Amero – ingres z regresem

chat-dymki
9

Zdrada? Amerykański prezydent chce porzucić dolara na rzecz amero. Czy wprowadzenie nowej waluty uratuje amerykańskie finanse publiczne? Jak na tym wyjdą światowi ciułacze, w tym blisko 3 mln polskich rodzin, w rękach których znajduje się dziś ok. 4 mld dol.

Pomysł

Idea wspólnej waluty amerykańskiej, obejmującej początkowo Stany Zjednoczone i Meksyk, później także Kanadę, narodziła się w początkach 1994 roku, przy okazji krachu meksykańskiego, znanego jako „kryzys tequila”. Autorem pomysłu był meksykański ekonomista, Francisco Gil-Diaz. Pomysł był tak dobry, że zainteresował nawet ówczesnego amerykańskiego Sekretarza Skarbu, Roberta Rubina. Sytuacja była jednak poważna, nie było czasu na eksperymenty, rząd amerykański wykupił więc obligacje denominowane w peso, gwarantując wypłacalność rządu meksykańskiego i łagodząc skutki gwałtownej dewaluacji peso. Akcja się powiodła. Kryzys szybko minął, o wspólnej walucie amerykańskiej zapomniano. Do sprawy powrócono 10 lat później podczas narady na najwyższym szczeblu paktu północno-amerykańskiego NAFTA. Z tą różnicą, że o ile w czasie kryzysu meksykańskiego wspólną walutą miał być amerykański dolar, o tyle w czasie wspomnianego szczytu, odbywającego się na uniwersytecie Baylor w Waco w Teksasie, pojawiło się…amero. „Północna Ameryka powinna mieć wspólną walutę – rzucił nieśmiało prezydent George W. Bush. I, o dziwo, jego pomysł spotkał się z aplauzem zarówno premiera Kanady, Paula Martina, jak i prezydenta Meksyku, Vicente Foxa. O randze, jaką sprawie nowej wspólnej waluty nadali przywódcy Ameryki Północnej świadczy natychmiastowe powołanie inicjatywy rządowej, znanej jako The Security and Prosperity Partnership of North America (SPP), co należałoby przełożyć jako „Północnoamerykańskie partnerstwo na rzecz bezpieczeństwa i dobrobytu” (www.spp.gov)

Dobrobyt bez dolara?

Jeszcze cztery lata temu amerykańska waluta była królem; dolar kojarzył się z dobrobytem. Euro nabierało wprawdzie znaczenia i odbijało się od dna, gdy za jedno euro płacono ok. 80 centów amerykańskich, ale globalnym pieniądzem czarnej godziny był wciąż dolar. Mimo iż od zniesienia całkowitej wymienialności dolara na złoto (w połowie lat 1930.) waluta amerykańska straciła ponad 80 proc. swojej wartości, świadomość potęgi gospodarczej i militarnej Stanów Zjednoczonych była gwarancją siły jej pieniądza. Sytuacja uległa gwałtownemu pogorszeniu z chwilą ataku Amerykanów na Irak, w marcu 2003 roku. Już w kilka miesięcy po wybuchu wojny okazało się, że Stanów Zjednoczonych na taki wysiłek finansowy nie stać. Podniesienie podatków ze względów politycznych było niemożliwe, gdyż jak wiadomo prezydent Bush z obniżki opodatkowania uczynił fundament swego programu politycznego, sięgnięto po ogromne pożyczki rządowe, które zaowocowały gigantycznym deficytem budżetowym i inflacją. Co prawda, tricki Rezerwy Federalnej, oraz nieustanne straszenie Amerykanów perspektywą kolejnych zamachów terrorystycznych maskują spadek siły nabywczej dolara, jednakże prawdy ukryć się nie da. Na arenie międzynarodowej widać ją chociażby po spadających notowaniach dolara wobec niemal wszystkich walut świata. Na arenie wewnętrznej świadczy o nim chociażby cena złota, która w ciągu ostatnich 3 lat wzrosła grubo ponad 100 proc. Zdaniem finansisty, Warrena Buffetta, „amerykański pieniądz przestał być obiektem pożądania”, tym bardziej, że równocześnie z kosztowną wojną, prezydent Bush rozpoczął najbardziej hojny w dziejach USA program wydatków publicznych, a wśród nich darmowe lekarstwa dla emerytów, wielomiliardowe subsydia dla rolnictwa i przemysłu oraz nowe zasiłki dla tzw. ubogich.

Szukanie kasy

Dolar, którego nikt nie chce, to dla Stanów Zjednoczonych i Amerykanów katastrofa. Kto sfinansuje amerykańską konsumpcję, odbywającą się głównie na kredyt zaciągany w dużym stopniu za granicą, w zamian za coraz bardziej bezwartościowe kawałki papieru zwane dumnie dolarem? Luźna polityka monetarna Urzędu Rezerwy Federalnej, przejawiająca się m.in. rekordowo niskim oprocentowaniem kredytów, zadłużyła Amerykanów – zdaniem ekspertów z Instytutu Misesa w Alabamie – na niespotykaną w dziejach skalę. Rekordowo niski jest też wolumen amerykańskich oszczędności, z których zwykle finansuje się kredyty. Jeśli na rynku amerykańskim nie ma pieniędzy, trzeba je znaleźć zagranicą. Nie jest to jednak proste; dolarów nie chcą już ani Japończycy, ani Koreańczycy, ani Rosjanie, nie chce Europa, problemy mają nawet Chińczycy, którzy swoją potęgę gospodarczą budują głównie w oparciu o eksport do Stanów Zjednoczonych. Monetarnej słabości dolara towarzyszyć zaczęła niechęć polityczna, osłabiająca go jeszcze bardziej. Świat arabski, wspierany przez rosyjski „internacjonalizm” i europejską socjaldemokrację, wzmacniając nastroje antyamerykańskie uderzają w amerykański pieniądz. Do rezygnacji z dolara w rozliczeniach w międzynarodowym handlu ropą naftową nawołuje Iran, a ostatnio także Rosjanie. Jeśli uda im się namówić do tego członków OPEC, dolar czeka katastrofa. Z tego powodu oczy światowej finansjery kierują się dziś na Chiny, które zgromadziły w rezerwach ponad 1000 mld dol. i tylko czekają na okazję, żeby ich się pozbyć. Pojawienie się na rynku takiej ilości „papieru” grozi upadkiem dolara. Nie przypadkiem prezydent Bush wysłał przed Bożym Narodzeniem do Pekinu Silną Grupę, składającą się m.in. z prezesa Urzędu Rezerwy Federalnej, Boba Bernanke, Sekretarza Skarbu, Henry Paulsona, Sekretarza Handlu, Carlosa Gutietrreza, a także „ministrów” od energii, zdrowia i pracy. Pojechali prosić Chińczyków, aby nie porzucali dolara?

Lekarstwo gorsze od choroby

Zwolennicy strategii lizbońskiej i dogonienia USA przez Europę zacierają z satysfakcji ręce. Z Europejskiego Banku Centralnego dochodzą komentarze, że oto euro pokonało dolara. Podziela je coraz więcej ekonomistów amerykańskich, wraz z nimi sam prezydent Bush.
Tymczasem kłopoty dolara nie są ani wynikiem siły euro, ani słabości gospodarki amerykańskiej. „Kryzys dolara to – w opinii Janet Yellen, niegdyś doradczyni ekonomicznej prezydenta Clintona – -skutek manipulowania pieniądzem przez polityków”. Należy sobie zdać z tego sprawę zwłaszcza w obliczu zmiany na stanowisku prezesa banku centralnego w Warszawie, bowiem sprawcą nieszczęścia jest prezydent – utracjusz, George W. Bush, a współsprawcami, dwaj ostatni prezesi Urzędu Rezerwy Federalnej (FED), emerytowany, Alan Greenspan i obecny, Bob Bernanke, którzy te gigantyczne wydatki prezydentowi umożliwiali. Co gorsza, nawet dzisiaj, mimo groźby inflacji i widma krachu dolara, FED pompuje pieniądze na rynek z dwucyfrową dynamiką. Tymczasem „jedynym lekarstwem na dolegliwości dolara – twierdził, zmarły przed paroma tygodniami, Milton Friedman – jest szybkie i zdecydowane ograniczenie podaży pieniądza, a tym samym podwyższenie przez FED bazowych stóp procentowych”. Problem w tym, że coś takiego może grozić recesją, której prezydent, zmagający się z najniższym od 6 lat poparciem społecznym, boi się jak czart święconej wody. Mimo iż droższy pieniądz schłodziłby koniunkturę, uratowałby jednak dolara, którego rosnąca siła wpłynęłaby na gospodarkę ozdrowieńczo już po kilku miesiącach. Zamiast więc walczyć o dolara i to nawet kosztem wizerunku politycznego, ale w zgodzie z American Way, czyli wycofując się z Iraku, pozostawiając gospodarkę rynkowi, a zwłaszcza uwalniając pieniądz spod kurateli polityków, prezydent jakby wolał mało kapitalizmu i dużo polityki. I pewnie dlatego w Białym Domu coraz głośniej mówi się, że lekarstwem na chorobę dolara ma być likwidacja „pacjenta” i zastąpienie go w roku 2010 nową walutą – amero.
Wbrew zapewnieniom rządu, skutki wprowadzenia nowej waluty nie będą wcale „zabiegiem administracyjnym, porównywalnym z wprowadzeniem euro w Unii Europejskiej”. Wymiana pieniędzy zawsze ma na celu „wygospodarowanie” środków, których brakowało przed wymianą, czyli „drugie tyle”. Trzeba się więc liczyć ze stratą ma sile nabywczej, rzędu 20 – 30 proc. Dotknie ona w równym stopniu Amerykanów i Kanadyjczyków, co posiadaczy greenbacków w Polsce. To co stracą obywatele, zyskają politycy. Dlatego amero cieszy się taką życzliwością zarówno w Mexico City, jak i w Ottawie. Mówienie w tym przypadku o „konieczności zacieśniania” więzów w ramach NAFTA jest mydleniem oczu, gdyż akurat w sferze monetarnej, cała Ameryka Północna już dziś zdominowana jest przez wspólną walutę – dolara amerykańskiego. Jeśli rząd amerykański chce NAFTA wzmocnić, wystarczy że go uwolnić z ryz nadmiernych regulacji i przestać się poddawać naciskom związków zawodowych i innych sił przeciwnych integracji. Amero nie jest tu konieczne. Po trzecie wreszcie, amero jeszcze długo nie uzyska pozycji, jaką miał niegdyś dolar. O ile dolar, mimo swych słabości, ma za sobą tradycję Ojców Założycieli, wolności, przedsiębiorczości i bogactwa, o tyle amero kojarzyć się będzie raczej z wojną, etatyzmem i socjalem.

Jan M. Fijor
„Wprost” 2007-01-13

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Nataniel pisze:

    Ciekawa Iliada i Odysea, ktora sie niestety autorowi Fijorowi przewaznie niespelnia, wlacznie z tragicznymi losami USA. No ale takie sa wlasnie konsekwencje myslenia uprzednio religijnych Nadswiadomosci. A moze lepiej zaczekac, jakim kolem sie historia(fortuna USA potoczy???? Bez wzgledu, to jednak nie chcialbym przemierzac mile w mokasynach Jana Fijora.

  2. Stanisław pisze:

    Jasiu bardzo ciekawy tekst. Chciałbym żebyś się odniósł do Dr Kassimira Petrova -http://www.wirtualnapolonia.com/opinie.asp?opinia=72736# . Zdaje się , że on podobnie jak Ty macie wspólne zdanie. Szczerze mówiąc obawiam się , że oboje macie rację. Pozdrawiam

  3. Kemot pisze:

    Już sam sposób w jaki powstaje amerykański pieniądz jest dość dziwny.
    W sieci można znaleźć film o money makers który opisuje ten dziwaczny proceder.
    A już sam pomysł żeby za ropę przestać płacić w dolarach to może być dla nich nielichy cios bo spowoduje znaczny spadek popytu na dolara.

  4. Nataniel pisze:

    Pamietam jak Pan Jan krytykowal przed wielu laty zachwianie sie rownowagi handlowej pomiedzy USA a innymi krajami, glownie Japonia. Dwa swietne arykuly wyjasniajace nonsen rzekomego Deficytu w handlu autorow Johna Stossel’a i profesora ekonomii Waltera Williams’a. Pierwsze od gory na stronie niezwykle prokapitalistycznej: wwww.capmag.com

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Pudlo! Ja zawsze uwazalem, ze deficyt w handlu zagranicznym nie jest czyms zlym. Pod warunkiem, ze ktos bedzie chcial finansowac, w przeciwnym razie moga byc problemy, to znaczy nie bedzie z czego tego deficytu stworzyc. pozdrawiam Jan M Fijor

  6. JAR pisze:

    Nastradamus napisał w swoim czterowierszu:
    1. Simulacra [wyobrażenia lub reprodukcje] złota i srebra stracą wartość
    2. I po kradzieży [ich rzeczywistej wartości] zostaną wrzucone do jeziora.
    3. Podczas odkrycia, że wszystko jest zniszczone przez dług,
    4. Wszystkie zobowiązania zostaną anulowane.

    Wers 1 i 2 to przepowiednia powstania banknotów i wielkie inflacje wywołane dodrukiem. To kradzież i likwidacja ludzkich oszczednosci. FED też drukował zbyt wiele i zwykli ludzie poprzez to zostana okradzeni, a amero zastapi skompromitowanego dolara.

    Wers 3 i 4 dotyczy przyszłosci. To przyszła likwidacja długów kredytowych; długów rzekomych.

  7. marc pisze:

    Wszystko to ma na celu wzbogacenie sie banku centralnego usa i ludzi skupionych wokoł niego, poczawszy od zamachu na WTC poprzez wojny w iraku i afganistanie, ktore nie mialay nic wspolnego z terroryzmem tam chodzilo i caly czas chodzi tylko o pieniadze i o wladze dla busha i spolki, wystarczy obejrzec film Zeitgeist i wszystko stanie sie jasne

  8. Marcin Kanar pisze:

    Już Witkacy o tym pisał
    Że kto lokaj jest i świnia
    Ten lokajem pozostanie
    Mimo że się ustrój zmienia

  9. Bronina pisze:

    Ewentualne amero, to jakis pomysł finansistów amerykańskich (USA) jak wyrolować chińczyków , by te ogromne sumy dolarów w rękach chińskich stały sie nic nie wartym pieniądzem. I pewnie dlatego chińczycy tak gwałtownie zbroją się Źle to wyglada.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *