Dlaczego Latynosom się nie udaje?

chat-dymki
7

Mario Vargas Llosa Kiedy w 1958 roku odwiedziłem Hiszpanię, mówiło się na ulicach i w salonach, że „Hiszpania nie jest gotowa do demokracji. Że po odejściu Franco, kraj utonie w chaosie, a kto wie, może nawet pogrąży się w wojnie domowej”. Tak się, rzecz jasna, nie stało. Po upadku dyktatury, mieliśmy do czynienia z godnym podziwu, można wręcz powiedzieć, przykładnym przejściem do demokracji, która odtąd odnosi tam sukcesy. Między siłami politycznymi panowała zgoda, która dawała hiszpańskiej demokracji stabilność, zapobiegając tym samym przed buntami czy próbami zamachu stanu. Nie można zaprzeczyć, że przykład Hiszpanii należy do najszczęśliwszych precedensów transformacji politycznej naszych czasów, co głównie zawdzięczać można temu, iż znakomita większość Hiszpanów, reprezentujących skrajnie różne przekonania polityczne, potrafiła działać tak, aby ustanowić obywatelskie porozumienie, na gruncie którego mogły się rozwijać zarówno naród, jak i jego instytucje.

Dlaczego takiego manewru nie można powtórzyć w Ameryce Łacińskiej? Dlaczego, niemal każda nasza próba modernizacji kończy się fiaskiem?
Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że w Ameryce Łacińskiej rozwój cywilizacji nie odbywa się równocześnie w sferze gospodarczej, politycznej, kulturalnej, a także, moralnej i etycznej. W Ameryce Łacińskiej, znakomita większość społeczeństwa nie wierzy w instytucje państwa i to jest jeden z powodów, dla których instytucje te zawodzą.
W krajach, w których ludzie stracili wiarę w instytucje, gdzie instytucje publiczne, zamiast cieszyć się opinią gwaranta bezpieczeństwa i sprawiedliwości, traktowane są z podejrzliwością, instytucje te nie są w stanie prosperować. Jak chodzi o ścisłość, jest dokładnie odwrotnie – one podupadają.
Proszę mi pozwolić na osobistą anegdotę.
Po okresie mego dłuższego pobytu w Anglii uświadomiłem sobie coś wręcz kuriozalnego. Pewnego dnia doszło do mnie, że na widok policjanta przestałem odczuwać lęk, który mi dotąd w takich sytuacjach towarzyszył. Ilekroć w Peru dostrzegłem obecność policjanta, czułem się nie swojo. Obecność policjanta kojarzyła mi się z potencjalnym zagrożeniem mego bezpieczeństwa. Angielski policjant nigdy nie wyzwalał we mnie takiej podejrzliwości, nerwowości czy niepokoju. Być może działo się tak, ponieważ brytyjscy policjanci nie są uzbrojeni, a może dlatego, że czułem, iż brytyjski policjant– w przeciwieństwie do policjanta peruwiańskiego – wykonuje służbę publiczną. Nigdy też nie nadużywa tej niewielkiej władzy, jaką nadaje mu mundur, pałka czy nawet broń.
W Peru, jak również w wielu innych krajach Ameryki Łacińskiej, obywatel który znalazł się w zasięgu wzroku jakiegoś policjanta ma powody do niepokoju, zakłopotania czy nawet strachu. Wie bowiem dobrze, że ten funkcjonariusz w mundurze nie stanie w obronie jego bezpieczeństwa, lecz przeciwnie, może mu wyrządzić krzywdę. Odnosi się to zarówno do policji, jak i pozostałych instytucji. W takich warunkach instytucje funkcjonować nie mogą. Brak im bowiem wsparcia tego, co jest fundamentem każdej demokracji: zaufania ze strony obywateli i przekonania, że instytucje te powstały, aby gwarantować ich bezpieczeństwo, sprawiedliwość i rozwój kulturalny. I to jest podstawowy powód, dla którego kolejne reformy przeprowadzone w Ameryce Łacińskiej kończą się raz po raz fiaskiem.
Paulo Rabello twierdzi, że większość elektoratu, który głosował za wyborem na prezydenta, Lula, nie głosował wcale za socjalizmem. Ludzie ci głosowali za „czymś innym” niż mieli dotąd, uznawszy, że charyzmatyczny lider i demagog jest w stanie to „coś” zagwarantować. Coś podobnego wydarzyło się także w Wenezueli. Państwo to, ze swoim potencjałem i bogactwem, dzięki któremu powinien posiadać jeden z najwyższych w świecie standardów życia, zmaga się nieustannie z głębokim kryzysem. Dlaczego więc na szefa rządu wybrano demagoga, który właściwie dąży do zniszczenia kraju? Swoje stanowisko Commandante Chavez, bo o nim mowa, zawdzięcza ogromnej większości Wenezuelczyków, którzy byli zniechęceni do demokracji, w jakiej żyli. A była to jedynie demokracja z nazwy, gdzie królowała, przyprawiająca o zawrót głowy korupcja, pozbawiająca większość obywateli kraju jakiejkolwiek możliwości realizacji własnych oczekiwań i marzeń, służąca interesom niewielkiej grupy uprzywilejowanych ludzi władzy.
Czy w takim kontekście mogły należycie funkcjonować reformy liberalne, których bronimy, które propagujemy, o których wiemy, że są źródłem rozwoju i prosperity?

Mankamenty modelu peruwiańskiego

Źle przeprowadzona reforma przynosi gorszy efekt niż brak reform. Peru jest tu dobrym przykładem. W okresie dyktatury Fujimori i Montesinos, w latach 1990 – 2000, przeprowadzono w naszym kraju szereg reform, określanych mianem radykalnej liberalizacji. I rzeczywiście, w tamtym okresie uległo prywatyzacji więcej przedsiębiorstw i instytucji państwowych niż kiedykolwiek wcześniej, w jakimkolwiek innym kraju Ameryki Łacińskiej. Ale jak ta prywatyzacja wyglądała? A no monopole państwowe zamieniano na monopole prywatne. A przecież nie taki jest cel prywatyzacji, nie dlatego prywatyzuje się normalnie majątek publiczny.
My, liberałowie popieramy prywatyzację, gdyż uważamy ją za źródło zdrowej konkurencji, która usprawnia produkcję i poprawia jej jakość. Prywatyzacja to także transfer własności prywatnej do tych, którzy jej jeszcze nie posiadają. Proces ten, przeprowadzony niegdyś w krajach zachodnich demokracji doprowadził do ich rozkwitu. Tak było przykładowo w Wielkiej Brytanii, gdzie prywatyzacja stała się okazją do upowszechnienia prywatnej własności wśród indywidualnych akcjonariuszy oraz pracowników prywatyzowanych firm. W Peru, prywatyzacja służyła wzbogacaniu się, z góry ustawionych, grup interesów, wybranych przemysłowców i firm, a także samych sprawujących władzę.
Czyż Peruwiańczycy są w stanie nam uwierzyć, gdy powiemy im, że prywatyzacja jest nieodzowna dla rozwoju kraju, skoro wiedzą, że na prywatyzacji wzbogacili się najwięcej ministrowie rządu Fijimori, a jedynymi firmami, które w czasach jego dyktatury skorzystały z nadzwyczajnej pomocy rządu i innych jego dobrodziejstw były firmy należące do ministrów lub ich powinowatych? Czy trudno się dziwić, że kiedy jeden czy drugi demagog wychodzi na trybunę, oskarżając neoliberałów o spowodowanie katastrofy gospodarczej w Peru i w całej Ameryce Łacińskiej, oszukany i wyzyskany naród im wierzy. My, liberałowie jesteśmy dla nich kozłem ofiarnym, stroną odpowiedzialną za całe zło.
Rząd prezydenta Alejandro Toledo usiłował sprywatyzować kilka firm z Arequipy, z miasta w którym się urodziłem, lecz kiedy dowiedzieli się o tym mieszkańcy, wzniecili potężny protest, wyrywając płyty z chodników, stawiając uliczne barykady, a wszystko po to, by powstrzymać prywatyzację. Nie zrażało ich to, że firmy które miały być prywatyzowane były kompletnym nieporozumieniem; deficytowe, nieudolne, nie służyły nikomu i niczemu poza zatrudnionymi w nich „kolesiami” – absolutny pasożyt na ciele ubogiego podatnika peruwiańskiego. Nie przekonało ich to, że belgijski inwestor, który chciał je kupić, zamierzał zainwestować w nie świeży kapitał i umacniać ich lokalną obecność. Co więcej, zagraniczni inwestorzy mieli zamiar zlokalizować w Arequipie szereg innych inwestycji, dzięki którym miasto zyskałoby nowe miejsca pracy i nowe usługi. Niestety, doświadczenia dekady radykalnej liberalizacji gospodarki w wykonaniu prezydenta Fujimori i jego ludzi sprawiły, że nikt w te obietnice nie wierzył. Podobne zjawisko ma miejsce w większości innych krajów Ameryki Łacińskiej.
O tym, że przeprowadzone reformy były karykaturą liberalizmu, nie mającą z nim prawie nic wspólnego, my, liberałowie sami dobrze wiemy. Nie wie tego jednak znakomita większość zdezinformowanych i z trudem walczących o przeżycie biedaków, którzy widzą przecież, że w czasie ostatnich dziesiątków lat Ameryka Łacińska pogrążyła się w jeszcze większej nędzy. W przypadku niektórych krajów nędza ta jest przerażająca.
Pod koniec 2001 roku odwiedziłem rejon Peru, znany jako „Trapez andyjski”. Takim mianem określa się rejon Ayacucho , tradycyjnie jeden z najbiedniejszych w kraju, potraktowany przez maoistowskich terrorystów z wyjątkową brutalnością. W latach 1987 – 1990 odwiedziłem te tereny kilkakrotnie i już wtedy byłem szczerze przerażony biedą, jaką tam widziałem. Obraz, który zobaczyłem w 2001 roku był znacznie, znacznie gorszy. O ile bieda dosięgła całe Peru, o tyle w Ayacucho było jej znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej. A przecież działo się to w czasach, gdy rosły fortuny różnej maści hochsztaplerów, bandytów, czy gangsterów mających układy wśród elit władzy. Dlatego, mówiąc o rozwoju nie możemy się ograniczać wyłącznie do idei postępu opartego na serii reform gospodarczych, które uruchomią aparat produkcyjny kraju, zwiększą nasz eksport, by w ostateczności pchnąć kraj na drogę modernizacji. Rozwój, jakiego nam potrzeba, to coś więcej. To z jednej strony proces poprawy indeksów gospodarczych i produkcyjnych, z drugiej zaś uruchomienie procesów, dzięki którym instytucje publiczne, które dzisiaj nie funkcjonują, zaczęły wreszcie działać, budując swoja reputację, zaufanie ludzi, a także tworząc solidarność dzięki której wkomponują się w organizm społeczeństwa demokratycznego. Tak rozumianego rozwoju w Ameryce Łacińskiej nie ma, i to jest jednym z powodów, dla których zawiodły reformy gospodarcze i to nawet te, które były całkiem mądrze przygotowane.

Potrzeba oczyszczenia

Carlos Alberto Montaner powiedział kiedyś coś, z czym się całkowicie zgadzam, mianowicie, że potrzebna nam jest czystka polityczna. Kraje, w których rządzą gangsterzy, w rodzaju Alemana (Nikaragua), Chaveza (Wenezuela), czy Fuijimori (Peru), ludzie rabujący w cyniczny sposób i w majestacie prawa swoich obywateli, nie są w stanie się rozwijać. Jak w takich warunkach można przyciągnąć do polityki ideowca, człowieka z zasadami? Przecież młodzi ludzie traktują dziś politykę jako okazję do rabunku. W takiej sytuacji, jedynym sposobem uzdrowienia życia politycznego jest zastąpienie kanalii ludźmi przyzwoitymi, którzy nie kradną, którzy spełniają dane obietnice, którzy nie kłamią albo kłamią tylko troszeczkę, jako że kłamstwo jest w polityce czymś nieuniknionym.
Pytano mnie wielokrotnie, kto w Ameryce Łacińskiej jest takim właśnie człowiekiem. Zawsze wymieniam jedną osobę; człowieka niemal nieznanego, a w najlepszym razie zapomnianego. Mam na myśli prezydenta Salwadoru, Alfredo Cristianiego (1989 – 1994), człowieka naprawdę wyjątkowego. Cristiani nie był zawodowym politykiem, był przedsiębiorcą. Polityką zajął się w okresie wyjątkowo dla kraju tragicznym, kiedy na ulicach Salwadoru toczyły się regularne bitwy między wojskiem a partyzantką, a śmierć, porwania czy tortury były w tym kraju chlebem powszednim. I właśnie wtedy, ten niezwykle przyzwoity, choć pozbawiony charyzmy i zdolności przywódczych człowiek, przy tym marny mówca postanowił się oddać karierze politycznej. Wygrał wybory i został szefem gabinetu. Jego rządy były mądre, pozbawione typowo latynoskiego populizmu i demagogii, a co najważniejsze, w momencie odejścia Cristianiego kraj znajdował się w znacznie lepszym położeniu, niż w dniu, w którym objął on rządy. Być może nie wygląda to na jakieś szczególne osiągnięcie, ale pamiętajmy, że w owych czasach było to bardzo trudne. Gdy obejmował rząd, ulice Salwadoru tonęły we krwi, zanim dokończył swoją kadencję, doprowadził do porozumienia między partyzantką a rządem. Dawni rewolucjoniści weszli do parlamentu i samorządów, utrwalając pokój, panujący w Salwadorze do dzisiaj. Kraj rozwija się powoli, ale mimo wszystko rozwija i to wszechstronnie. Piszę o tym dlatego, że takich ludzi i takich krajów potrzeba całej Ameryce Łacińskiej. Ludzie pokroju Cristianiego, przyzwoici biznesmeni, profesjonaliści są w stanie odmienić nasz świat, oczyszczając go z brudu, niemoralności, korupcji, które opanowały życie polityczne tego kontynentu.

Kultura a liberalizm

Rozwój kultury jest warunkiem rozwoju w ogóle. Na nieszczęście, kultura – z niewielkimi wyjątkami – jest w Ameryce Łacińskiej dobrodziejstwem, z którego korzysta mniejszość, w niektórych przypadkach, mniejszość bardzo nieliczna.
Ameryka Łacińska nie narzeka na brak ludzi kreatywnych. Natura nie poskąpiła nam muzyków, plastyków, poetów, prozaików i myślicieli, jednakże prawdą jest, że większość naszych kultury narodowych znajduje się w rękach zmonopolizowanej, nieznacznej mniejszości i w praktyce znajduje się poza zasięgiem większości społeczeństwa. Budowa prawdziwej demokracji i sprawnych instytucji na takim fundamencie nie jest możliwa. Podobnie, jak niemożliwe jest wdrażanie reform liberalnych, które umożliwiłyby osiągnięcie znaczącej kreatywności i produktywności. Świadomość tych prawd jest w Ameryce Łacińskiej mniej niż znikoma.
Dla tych, którzy są jej świadomi, kultura uważana jest wciąż za jakiś oddzielny świat, rozrywkę, za bardziej finezyjny sposób spędzania wolnego czasu, a nie za fundamentalne narzędzie człowieka, dzięki któremu może on podejmować mądre decyzje i kierować swoim życiem osobistym, rodzinnym, zawodowym, a w sytuacjach wyjątkowych, także życiem politycznym. Kultura chroni nas przed demagogią, jest bronią przeciwko błędnym wyborom dokonywanym przez elektorat. Na tym froncie, niestety, niewiele zostało uczynione. Właściwie powinienem być bardziej samokrytyczny i napisać, że – to my, liberałowie – niewiele w tej kwestii uczyniliśmy. W naszych pożytecznych i idealistycznych instytutach i trustach mózgów, kultura traktowana jest po macoszemu i to jest naszą wielką pomyłką. Tymczasem kultura jest fundamentem, dzięki któremu możliwy jest consensus społeczny, taki z jakim mieli do czynienia Hiszpanie i Chilijczycy.

Postęp a cywilizacja

Chciałbym się na chwilę zatrzymać przy Chile i udanych reformach jakie w tym kraju przeprowadzono.
Chile jest na kontynencie południowoamerykańskim przypadkiem wyjątkowym. Wyjątkowość ta polega na tym, że z jednej strony reformy przeprowadził dyktator wojskowy, z drugiej zaś przyniosły one narodowi ozdrowieńczy efekt gospodarczy. Pinochet pozwolił liberałom na wdrożenie przemyślanych i funkcjonalnych reform. Zawsze podziwiam Chile, chciałbym jednak zwrócić uwagę, że kopiowanie tego co zrobił Pinochet wymaga wielu zastrzeżeń. Najważniejsze z nich to to, że my, liberałowie nie możemy nigdy, pod żadnym pozorem usprawiedliwiać dyktatury. To jest bardzo ważne zastrzeżenie. W Chile wydarzył się szczęśliwy wypadek, Chile miało szczęście. Niestety, tego nie da się powtórzyć. Piszę o tym, ponieważ widzę, że w wielu krajach Ameryki Łacińskiej lud chciałby skopiować „wypadek” chilijski. Powtarza więc opinię, że warunkiem poprawy sytuacji w ich krajach jest pojawienie się drugiego Pinocheta. Popularność Fujimori była do pewnego stopnia rezultatem takiego myślenia; Peruwiańczycy dostrzegli w nim swojego Pinocheta. Tymczasem, nie tędy droga. Wprawdzie takie wypadki się od czasu do czasu zdarzają, to jednak w Ameryce Łacińskiej regułą jest, iż dyktatorzy nigdy nie potrafili rozwiązać problemów tego kontynentu. Wszyscy co do jednego, z wyjątkiem właśnie Pinocheta, doprowadzali do zaostrzenia problemów, które rzekomo zamierzali rozwiązać: korupcji, stagnacji gospodarczej, czy upadku instytucji. Ich wpływ zaznaczał się jeszcze większym cynizmem politycznym, stając się w końcu jedną z najbardziej widocznych charakterystyk Ameryki Łacińskiej. Dlatego, w znakomitej większości krajów kontynentu, polityka traktowana jest jak sztuka wzbogacania się rządzących i rabowania ludu. Dyktatorzy mają w tym wizerunku swój duży udział.
W czasach kiedy – paradoksalnie – liberalizm stał się ofiarą totalnego nieporozumienia, kiedy wielu, i to przyzwoitych ludzi, traktuje go jak wroga rozwoju i sprawiedliwości, szczególnym obowiązkiem ludzi o poglądach liberalnych jest koordynacja działań i wymiana informacji o tym, jak jest naprawdę. Doszło bowiem do tego, że ideologię liberalizmu zaczęto utożsamiać z wyzyskiem, chciwością, cynizmem i obojętnością na ludzkie cierpienie, nędzę i dyskryminację. My, liberałowie dobrze wiemy, jak krzywdzące i monstrualnie niesprawiedliwe są te pomówienia, pomówienia wobec doktryny, która stała u źródeł postępu politycznego, gospodarczego i kulturalnego, jakiego doświadczył gatunek ludzki.
Liberalizm jest tradycją, którą należy chronić nie tylko dla prawdy historycznej, lecz także dlatego, że żyjemy w trudnych czasach, kiedy zagrożony jest postęp i cywilizacja.

Mario Vargas Llosa jest pisarzem peruwiańskim, jednym z najwybitniejszych i najpopularniejszych pisarzy świata, autorem tak znanych powieści, jak: „Pantaleon i wizytantki”, „Rozmowa w „Katedrze””, czy „Miasto i psy”. W 1990 roku kandydował na prezydenta swego kraju, przegrywając z populistą Alberto Fujimori. Jest założycielem i prezesem Fundacion Internacional para la Libertad (FIL) i członkiem Instytutu Katona w Waszyngtonie. Obecnie pracuje jako wykładowca w Georgetown University, w Stanach Zjednoczonych. Niniejszy tekst wygłoszony został podczas obrad FIL.

Mario Vargas Llosa
„Wprost” 2007-01-09

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Michał Derebecki pisze:

    Genialne, G E N I A L N E. Panie Janie ma Pan takich pereł więcej?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Szukam, więc znajduję. Pozdrawiam Jan M Fijor

  3. gocha pisze:

    nie macie tu nic czego szukam!!jesteście beznadziejni!!!!!!!!!!!!!!

  4. Jan M. Fijor pisze:

    A czego szukasz? Wiedzac bedzie nam latwiej zaspokoic Twoje potrzeby. Uklony Jan M Fijor

  5. zielska-mróz-nie-dot pisze:

    dlaczego peruwianczycy nienawidza europejczykow, rzucaja w nimi kamieniami, pluja w twarz czyzby, skad ta nienawisc?

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Nigdy zaden Peruwianczyk nie plul we mnie, ani nie rzucal kamieniami. Musiala pani trafic na Perwianczyko rzucajacych kamieniami plujacych, bo reszta jest przyjazna. uklony Jan M Fijor

  7. 1789 pisze:

    Tekst jest ciekawy aczkowlwiek zapóźnienie Ameryki Łacińskiej ma wiele korzeni m.in. bezwzględna eksploatacja ze strony amerykańskich i zachodnioeuropejskich koncernów przyczyniająca się do biedy.
    Poczucie krzywdy całkiem usprawiedliwione skutkowało silnymi wstrząsami społecznymi na które władza kontrolowana przez wąskie kręgi najbogatszych i uprzywilejowanych reagowała bardzo surowo. Masakry na plantacjach rolników domagających się polepszenia warunków pracy i podwyżki płacy dokonywane przez policje, wojsko i różne bandy najemnych zbirów były zjawiskiem nagminnym, Podobnie było ze strajkującymi robotnikami czy studentami. Oligarchia rządząca we wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej nie była zaintersowana reformami i zmianą korzystnego dla siebie i zagranicznych inwestorów (głównie z USA) staus quo, Każda taka próba kończyła się tragicznie dla inicjatorów zmian.
    Pierwszy lepszy przykład to Gwatemala gdzie rząd prezydenta Jacobo Arbenza chcąc poprawić los ludności wiejskiej przeprowadził reformę rolną gruntów należących do amerykańskiego koncernu owocowego United Fruit Company. Reforma była za odszkodowaniem i dotyczyła tylko ziem leżących odłogiem. Zmasowana nagonka oskarżająca Arbenza o komunizm skończyła sie jego obaleniem w 1954 w zorganizowanym przez CIA zamachu stanu.
    Z kolei w Kolumbii popularny przywódca opozycji i kandydat na prezydenta Jorge Gaitan domgający się sprawiedliwości społecznej został zamordowany w 1948 zanim zaczął cokolwiek reformować, Po jego śmierci doszło do powstania w stolicy a kiedy je stłumiono konserwatywny rząd mordował wszystkich podejrzanych o przynależność lub sympatię do ruchu Gaitana. Po wioskach zaczęły powstawać grupy samoobrony z których później narodziła się FARC.
    Na Kubie walczący ze skorumpowanym rządem przywódca opozycji Eduardo Chibas w wyniku nagonki i potężnej kampanii oszczerstw popełnił samobójstwo. Kiedy okazało się że jego partia najprawdopodbnie wygra wybory do parlamentu i zacznie reformy doszło w 1952 do puczu wojskowego kierowanego przez generała Batistę. Oligarchia i amerykańscy inwestorzy w tym gangsterzy z mafii byli w pełni zadowoleni. Nadszedł złoty okres robienia interesów na Kubie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *