Krwiopijca czy ignorant cz. 2

chat-dymki
9

Dlaczego przykład Jima Goodnighta, właścicieli i prezesa firmy software’owej SAS, który dla własnej korzyści dba o swoją załogę, jest tak rzadko kopiowany? Czy w innych firmach dobrowolne świadczenie pracownicze, lepsze od przyzwoitego traktowanie pracowników nie przyniosłyby firmie korzyści finansowych?

Tak, ale…

Oczywiście, żeby przyniosły. I przynoszą w IBM, Walmart, Intel, w Metlife, GM i setkach innych firm, których właściciele i/lub kierownictwo stosują system dobrowolnych, a więc nie wymuszanych prawem czy umową zbiorową, premii, dzięki którym, chociażby, zatrzymują wartościowych pracowników. IBM funduje swoim pracownikom bezpłatnie i dobrowolnie ubezpieczenie zdrowotne, a także ubezpieczenia na wypadek niezdolności do pracy; Metlife dofinansowuje fundusze emerytalne swoich pracowników; Wal-mart, nie dość, że funduje załodze dobre ubezpieczenie zdrowotne, to na dodatek płaci pensje wyższe niż wymagają tego układy zbiorowe zawierane przez związki zawodowe z konkurencją; Wal-mart, jak wiadomo, nie toleruje działalności związkowej na swym terenie.
Jednakże w większości mniejszych firm panuje przekonanie, że na taką „inwestycję w ludzi” stać jest jedynie potentatów. W przekonaniu tym utwierdza je administracja, intelektualiści i media, dla których dobry kapitalista, to kapitalista martwy. Nie mieści im się w głowie, że bez przymusu, bez ustawy i regulacji urzędników, właściciel – ot, sam od siebie – jest w stanie zrobić dla swoich pracowników coś ekstra i to coś dobrego. Rozumowanie takie pokutuje zwłaszcza w Polsce, gdzie doświadczenie kapitalizmu jest krótkie, a rynek pracy skażony ustawodawstwem opiekuńczym, które w poprzednim systemie miało rzekomo chronić człowieka pracy przed wyzyskiem ze strony pracodawcy. O ile jednak w warunkach gospodarki państwowej, kierownik, przełożony – bez względu na szczebel – nie miał żadnego interesu w tym, aby dobrze traktować swego podwładnego, o tyle w kapitalizmie taki związek istnieje i jest zasadniczy. W socjalizmie praca ludzka stanowiła własność wspólną, czyli niczyją i tak była traktowana, w kapitalizmie jest ona własnością kapitalisty, który swoją własność traktuje z dbałością, gdyż w przeciwnym razie poniesie stratę.
Niestety, większość polskich pracodawców i menadżerów to ludzie, którzy swoją wiedzę n.t. sposobu postępowania z ludźmi uczyli się w czasach, gdy człowiek był w pełnej pogardzie. Przejście do kapitalizmu odbyło się tak gwałtowne, że nie mieli czasu, aby swoje stare przyzwyczajenia zmienić.

Kapitał ludzki

Czynnikiem, który ten stan rzeczy utrwalił jest silny interwencjonizm, czyli obecność państwa w gospodarce, czy to poprzez ustawodawstwo nakazujące lub zabraniające, czy poprzez utrzymywanie dużego sektora własności państwowej. Socjalizm, a zwłaszcza cała jego nadbudowa psychologiczna w postaci zawiści, zazdrości, nepotyzmu, układów, kumoterstwa i korupcji nauczył ludzi respektu dla państwa, które – co tu ukrywać – pozwala te wszystkie nędzne zachowania, dla własnej korzyści polityków i urzędników, utrwalać.
Mimo ewidentnych zmian na lepsze, a przede wszystkim uznaniu kapitalizmu za system gospodarczy najlepszy z możliwych, jest on wciąż krytykowany, a kapitaliści traktowani co najmniej podejrzliwie. Nawet o właścicielu Malma, firmy produkującej makarony, który płacił swoim pracownikom za edukację, z maturą włącznie i fundował leki z własnej kieszeni, gdy byli chorzy, prasa i to tylko lokalna w Malborku, pisała bardziej w tonie zagadki, niż podziwu. Nie trudno zrozumieć, dlaczego w takiej atmosferze większość polskich pracodawców ma niewiele zachęty dla lepszego traktowania swego personelu.
O ile jednak złe traktowanie zrozumieć można jeszcze w firmach państwowych, gdzie nikt nie ma interesu w tym, żeby o personel dbać, o tyle postępowanie takie w firmach prywatnych świadczy nie tylko o arogancji, ale przede wszystkim o ignorancji. Tłumaczenie takiego marnotrawstwa nadmiarem siły roboczej (duża podaż przy stałym popycie obniża cenę) to zwykła głupota. Nawet niewolnik w Stanach Zjednoczonych XVIII wieku traktowany był jako kapitał ludzki, skutkiem czego troszczono się o niego, jak dziś troszczy się o maszynę, halę fabryczną czy komputer. Niewolnicy posiadający dodatkowe umiejętności, jak gra na skrzypcach, dojenie bydła czy ciesielka, byli warci więcej niż ci, którzy tych umiejętności nie posiadali. Do pewnych, ryzykownych prac, gdzie niewolnik mógł straci zdrowie czy życie, wykorzystywano robotników…wolnych, najemnych. Powód? Uszczerbek na zdrowiu niewolnika, czy co gorsza utrata jego życia, oznaczały dla właściciela stratę materialną. Swego rodzaju nagrodą za dobre traktowanie niewolników w Stanach Zjednoczonych było dobrowolne rozrastanie się ich populacji. Niewolnicy pobierali się z niewolnicami, z tych związków rodziły się dzieci, które stanowiły dla właściciela niewolników dodatkowy kapitał, za który nie musieli płacić. W Brazylii, gdzie niewolników traktowano źle, wzrost ich populacji wywołany był niemal wyłącznie napływem nowych fal porwanych w niewolę Afrykańczyków. Thomas Sowell w „Ekonomii stosowanej” pisze, że chociaż populacja niewolników była w Stanach Zjednoczonych największa, ich import do Brazylii czy na wyspy karaibskie był sześciokrotnie wyższy niż do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie, zresztą, Amerykanie stali się pod względem zapotrzebowania na niewolniczą siłę roboczą stali się samowystarczalni.

Niewolnik jest drogi

Inna sprawa, że do zniesienia niewolnictwa doszło również z powodów ekonomicznych. Z czasem wyliczono, że praca niewolnicza jest znacznie mniej opłacalna niż praca najemna. Mimo iż za tę ostatnia trzeba było płacić, jej właściciel nie ponosił takich kosztów, jak: zakup niewolnika, utrzymanie go, zapewnienie mu dachu nad głową, czy leczenia we przypadku choroby. Większy zakres wolności zatrudnionych wpłynął także na wyższą wydajność pracy. Ludzie chętniej pracują, gdy mogą zatrzymać owoce swej pracy dla siebie, a także wtedy, gdy są należycie traktowani, gdy mają szansę na awans i rozwój.
Jeśli kogoś nie przekonują argumenty ludzkie, moralne, czy religijne, niechże zrozumie, że należyte traktowanie podległego mu personelu (kapitału ludzkiego), nawet w warunkach pracy niewolniczej, kiedy podwładny jest własnością pracodawcy, jest opłacalne ekonomicznie! Tym bardziej, że panujące w Polsce przekonanie o nadmiarze siły roboczej, leżące u podłoża złego traktowania pracowników, jest raczej iluzją. W Polsce mamy do czynienia z wysokim bezrobociem i brakiem ludzi do pracy. Przekonujemy się o tym na każdym kroku, poszukując chętnych do pracy w sklepie, piekarni, hydraulików czy innych przedstawicieli zawodów, od których przy piętnastoprocentowym bezrobociu powinno się roić.

Chore prawo pracy

A może jesteśmy wyjątkiem i dobre traktowanie personelu jest u nas mimo wszystko nieopłacalne? A może opłacalne jest złe traktowanie? W pewnym sensie tak. Przyczyną tego stanu rzeczy jest prawo pracy n.b. hobby pana prezydenta Kaczyńskiego. Prawo pracy mnie tylko zmusza pracodawcę do działań przynoszących mu straty, ono także legalizuje niektóre szkodliwe (czasem nawet złośliwe) zachowania pracowników. Jest to forma umowy zbiorowej, zawartej między państwem, reprezentującym (raczej) stronę pracowników, a pracodawcą, przed którym państwo chroni tych pierwszych, ograniczająca obu stronom swobodę zawierania kontraktów, zagwarantowaną przez konstytucję RP.

Przykład I: gdyby nawet pracownik godził się (w zamian za inną korzyść) na rezygnację z urlopu, emerytury czy innych świadczeń socjalnych, prawo zabrania pracodawcy na taką ugodę pod karą więzienia czy grzywny. Z drugiej strony, państwo udziela pracownikowi uprawnień, które są w jawnej sprzeczności z interesem pracodawcy, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności.

Przykład II: pracownikowi przysługuje urlop o długości ustawowej, bez względu na to, jak długo w danej firmie pracuje. O ile w USA czy Korei Pd. pracownik nabiera prawa do urlopu na podstawie długości stażu w firmie, które mu tego urlopu udziela, o tyle w Polsce długość stażu liczona jest bez względu na to, gdzie pracownik pracował do tej pory. Zdarza się więc tak, że pracodawca ma obowiązek udzielenia urlopu miesięcznego pracownikowi, który przepracował u niego jeden miesiąc, a po urlopie przenosi się do kolejnego miejsca pracy. Taki przepis godzi w pracodawców, ale i w pracowników, którzy pozbawiają się atutu, jakim jest dłuższy staż pracy i reputacja pracownicza.

Takich przepisów godzących w pracodawcę, w tym samym konfliktujących pracodawcę i pracownika, odbierając obu stronom przywilej osiągania „przewagi konkurencyjnej”, jest w polskim prawie pracy więcej. Nie przesadzę jeśli stwierdzę, że ustawodawstwo regulujące warunki pracy traktuje pracobiorcę jako półgłówka, który bez pomocy państwa nie wiedziałby jakie warunki zatrudnienia są dla niego korzystne, a jakie nie. Jednocześnie traktuje ono pracodawcę jako bezwzględnego wyzyskiwacza, który za wszelką cenę usiłuje tego pierwszego oszukać, wyzyskać, zniszczyć. Takie traktowanie pracodawców ze strony państwa nie sprzyja właściwej ich relacji z pracownikami, tym bardziej, że większa troska o tych ostatnich, wskutek ingerencji państwa, nie przekłada się na ich wyższe korzyści ekonomiczne.

Jan M. Fijor
„” 2006-12-17

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Elala pisze:

    Bardzo mądry wywód i powinno zapoznać się z nim wielu włascicieli, dyrektorów i „nowoczesnych” góru zarządzania zasobami ludzkimi w firmie. Myli się Pan jednak w przykładach- II – pracownik ma prawo do okeślonej liczby dni urlopu rzeczywiście wg. swojego stażu pracy ale przysługuje mu w nowej firmie 1/12 za przepracowany miesiąc z możliwością wykorzystania dopiero po pół roku, chyba.że przechodzi do drugiego pracodawcy bez wykorzystania urlopu u poprzedniego ale ten nowy zatrudniający musi o tym wiedzieć i zgodzić się na to.

  2. Jerzy pisze:

    słuszne spostrzeżenia ale czy ktoś ma sposób na zmianę mentalności ludzi?Czy ktoś ma sposób na przerosty administracyjne? 2mln młodych, wykształconych uzanało,że nie ma sposobu na w/w bolączkii nie ma szans w przewidywalnym okresie czasu na ich zmianę

  3. Max pisze:

    Jak zwykle dobry text, szczególnie lubię czytać o Pana podróżach-przygodach w Am. Pd. Tylko proszę niech Pan nie pisze wiecej o budowach domów w Polsce, szczególnie o budowie p. Wassermana. Ci polscy partacze, którzy pracują w tych firmach nie są warci jednego dobrego słowa. Ci absolwenci tych zawodówek nie znając prawa Ohma, czy Kirchoffa zostaja elektrykami(Wałęsa). Kładą kable w pobliżu wanien, natrysków, potem to otynkują i nie widac. Tak jest w całej Polsce.
    Serdeczne pozdrowienia z Bydgoszczy Max

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Chce spisac swoje poludniowoamerykanskie wojaze. Mysli pan, ze to kogos zainteresuje? Uklony jan M Fijor

  5. Nataniel pisze:

    Podsluchane na polskim blogu:
    Edward Lucas jest chyba jednym z najlepszych znawców naszej części Europy pracujących dla zachodniej prasy. W temacie siedzi już z 30 lat, zna polski, litewski, rosyjski i kilka innych języków. Mówić więc o nim, że jest niekompetentny to po prostu bzdura. Polecam lekturę całego tekstu i jego bloga. To świetny znawca tematu. Widać boli was, że tak wygląda nasz kraj widziany oczami wybitnego dziennikarza. Cóż, to nie jego wina, że jest jak jest.

  6. JC pisze:

    Już starożytni Rzymianie zauważyli, że z niewolnika nie ma pracownika. Co do braku rąk do pracy to nie jest niestety prawda. Ja kieruję grupą kilkunastu osób, którzy zadowoleni są z zarobków 1200pln, bo w regionie panuje nędza i ludzie są zadowoleni, że w ogóle mają pracę. Zanim to sie zmieni to obawiam się, że minie ładnych parę lat, a nie wszyscy mogą wyjechać na wyspy.

  7. kobza pisze:

    idealnie, w swiecie wolnorynkowym, kierownik traktuje z szacunkiem podwladnego itd., z tym, że obecnie w korporacjach, kierownik także nie ma interesu w tym, aby podwladnego traktowac lepiej, doceniac, nagradzac, a juz bron boze awansować. moze w małych firmach, ew w wiekszych, docenia sie kapitał ludzki, ale w wielkich molochach to juz sa układy – no nie powie mi Pan ze jest inaczej. Ci ludzi nie pracuja na wlasny dobrobyt, tzn tak, ale oni tak tego nie dobierają – to sa pracownicy najemni, skupieni na wlasnym interesie.

    Jeszce jedno, poziom obslugi klienta w korporacjach to zenada i nie chodzi o to, ze ktos sie do mnie usmiechnie (nie dbam o to, kiedy ide do sklepu, banku, robie reklamacje, skupiona jestem na swojej sprawie, a nie na tym jak mnie sprzedawca przywita i czy to moje ego podniesie, czy on mnie doceni jako osobe) ale chodzi o rzeczowe zalatwienie sprawy np reklamacja – prosze dodzwonic sie na inforlinii jakowjkolwiek korporacji to gwarantuje, ze straci pan minimum 30 minut.. kazdy ma klienta w glebokim powazaniu, a juz napewno jego czas – pracownik korporacji robi swoje i tyle, robi najczesciej minimum programowe.
    Pozdrawiam

  8. kobza pisze:

    A i jeszcze chce dodac, ze swoje doswiadcznie w tej sprawie zebralam z wielu krajow na zachodzie – nie tylko z polski. w stanach powaznie jest duza zyczliwosc, bylam tam dwa razy przez zdluzszy czas, ale np w innych krajach, niemcy, francja, kanada, szkocja, ludzie sa uprzejmi ale bez szalenstw. Pana -powiem nieładnie – Stany troche „skrzywiły” w tym usługowym glaskaniu klineta – poza Stanami nie ma takiego szalenstwa – wiec po Polsce tym bardziej prosze sie go nie spodziewac.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *