Przymusowy monopol

chat-dymki
3

Rząd jest przymusowym monopolem, który na określonym – uważanym za własny – obszarze geograficznym przejął władzę nad każdą istotą ludzką i bierze za nią pewną odpowiedzialność.

Monopol przymusowy jest instytucją utrzymywaną przy użyciu groźby i ewentualnie siły fizycznej – przez zainicjowanie jej użycia – w celu powstrzymania konkurentów od wkroczenia na dany obszar działalności. (Monopol przymusowy może też użyć siły w celu wymuszenia „lojalności klientów”, tak jak robi to na przykład oferujący „ochronę” reketier.)
W granicach swojego terytorium rząd dzierży i sprawuje na zasadzie wyłączności wszystkie funkcje, które tylko może sobie przypisać. Tę kontrolę utrzymuje za pomocą własnych praw oraz karabinów, używanych zarówno przeciwko innym rządom, jak i przeciwko prywatnym osobom, które sprzeciwiłyby się jego panowaniu. W ramach kontrolowania wszystkich funkcji albo zabrania konkurencji (jak w przypadku doręczania listów zamiejscowych), albo zezwala na nią tylko do pewnego stopnia (jak w przypadku amerykańskiego systemu edukacyjnego). Mocą prawa zmusza obywateli-klientów do kupowania swoich usług, albo do płacenia za nie, nawet jeśli nie chcą z nich korzystać.
Chociaż oczywiste jest, że każdy rząd – żeby w ogóle mógł rządzić – musi mieć monopol na niektóre przynajmniej czynności (np. uchwalanie ustaw) wykonywane na swoim terytorium geograficznym, to niektórzy myśliciele utrzymują, że „odpowiednio ograniczony” rząd nie musiałby używać siły i w związku z tym nie byłby monopolem przymusowym. Tak rozumiany rząd ograniczałby się do działań, które przez jego zwolenników nazywane są koniecznymi zasadniczymi funkcjami rządu. Do takich funkcji należą: obrona życia, wolności i własności przed agresją z wewnątrz i z zewnątrz (policja i wojsko), rozstrzyganie konfliktów (sądy) oraz wymiar sprawiedliwości (sądy i system penitencjarny).
Niektórzy zwolennicy rządu ograniczonego zdają sobie sprawę z tego, że podatki są złodziejstwem (złodziejstwem rozumianym jako akt odebrania komuś jego prawowitej własności przy użyciu siły, podstępu lub oszustwa) i próbują zapobiec użyciu siły przez taki teoretyczny rząd, zakazując mu nakładania podatków – jakichkolwiek podatków. Jednakże w sposób niejasny i mało przekonujący wskazują, z czego taki dobrowolny rząd utrzymywałby się. Nawet gdyby żył z własnej pracy a nie z podatków, nie wyeliminowałoby to z jego działalności inicjowania przemocy. Jeśli rząd ma być rządem, a nie po prostu jeszcze jedną firmą na otwartym rynku, posiadającą potencjalną lub istniejącą konkurencję, to musi utrzymywać monopol w tych dziedzinach, którymi zawładnął. W celu zapewnienia sobie trwałości istnienia monopol ten musi być przymusowy – musi zakazywać konkurencji. Dlatego rząd, żeby w ogóle istnieć jako rząd, musi uciec się do użycia siły, żeby uniemożliwić obywatelom podejmowanie konkurencyjnej działalności w dziedzinach, do których uzurpuje sobie wyłączność. Jeśli można by przedstawić biznesmenom dowody na to, że „podstawowe funkcje rządu”, do których należą: ochrona i obrona ludzi i ich własności, rozstrzyganie konfliktów i egzekwowanie sprawiedliwości, mogłyby być z powodzeniem sprawowane przez prywatne wolnorynkowe przedsiębiorstwa (a w niniejszej książce udowodnimy, że tak jest), każdy rzekomo nieprzymusowy, ograniczony rząd stanąłby przed nie lada dylematem. Albo musiałby użyć siły, żeby uniemożliwić wolnorynkowym przedsiębiorstwom wkroczenie na swój „rynek”, albo wolni przedsiębiorcy wyparliby rząd z „biznesu”, a tym samym ukrócili jego istnienie. Jak pokażemy, rząd jest z nieuniknionych przyczyn nieefektywny i drogi. Gdyby rząd nie zmuszał obywateli do korzystania ze swoich usług (utrzymując status przymusowego monopolu), to wolny rynek miałby do zaoferowania usługi naprawdę dobrej jakości, po niższych cenach i rząd straciłby wszystkich swoich „klientów”.
Rząd jest i z konieczności zawsze będzie przymusowym monopolem, ponieważ żeby istnieć musi pozbawić przedsiębiorców prawa do wchodzenia na rynek z usługami konkurencyjnymi wobec swoich, a obywatelom narzucić obowiązek korzystania wyłącznie ze swoich usług w tych dziedzinach, którymi zawładnął. Jakakolwiek próba wynalezienia rządu, który nie uciekałby się do użycia początkowej siły, jest wysiłkiem daremnym, ponieważ stawia nas przed zadaniem wewnętrznie sprzecznym. Rząd ze swej natury jest instytucją odwołującą się do inicjowania przemocy. Gdyby zaprzestał używania przemocy, to przestałby być rządem i stał się po prostu jedną z firm na wolnym rynku. Nie może też istnieć nic takiego, jak rząd, który jest częściowo firmą wolnorynkową, gdyż nie może być kompromisu między wolnością a brutalną siłą. Albo jakaś organizacja jest firmą wolnorynkową i broni się przed konkurencją dbając o jak najlepsze zaspokojenie potrzeb konsumentów, albo jest bandą złodziei żyjących z brutalnej przemocy i eliminowania konkurencji przy użyciu siły, gdy tylko nadarzy się okazja. Nie może być i jednym i drugim.
Ponadto, skoro rząd nie jest monopolem rynkowym, to może być tylko monopolem przymusowym – nie ma trzeciej możliwości. Zakaz konkurencji, który umożliwia istnienie rządu, stanowi agresywną ingerencję w wolny rynek i stwarza podstawę dla wszystkich innych form ingerencji w system rynkowy, za które odpowiedzialny jest rząd. Ponieważ rząd – żeby istnieć – musi naruszyć prawo do wolnego handlu, to dlaczego miałby się powstrzymywać od innych form ingerowania w rynek i prawa swoich obywateli-poddanych?
Zdarza się, że ludzie wychowani na „demokratycznych tradycjach Zachodu” uważają, iż użycie przez rząd siły i niszczenie przez niego rynku jest usprawiedliwione, o ile rząd został „wybrany przez ludzi w drodze demokratycznych wolnych wyborów”. Myślą, że gdy rząd jest wybrany demokratycznie, to wszystko, co czyni, jest działaniem wykonywanym „przez nas i dla nas” i z tego względu jest dopuszczalne. Jednakże błąd takiego podejścia staje się oczywisty z chwilą, gdy mieszkańców tego demokratycznego kraju potraktujemy jako jednostki, a nie jako nieistotne elementy kolektywnej całości.
Wiara, że w demokracji ludzie rządzą się sami poprzez wybranych przedstawicieli jest wprawdzie uświęcona tradycją i wyniesiona do rangi dogmatu przez wielokrotne powtarzanie, ale w rzeczywistości jest mistycznym nonsensem. W każdych wyborach bierze udział tylko pewien procent ludności. Ci, którzy nie mogą głosować ze względu na wiek lub inne przeszkody oraz ci, którzy nie głosują, bo są zdezorientowani, obojętni albo czują odrazę do brania udziału w grze pozorów, nie mają wpływu na uchwalanie ustaw, którym muszą się podporządkować. Nie mają też na nie wpływu ci, którzy jeszcze się nie urodzili, ale w przyszłości będą musieli przestrzegać tych praw. Spośród tych, którzy „korzystają z przysługującego im prawa do głosowania”, rzesza głosujących na kandydata pokonanego jest również pozbawiona wpływu na rządy, przynajmniej przez okres kadencji kandydata, przeciwko któremu głosowała. Ale nawet te osoby, które głosowały i opowiedziały się za zwycięzcą, w rzeczywistości nie biorą same udziału w rządzeniu w żadnym znaczeniu tego słowa. Głosowały na człowieka, a nie na określone przepisy, którym będą podlegać. Nawet wszyscy ci, którzy oddali swoje głosy na zwycięskiego kandydata, byliby w niemałym kłopocie i nie mogliby dojść do porozumienia, gdyby mieli głosować na te przepisy. Ich przedstawiciel również nie musiałby się kierować ich życzeniami, nawet gdyby uznać, że wiadomo, co te „kolektywne życzenia” wyrażają. Oprócz tego wszystkiego, w dojrzałej demokracji, takiej jak w USA, duża część faktycznej władzy znajduje się w rękach dziesiątek tysięcy anonimowych, nominowanych urzędników – obojętnych na życzenia obywateli, którzy nie mają specjalnych wpływów. W systemie z rządem demokratycznym mniejszość rządzonych wybiera zwycięskiego kandydata. Następnie zwycięzca podejmuje decyzje w dużej mierze pod naciskiem grup specjalnego interesu. W praktyce oznacza to, że ci, którzy dysponują wpływami politycznymi rządzą tymi, którzy ich nie mają. Wbrew praniu mózgów, które przeszliśmy w państwowej szkole, demokracja – rządy społeczeństwa za pośrednictwem wybranych przedstawicieli – to ponury żart!
Demokracja jest nie tylko pozornie mądrym nonsensem, jest też niemoralna. Jeśli jednemu człowiekowi nie wolno innym narzucać swoich pragnień, to dziesięć milionów ludzi nie ma prawa narzucać swoich życzeń jednemu człowiekowi, ponieważ zapoczątkowanie użycia siły jest złem (aprobata nawet miażdżącej większości nie uczyni go moralnie uprawnionym). Opinie – nawet opinie wyrażane przez większość – nie tworzą prawdy, ani nie wpływają na fakty. Linczujący tłum to demokracja w praktyce. Tyle na temat rządów motłochu.
Samo słowo „rząd” oznacza ludzi, którzy rządzą – mają władzę nad – innymi . Jeśli ludzie są rządzeni przez innych ludzi, to żyją w niewolnictwie. Niewolnictwo to stan, w którym człowiek nie może korzystać z prawa do samoposiadania, tylko podlega czyjejś władzy. Rząd – władza ludzi nad innymi ludźmi sprawowana przy użyciu siły – jest rodzajem niewolnictwa. Opowiadanie się za rządem to opowiadanie się za niewolnictwem. Popieranie rządu ograniczonego oznacza zajęcie absurdalnego stanowiska popierającego ograniczone niewolnictwo.
Rząd to władza jednych ludzi nad innymi sprawowana przy użyciu siły, czyli niewolnictwo, czyli coś złego. Ci, którzy utrzymują, że rząd jest instytucją mającą monopol na stosowanie siły w odwecie (na danym obszarze geograficznym), pomijają całkowitym milczeniem to, jakiego rodzaju monopolem jest ta instytucja. Robią tak z oczywistych powodów. Twierdzenie, że rząd jest monopolem rynkowym, to oczywist absurd, ponieważ konkurencja musi być zabroniona. Gdyby możliwa była konkurencja, rząd nie byłby monopolem i w związku z tym nie byłby rządem (zgodnie z ich „definicją”). Jeśli przyznają, że rząd jest monopolem przymusowym, nie powinni przeoczyć faktu, że opowiadają się za instytucją z natury złą i że wspieranie czegoś niedobrego jest samo złem. Jest całkiem oczywiste, że wszystkie rządy na przestrzeni dziejów, włącznie z rządami obecnymi, istniały dzięki inicjowaniu przemocy wobec swoich obywateli-poddanych i – co więcej – nie mogłyby istnieć bez przemocy, która oznacza pogwałcenie praw człowieka. Twierdzenie, że rząd korzysta z monopolu na użycie siły w odwecie oznacza więc kapitulanctwo i akceptację dla niesprowokowanego użycia przemocy. Nawet przy najlepszych chęciach nie można instytucji uciekającej się do inicjowania przemocy uważać za organizację mającą monopol na użycie siły odwetowej. Taki pogląd jest czymś gorszym od absurdu, ponieważ wspiera ideę, że rząd jest czymś dobrym.
Będąc monopolem przymusowym, rząd musi utrzymywać swój status monopolisty inicjując przemoc, co oznacza, że jest szafarzem władzy. Ze względu na tę koncentrację władzy mówi się o konieczności nałożenia na rząd ograniczeń, które uniemożliwiłyby mu pomiatanie obywatelami. Ponieważ do korzystania z usług monopolu, jakim jest rząd, obywateli trzeba zmusić, to rząd nie może dopuścić do powstania konkurencji, która zapewniłaby ograniczenia zewnętrzne, takie jakie występują w przypadku instytucji wolnorynkowych. Jakakolwiek siła zewnętrzna, która mogłaby skutecznie kontrolować władzę rządu, podważałaby jego monopolistyczną pozycję. Ograniczenia muszą więc pochodzić z wewnątrz. Jest to tzw. system kontroli i równowagi. Jednakże każdy rządowy system kontroli i równowagi będzie z konieczności rozbudowany, niewydolny i drogi, a to oznacza, że ciężary ponoszone przez tych, którzy go muszą utrzymać, będą większe niż spodziewane korzyści z jego funkcjonowania (nawet jeśli pominie się fakt, że działania rządu są przymusowe).

fragment „Rynek i wolność”
M.L. Tannehill
„książka” 2007-02-18

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. andrzej pisze:

    Szkoda ze o anachokapitalizmie mozna dyskutowac tylko w teorii. Nawet Stanom w XIXw troche brakowalo. Jest to rowniez przyczyna silnego paradygmatu istnienia wladzy. Nawet wsrod wielu libertarian.
    Pytanie czy jest mozliwa spolecznosc bez panstwa? – jest uzasadnione. Wedlug mnie jesli juz to na dzien dzisiejszy w przypadku jakis mylych regionow. Wolne miasta-panstwa np. Hongkong.
    Co wazniejsze takiego pytania libertarianie, wolnorynkowcy nie powinni sobie w ogole zadawac, bo głownie ono sprawia ze trzymaja sie takiego paradygmatu. Bycie anarchista to po prostu nie tolerowanie jakiejkolwiek przemocy i to jest podstawa, a nie myslenie ze anarchizm jest mozliwy.

  2. Nataniel pisze:

    Wniosek. Nikt nie ma czasu na czytanie tasiemcow, po to zeby reagowac.

  3. magglownica pisze:

    Ale się uśmiałem z ostatniego zdania Andrzeja pewnie jest anarchistą który wie że bycie nim nie jest możliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *