W objęciach inflacji

chat-dymki
6

Coś się w światowej gospodarce zmienia, to pewne, mówi Tom Stevenson z brytyjskiego The Telegraph, nie wiadomo jednak co.

Złoto drogowskazem

Nie trzeba być Pytią, żeby dostrzec podstawowy trend. Są nim szybko rosnące ceny ropy naftowej i złota, a właściwie wszystkich towarów (commodities), począwszy od miedzi, cementu, a na tłuszczu wieprzowym kończąc. Jednych ekonomistów taki stan rzeczy cieszy, bo świadczyć ma o rosnącym popycie, czyli o rozwoju, innych – tych bardziej dociekliwych – martwi. Dostrzegają w nim piętno inflacji. A naprawdę trudno go nie dostrzec. Ceny złota w ciągu ostatnich sześciu lat wzrosły o ok. 200 procent, osiągając w początkach maja 2007 sąsiedztwo 700 dolarów za uncję. Mówi się już o następnym progu, 800 dolarów, który ma zostać pokonany jeszcze tego lata. W trakcie Olimpiady w Pekinie, czyli mniej więcej za rok, paść ma granica 1000 dolarów.
Co prawda zapotrzebowanie na złoto dla celów jubilerskich czy technologicznych rośnie, rośnie ono mimo wszystko wolniej niż wydobycie kruszcu, nie uzasadnia więc aż tak wysokich cen żółtego metalu. Jedynym wytłumaczeniem jest inflacja. Ludzie czując spadającą siłę nabywczą swoich walut, uciekają do prawdziwego pieniądza. Srebro też rośnie. Mniej więcej w tym samym tempie co złoto.

Skąd ta inflacja?

Ma ona swe źródła w dwóch zjawiskach: deficycie w wydatkach publicznych i polityce monetarnej. Oba mają wymiar polityczny. Świat znalazł się w kleszczach inflacji z winy polityków – mówią ekonomiści Instytutu Misesa – bardziej dbających o swoje szanse wyborcze niż o dobry stan gospodarki. Nadmierne wydatki wpływające na deficyt, to skutek łagodzenia napięć społecznych poprzez rozbudowanie socjalu (welfare). Nawet Stany Zjednoczone nie są tu wyjątkiem. Uchwalony właśnie rekordowy budżet w wysokości ok. 3000 miliardów dolarów, jest wprawdzie budżetem wojennym (warfare), ale i bez wydatków militarnych, widać na nim ślady makijażu, jaki swemu upadającemu wizerunkowi stara się zrobić prezydent Bush. Cła, kwoty importowe, inne zapory w imporcie, a jednocześnie wzrost subsydiów dla rolnictwa, przemysłu ciężkiego, zasiłków dla ubogich i innych świadczeń socjalnych mocno podnosi saldo deficytu, który ma w tym roku zbliżyć się do bariery 500 miliardów dolarów, czyli sięgnąć 16 proc. wszystkich wydatków publicznych USA.
Druga zmienną proinflacyjną jest polityka monetarna, która – z niewielkim wyjątkami, i tu należy się ukłon pod adresem ECB, banku centralnego Unii Europejskiej – robiona jest pod życzenia polityków, co najlepiej widać po Stanach Zjednoczonych, gdzie prezesi rezerwy Federalnej, najpierw Alan Greenspan, potem Bob Bernanke kokietowali swych prezydentów, zwiększając podaż pieniądza bez pokrycia, aby go nie zabrakło dla celów polityki populizmu i na działania wojenne. Doprowadziło to do bezprecedensowego od ćwierć wieku wzrostu cen nieruchomości, a równocześnie do zagrożenia kryzysem finansowym na skalę niespotykaną od czasów Wielkiej Depresji. Banki komercyjne czując na sobie życzliwy oddech banku centralnego, pożyczały jak szalone. Zapominając często o elementarnej przezorności, czego efektem jest niespotykana od 30 lat ilość przejęć (foreclosures) za nie wywiązywanie się z zobowiązań kredytowych. Mimo wprowadzonych 3 lata temu utrudnień w deklarowaniu bankructwa, liczba upadłości rośnie najszybciej od 2000 roku. Pod tym względem Europa jest znacznie bardziej ostrożna, co w pewnym sensie tłumaczy silną aprecjację euro, zwłaszcza w stosunku do dolara.

Ropa – chłopiec do bicia

Ignoranci winą za inflację obciążają rosnące ceny ropy naftowej, zapominając że jest dokładnie odwrotnie. To nie droga ropa wpływa na osłabienie siły nabywczej dolara, który jest walutą rozliczeniową w handlu ropą, lecz słabnący dolar podnosi ceny ropy. Słabość dolara wiąże się z jednej strony z luźną polityką monetarną FED, z drugiej zaś z deficytem wywołanym działaniami wojennymi. Obniżenie zdolności produkcyjnych amerykańskich rafinerii, niepokoje w Wenezueli i Nigerii, regulacje ekologiczne, czy nawet rosnący w świecie (Chiny, Indie) popyt na paliwa ropopochodne tylko w niewielkiej części tłumaczą silny trend wzrostu cen na ropę naftową. Główny winowajcą jest wojna i słaby dolar.
Mimo tych pesymistycznych wizji stan światowych rynków papierów wartościowych jest zdumiewająco dobry. W Stanach Zjednoczonych indeksy S&P 500 i Dow Jones przekroczyły poziomy sprzed kryzysu „internetowego” z 2000 roku i nadal mają tendencję wzrostową. W Europie wzrosty są jeszcze bardziej znaczące: niemiecki DAX jest dziś na poziomie 7740 punktów, a więc o ponad 5200 powyżej tego, co notował 4 lata temu; brytyjski FTSE 100 zyskał w tym czasie ponad 100 procent, a francuski CAC 40 – 150 procent. Ruszył wreszcie, po blisko 15 latach bezwładności, indeks giełdy japońskiej, Nikkei 225. Mimo protekcjonistycznej polityki Tokio, hamującej rozwój gospodarczy Japonii, giełda osiągnęła tam aprecjację rzędu 90 procent w ciągu ostatnich 5 lat. Giełdy latynoskie mają się jeszcze lepiej. Meksykański indeks IPC wzrósł w ciągu ostatnich 5 lat z 6000 punktów do ok. 30000 obecnie, wzrost ok. 400 procent. Podobnie jest w Brazylii, gdzie od 2003 roku do dziś Bovespa zanotowała aprecjację z 12000 do 51700 punktów. Jeszcze większa hossa panuje w Argentynie, gdzie indeks Merval wzrósł z 270 punktów w 2003 do 2170 obecnie (wzrost 700 procent!). Znakomicie radzi sobie polski WIG, rynek czeski, jeszcze lepiej rosyjski i chiński, turecki, a zwłaszcza Zimbabwe, gdzie aprecjacja jest najwyższa w świecie – indeks giełdy w Harare wzrósł od początku roku o 595 procent, w ciągu ostatnich 12 miesięcy aż o 12000 procent. Tę ostatnią informację podałem jedynie po to, aby zwrócić uwagę, że sytuacja na rynku papierów wartościowych nie zawsze jest jednoznaczna. Wzrosty w Harare, w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Wielkiej Brytanii czy Brazylii wywołane są w duży stopniu inflacją, która zamknęła się w transakcjach giełdowych. Zrealizowane zyski na akcji X lokowane są w akcję Y, która rośnie po to, żeby zasilić portfel inwestycyjny kolejnych akcji czy obligacji i tak ta bańka mydlana rośnie. Co będzie jak pęknie?
Polska jest tu szczęśliwym wyjątkiem, ale to jeszcze rezultat powściągliwej polityki monetarnej Leszka Balcerowicza. Jego następca nie będzie taki dla polskiej waluty łaskawy. Spadki, a nie żadne tam korekty, zaczną się już pod koniec roku 2007. Giełdzie „pomoże” fiskalizm rządu Kaczyńskiego, brak reformy służby zdrowia i zahamowanie prywatyzacji.

Ślepa uliczka?

Gdyby nawet dzisiaj z rynku papierów wartościowych uciekać to nie bardzo wiadomo dokąd. Jeśli można mówić mimo wszystko o istnieniu azyli, to raczej w kategoriach schronu przed inflacją, niż jakichś spektakularnych zysków. Najlepszym azylem dla pieniędzy inwestycyjnych jest bez wątpienia złoto. Dopóki obecna polityka monetarna będzie trwać, dopóty złoto uchroni nas przed spadkiem siły nabywczej pieniądza. W Polsce sygnałem do odejścia od złotego będzie poziom inflacji nie radzący sobie z celem inflacyjnym, a więc już niewiele powyżej 2,5 procenta, przez co najmniej kwartał. Spadek popytu na nieruchomości w Stanach Zjednoczonych doprowadził do spadku ich ceny, co przy stosunkowo niskim oprocentowaniu kredytów hipotecznych, stwarza jakąś pokusę. Wbrew pozorom, Stany Zjednoczone są najbardziej odporne na recesje, tym bardziej że w ostatnich dniach maja b.r. zaczęto mówić o znacznym ograniczeniu obecności Amerykanów w Iraku i Afganistanie. Ameryka bez wojny, po rychłym odejściu George’a W. i neoconów będzie znowu prosperować. Atrakcyjnie wyglądają wciąż nieruchomości w basenie Morza Śródziemnego, w nowych krajach UE, zwłaszcza w pięknej Bułgarii, a także na wschodzie (Ukraina, Białoruś), choć te ostatnie to wciąż duże ryzyko. Polska ziemia też spod ogona nie wypadła i powinna w najbliższych 3 – 4 latach przynieść od 100 do 150 procent. Jak chodzi o giełdę, to wielkiego wyboru nie ma. Prym wieść będą rynki wznoszące: Ameryka Południowa, a także aspirujące do wejścia do UE: Turcja i Chorwacja, a może także Gruzja i Azerbejdżan. Na pewno też Chiny, o których ze swadą i ignorancją pisze Piotr Kuczyński z Xeliona, że „się schładzają”, może też Indie, choć to akurat zależy od tego jak rozwiążą obecny kryzys polityczny, będący starciem nowego wiatru w gospodarce ze starymi trendami socjalizmu a la Gandhi i Nehru.
Jeśli ktoś nie lubi inwestować w nieznane, może się nadal trzymać giełdy nowojorskiej, londyńskiej czy tokijskiej, choć w perspektywie 3 – 5 lat raczej cudów tam nie będzie, a jeśli już to bardziej w obligacjach niż akcjach. Ktoś przecież będzie musiał spłacić długi Busha, Blaira, Chiraca i innych wielkich utracjuszy. To tyle, jak chodzi o najbliższe lata. Co potem? Potem musi nastąpić „zmiana”, czyli to coś, o którym Tomowi Stevensonowi jeszcze nie wiadomo. Na czym będzie ona polegać? Na dalszym zwiększeniu wolności i odejściu od etatyzmu, jaki zapanował wraz z powiększeniem się Unii Europejskiej i wojnami Ameryki. Wymagać to będzie zmiany systemu politycznego, czego rezultatem będzie ucieczka od deficytu w wydatkach publicznych, urynkowienie polityki monetarnej poprzez wprowadzenie standardu złota i znaczne ograniczenia uprawnień banku centralnego, a także zniesienie barier w handlu międzynarodowym. Mrzonki? Zobaczymy. Na pewno na rozrzutność nie stać już nawet najzamożniejszych. Pracujemy coraz ciężej, konkurencja jest ogromna, nie można sobie pozwalać na to, aby politycy marnotrawili owoce naszego wysiłku.

Trendy w finansach
Jan M. Fijor
„różne” 2007-05-27

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. RSA pisze:

    Niezwykle ciekawy artykuł.

    Ja muszę się przyznać ze wstydem, że moja edukacja ekonomiczna kuleje. Trudno mi zrozumieć niezwykle dużą różnicę w stopie zwrotu (w Polsce)pomiędzy z jednej strony lokatą bankową, obligacjami, a z drugiej strony funduszami inwestycyjnymi. Przecież to jest w piewszym przypadku 4% rocznie, w drugim – 75% (Legg Mason) czy ponad 100% (DWS Top 25). To nie jest różnica nawet 2-3 krotna, tylko ponad rzędu wielkości.

    O ile dobrze zrozumiałem pana tezy, twierdzi pan że ten trend się prawdopodobnie zmieni, i to może nawet w tym roku?

    Dlaczego?

    Nic nie wskazuje na to, że popyt na mieszkania, cement, samochody czy komputery nagle w Polsce spadnie. Niektórzy wskazują jako datę graniczną rok olimpiady w Pekinie – 2008. Mimo wszystko trudno mi uwierzyć, że jedna impreza sportowa, niechby największej rangi, ma decydujący wpływ na gospodarkę w skali globalnej.

  2. Jan M Fijor pisze:

    Nie ma aż takiej różnicy w „sredniej” stopie zwrotu – bank 3,1 proc., gielda 8-12 proc. Czasami jednak sa okresy hossy i wtedy mamy 75 procent. Co do przyczyn, to sa one zlozone. Napisze o nich obszerniej wkrotce. Tutaj jednak sugeruje jedna: INFLACJA!
    Uklony
    Jan M Fijor

  3. ZQW pisze:

    Ciężko przewidzieć przyszłość , ale co dolara to wszyscy są zgodni.Będzie spadać.Przemysł amerykański „zoutscourceował” swą produkcję do Azji,więc firmy amerykańskie w dużej części to wydmuszki. Sam importowałem towary z USA to wiem , że trzeba czekać ok. 2 miesięcy aż „zdążą wyprodukować” ( tj. dopłynie towar z Chin ). Więcej kontaktów handlowych z USA nie zamierzam utrzymywać bo się na nich zawiodłem.
    Chociaż jak dolar jeszcze trochę spadnie , kto wie ?

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Outsourcing ma dzialanie wzmacniajace gospodarke, a wiec i dolara. Tym co go oslabia jest samowola FED i prezydenta, a takze rosnaca sila panstwa. Import z USA? Dobry pomysl! Zycze sukcesow Jan M Fijor

  5. mclewan pisze:

    tia..warunki do komentowania tragiczne ale i tak wydaje mi się że Pan Foijor troszeczkę wczorajszy.Co za piekny bełkot! Cała Ameryka kombinuje jak inwestować zagranicą z pominięciem spadającego na łeb dolara a F.o bezpiecznym inwestowaniu na giełdzie NY…pycha!Jak to śpiewał Stuhr?Każdy śpiewać może..jeden lepiej drugi gorzej

  6. Jan M. Fijor pisze:

    ciekawe jak by pan spiewal, gdyby panu wyparowalo z konta emerytalnego (jak mnie) 75 procent jego stanu z 2000 roku. uklony jmf

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *