Komu licencja?

chat-dymki
9

Mamy już licencje dla lekarzy, architektów, geodetów, księgowych, weterynarzy, doradców podatkowych, specjalistów od żywienia i dziesiątków innych profesji. Do Sejmu wpłynął właśnie projekt nowelizacji ustawy o rzemiośle, w którym wymaga się od rzemieślników, potwierdzonych urzędowo kwalifikacji. Mówi się także o wprowadzeniu licencji dla dziennikarzy.

Czym jest licencja zawodowa?
Jest to dokument wydawany przez odpowiedni urząd, potwierdzający kwalifikacje danej osoby do wykonywania określonego zawodu. Bez licencji zawodu wykonywać nie wolno.
W jakim celu wydawana jest licencja?
Tego dokładnie nie wiadomo. Oficjalnie mówi się, że robi się to ze względu na bezpieczeństwo obywateli. Zastanówmy się jednak, czy obywatele sami nie są w stanie określić, kto ma, a kto nie ma kwalifikacji, i czy naprawdę urzędnik zrobi to lepiej od nich? Pytanie jest o tyle istotne, że zarówno za same licencje, jak i za konsekwencje ewentualnego błędu ze strony osoby licencjonowanej płaci chroniony, czyli obywatel, czyli podatnik, który na proces wydawania licencji nie ma żadnego wpływu. Dlatego najbardziej przypominają one podatek.
Licencjonowanie przypomina więc postępowanie mafii, z tą różnicą, że o ile mafia także stosuje przymus, to jednak bierze odpowiedzialność za udzielaną przez siebie ochronę. Państwowy licencjodawca takiej odpowiedzialności na siebie nie bierze.

Kryteria

Może więc licencjodawca posiadł tajemnicę, czyli metodę, dzięki której potrafi w sposób nie budzący wątpliwości ocenić czyjeś kwalifikacje zawodowe? Innymi słowy, może licencjodawca wie coś, czego nie jest w stanie dowiedzieć się obywatel, a więc klient osób, od których wymaga się posiadania licencji? Aby na te pytania odpowiedzieć, trzeba najpierw sprawdzić, na jakiej podstawie licencjodawca udziela licencji zawodowej.
Głównym dokumentem, stwierdzającym czy ktoś ma prawo otrzymać licencję zawodową, jest świadectwo ukończenia szkoły, kursu czy innych szkoleń, gwarantujących posiadanie wymaganych licencją kwalifikacji. Ponieważ takie świadectwo można sfałszować, licencjodawca posługuje się niekiedy egzaminem kwalifikacyjnym, a także oświadczeniem pod przysięgą, złożonym przez starającego się o licencję.
Żadne z tych kryteriów nie jest jakieś wyjątkowe. Potencjalny nabywca usługi wykonywanej przez osobę licencjonowaną również może sprawdzić świadectwo ukończenia przez nią szkoły czy kursów. Może ją nie tylko przeegzaminować. lecz także sprawdzić wśród bliskich i znajomych, którzy z jej usług korzystali wcześniej, czy są z nich zadowoleni. Nazywa się to referencją i jest najlepszym sposobem zweryfikowania czyichś umiejętności zawodowych.
Widzimy więc, że zwykły obywatel ma dokładnie takie same możliwości sprawdzenia kwalifikacji, osoby z której usług chce skorzystać. Przy czym nawet małe dziecko wie, że nikt tak nie zadba o nasz własny interes tak dobrze, jak zrobimy to my sami. Któremu urzędnikowi zależy na tym, abym miał dobrze wyleczone zęby albo należycie położony parkiet? A jeśli nawet mu na tym zależy, to na pewno zależy mu znacznie mniej niż mnie samemu, bo to ja za te usługi płacę.
Weryfikacji wymaga nie tylko rzetelność licencjonowanego. Rzetelność licencjodawcy także wymaga potwierdzenia. Człowiek ma swoje wady i w chwilach słabości może udzielić licencji byle jak, wedle własnych sympatii, czy w zamian za wręczenie mu korzyści materialnej. W jaki sposób weryfikować rzetelność licencjodawcy?

Licencja na licencję

Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba wiedzieć kto kontroluje licencjodawcę, czyli kto mu udziela licencji na udzielanie licencji zawodowych?
Odpowiedź jest stosunkowo prosta: licencjodawcę kontroluje organ nadrzędny. Jest to przeważnie ciało administracyjne, składające się z ludzi posiadających autorytet i licencję w danym (lub pokrewnym) zawodzie. Jednakże ci „licencjaci”, autorytety w dziedzinie, której licencja dotyczy, sami uzyskali licencję od organu, który kontrolują. A zatem musi istnieć jakiś inny organ, który ma prawo namaszczania licencjodawców przywilejem udzielania im licencji „na udzielanie licencję”. Załóżmy, że jest nim Wyższy Organ Licencjonujący (WOL). Ale WOL też jest skażony wadami natury ludzkiej. Ludzie są tylko ludźmi; jedni udzielą licencji niedouczonemu lekarzowi, inni udzielą licencję niekompetentnemu licencjodawcy szczebla niższego. WOL musi podlegać kontroli Jeszcze Wyższego Organu Licencjonującego. Jeśli tak, to pozostaje pytanie, kto temu JWOL udzieli licencji na udzielanie licencji. Czy Jeszcze Bardziej Wyższy Organ? A jemu kto? Premier? Prezydent? A premierowi? A prezydentowi? Być może władza pochodzi od Boga, ale jeśli mamy liczyć na łaskę boską, to właściwie po co nam licencje? Całkiem serio, organem legitymizującym premiera czy prezydenta jest elektorat, czyli naród, czyli obywatele. Dochodzimy więc do nieco absurdalnego wniosku, że to licencji zawodowej udzielają obywatele w procesie wyborczym. Skoro tak, to po co im jakieś ciało urzędowe, które jest równie co oni, a nawet bardziej niedoskonałe?
Tym bardziej, że za tę wątpliwą ochronę trzeba płacić i to słono.

Wady i zalety

Licencjonowanie ma jedną zaletę; zwalnia nas od obowiązku troszczenia się o siebie. Z powyższego wynika, że jest to raczej zaleta wątpliwa. Spuszczanie się w sprawach istotnych dla naszego dobra na innych jest mocno ryzykowne, żeby nie powiedzieć, nieroztropne.
Wad, prócz wymienionych dotąd, proces licencjonowania ma więcej.
Ogranicza dostęp nowych kadr do zawodu, a jak wiadomo, ograniczanie podaży przy stały popycie powoduje wzrost ceny; licencja jest kosztem wpływającym na cenę usługi.
Subiektywny charakter licencji ogranicza konkurencję zawodową. Zamiast starać się o klienta, czy pacjenta, stawać na głowie, żeby go zdobyć, licencjobiorca stara się o uznanie ze strony organu udzielającego mu licencji. Nie każdy lekarz posiadający II stopień specjalizacji jest równie dobry. Gdyby nie było licencji, pacjenci sami staraliby się ustalić wartość lekarza, który stawałby na głowie, by nas, pacjentów przekonać, że jednak możemy mu zaufać. Dziś, z powodu istnienia licencji pacjenci muszą polegać na wątpliwej opinii organu licencjonującego, dlatego niekiedy srogo się zawodzą.
Urzędnicy udzielający licencji, to z reguły najsłabsi przedstawiciele zawodu, którego licencja dotyczy. Dlatego trudno się dziwić, że posiadacze prawa jazdy, które przecież jest licencją, bywają najczęściej sprawcami wypadków drogowych. W Meksyku, gdzie nie ma obowiązku posiadania prawa jazdy a benzyna tańsza niż u nas, wypadków drogowych jest (proporcjonalnie) mniej niż w Polsce. Wyszkolony w basenach YMCA w Bostonie, instruktor nurkowania, pracujący przy rafie koralowej w Belize wie na temat nurkowania znacznie mniej niż domorosły nurek karaibski, żyjący z połowu homarów. Ten ostatni jednak nie ma szans otrzymania licencji, gdyż nie ukończył wymaganych szkół. Wiejski masarz – samouk z Podlasia produkuje o niebo lepsze wędliny bez licencji, niż posiadający wszystkie możliwe licencje specjalista „wędlinolog” ze Starachowic. Inżynierowie produkujący Trabanta i Syrenkę mieli z pewnością licencje. Nie mieli jej nigdy Michal Faraday, Tomasz Edison, czy Ferdynand Porsche. Niejeden cieśla podhalański wybuduje solidniejszą i zgrabniejszą chałupę niż zawodowi architekci z licencjami. Podobnie jest wśród lekarzy, doradców podatkowych, tak samo będzie wśród licencjonowanych rzemieślników i dziennikarzy. Art. Buchwald, Ryszard Kapuściński i Bob Woodward nie kwalifikowali się do trzymania licencji dziennikarskiej.
Prawidłowością jest, że udzielaniem licencji zajmują się „specjaliści”, których umiejętności zawodowe są zbyt skromne na to, aby im zapewnić utrzymanie. Żyją z udzielania licencji. I odwrotnie, z uzyskaniem licencji mają problem jednostki wybitne, które odkryły coś, o czym organ licencjonujący czy ciało opracowujące wymogi licencyjne jeszcze nie wie. Wiele wybitnych odkryć polegało na zanegowaniu istniejącego porządku. Kopernika potępiano za to, że zakwestionował porządek słoneczny. Jeszcze przez 160 lat, do czasów Galileusza, rację w opisie relacji między ruchem Słońca i Ziemi przypisywano Ptolomeuszowi. Paradygmaty mają długi żywot. Logicznie rzecz biorąc premierem czy nawet ministrem finansów nie powinien być zwolennik nauki Keynesa, której błędność wykazał Mises już 80 lat temu, a mimo to gros premierów czy ministrów finansów, tak w Polsce, jak i we Francji czy Szwecji, obsadzają fanatyczni wyznawcy Keynesa. Paradygmaty trwają długo po ich obaleniu. Taka jest natura ludzka i tego żadna licencja nie zmieni. Pewnie z tego powodu największy postęp ma miejsce w tych dziedzinach gospodarki i życia, na których licencjodawca rządowy nie położył jeszcze swojej łapy: komputery, telefonia komórkowa, Internet.
Licencje nabierają znaczenia w systemach kolektywnych i zmonopolizowanych, a tracą je w warunkach wolnego rynku, własności prywatnej i wolnej konkurencji. Dla prywatnego pracodawcy, czy klienta na rynku, posiadanie licencji nie jest wystarczającym kryterium wartości danego specjalisty. Pracodawca i klient szukają osoby najlepszej, najlepiej wykwalifikowanej, a do tego rzetelnej, lojalnej, pracowitej, twórczej i odpowiedzialnej. Żaden licencjodawca nie zawraca sobie głowy takimi imponderabiliami. Nie bierze nawet pod uwagę najważniejszego kryterium wartości specjalisty, jakim jest umiejętność zaspokojenia potrzeb ludzkich. Gdyby je brał pod uwagę, to by prawo do licencjonowania oddał w ręce konsumentów czyli rynku.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2007-02-08

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Mriusz Wiącek pisze:

    Miało być też o patentach żeglarskich, czyli licencjach na przyjemnościowe uprawianie żeglugi.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Bije sie w piersi. Dorzuce ten temat po zapoznaniu sie z aktualnym stanem licencjodawstwa. Pozdrawiam Jan M Fijor PS. Ale kart plywackich juz nie ma. Postep!

  3. Witek pisze:

    Ile licencji i na co obowiązuje w USA?Koniecznie o patentach żeglarskich.

  4. Precel pisze:

    Znaczy że władza nie działa w interesie ludu, krępuje lud licencjami – winny jest system wyborczy jako taki.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Wladza nigdy nie dziala w niczyim interesie. W interesie dzialaja wylacznie ludzie, a ci dzialaja wylacznie we wlasnym interesie. Wladza to przewaznie jeden czlowiek chowajacy sie pod tym kryptonimem, zeby go nie okrzyknieto dyktatorem. Wladze krepuje prawo, ale tylko tam, gdzie prawo dziala. Uklony Jan M Fijor

  6. Natanie pisze:

    Spoko… Przyjedzie i czas na wymaganie licencji do sprzedawani PC, czy telefoni, bo jedna kontrola futruje nastepne kontrole. A co Pan wyobrazal sobie inaczej? Nauki Keynesa najlepiej sie maja w kontrolowanych gospodarkach, czyli w Socjal-Demokracjach.Keynes z podziwem patrzyl na Rewolucje bolszewicka, nazywajac ja „laboratorium zycia”. Keynes z podziwem patrzyl na nazistowski faszyzm, gdzie jak sam twierdzil, te jego teorie najlepiej by sie w faszyzmie sprawdzaly. Pozornie spokojny, lagodny pan, ale o ideach Imperium Zla. Europa wciaz pod zaczarowanymi urokami Keysenowskich statystyk, no moze nie pod wrazeniem inflacji, ale i do tego byc moze Kynes Eruopejczykow przekona, co do wysokich podatko juz przekonal. To Keynes przecie stwierdzil, ze nie tylko inflacja napedem gospodarki, ale i wojny, ktore rzekomo korzysci przynosza wojujacym krajom. Zreszta co tu gadac, nawet tak wystawiany na piedestale europejskich uniwerkow i polskich rowniez filozof E.Kant swiecie wierzyl, ze wojny czlowiekowi sa swiecie potrzebne. Z moralnego, tego kosmologicznego punktu widzenia to zabranial. Ale z fenomenalnego, czyli Naturalnego punktu widzenia, to twierdzil, ze jak nie ma wojen, to mezszczyzni niewiescieje i dlatego jest to Naturze konieczne. Kant, Hegel Marks, Keynes, Freud sa wynoszeni na piedestaly, czlowiek, ktory byc moze uchroni Europe od nastepnego, tym razem Islamofaszyzmu, uwazany jest przez entelektualne Elity auropejskie, za pospolitego Czubka. Pomyslnosci. Nataniel

  7. Nataniel pisze:

    Charakterystyczny, trojkatny wysoki biurowiec u zbiegu North,Damen i Milwaukee wykupiony.Biurowiec pozostanie. Do niego przylegac bedzie pietrowy parking na 240 samochodow, nad parkingiem 45 condos, a na dole sklepy do wynajecia. Kto ma owce ten ma co chce.

  8. Nataniel pisze:

    Czyzby bylo az tak zle?

    Rząd RP: mściwy, paranoidalny i niekompetentny
    Edward Lucas, wschodnioeuropejski korespondent Economista, ostro potraktował polski rząd w najnowszym numerze tygodnika.

    Dwie najważniejsze konkluzje Lucasa (cytuję):

    W polityce zagranicznej farsa miesza się z tragedią. Kaczyńscy korzystają z każdej okazji, by obrazić Niemców. I to mimo, że pod rządami Angeli Merkel starają się Niemcy być przyjacielscy. To, co robi dyplomacja, to pokaz komicznej niekompetencji. Każdy doradca, które wie cokolwiek o świecie, jest traktowany nieufnie, często wylatuje z pracy. Nie ma już prawie nikogo, kto rozumie Unię Europejską, co jest szczególnie niebezpieczne w momencie rozpoczęcia negocjacji o eurokonstytucji.

    I drugi cytat:

    Mściwy, paranoidalny, uzależniony od kryzysów, podzielony i w większości niekompetentny rząd polski istnieje jeszcze tylko dzięki temu, że gospodarka jest silna, a opozycja słaba. Ale ani to, ani to nie będzie trwać wiecznie.

    Economist to jedna z najważniejszych gazet na Starym Kontynencie. Gratulacje dla premiera i pani minister spraw zagranicznych. Ale – jak powiedział wczoraj premier – jest świetnie.

  9. Nataniel pisze:

    Podsluchane na polskim blogu:
    Edward Lucas jest chyba jednym z najlepszych znawców naszej części Europy pracujących dla zachodniej prasy. W temacie siedzi już z 30 lat, zna polski, litewski, rosyjski i kilka innych języków. Mówić więc o nim, że jest niekompetentny to po prostu bzdura. Polecam lekturę całego tekstu i jego bloga. To świetny znawca tematu. Widać boli was, że tak wygląda nasz kraj widziany oczami wybitnego dziennikarza. Cóż, to nie jego wina, że jest jak jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *