bedą płacić za edukację dzieci, domagając się, aby była ona zła, niesprawna i podatna na widzimisię byle kogo. Szkoła nie jest dla nauczycieli i edukatorów, lecz dla studiujących. Najlepszym kontrolerem jej jakoąści jest rywal-koniurent, czyli rynek, a nie urzędnik przygłup, który nie wie jak sobie trafić do nosa i dlatego liczy tylko na peną pensyjkę z kuratorium oświaty, za którą da się zarżąnąć.

    Ukłony .

  31. Jula Novak pisze:

    Witam! Przymus nigdy nie przyniesie dobrych rezultatów.
    Może kogoś zainteresuję oferta dla nauczyciela pracy języka arabskiego w Gdańsku http://preply.com/pl/gdansk/oferty-pracy-dla-nauczycieli-języka-arabskiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *