Pszczoły i ludzie

chat-dymki
1

Sayed ma 28 lat, jest absolwentem wydziału filologii francuskiej niewielkiego uniwersytetu w pobliżu Aleksandrii. Od trzech lat pragnie się ożenić, ale go na ożenek nie stać, mimo iż obok etatowej pracy w jednej ze szkół w pobliżu Asuanu, Sayed prowadzi z bratem dwa biznesy – pamiątki dla turystów i wyroby szklane.

Pracuje po 18 godzin na dobę, nie wie co to urlop, śpi na podłodze jednego ze swych sklepów, bo w ten sposób oszczędza na czynszu, a mimo to z trudem utrzymuje siebie, matkę i dwóch młodszych braci, którzy uczą się w szkole dla kucharzy.
– Dlaczego, Sayed, jesteś biedny? – pytam.
– Bo urodziłem się Egipcie, gdzie człowiek jest pszczołą.
Inaczej swe ubóstwo tłumaczy Jamal, recepcjonista jednego z hoteli w Kairze. – Jestem biedny, bo urodziłem się w biednym kraju. Turyści z Francji, Włoch, a nawet z Polski są bogaci, bo urodzili się w bogatym kraju. Nie może uwierzyć, kiedy mu opowiadam o biedzie panującej jeszcze 20 lat temu w PRL. O ile Sayed nie daje za wygraną i walczy o lepsze życie, o tyle Jamalowi nie mieści się w głowie możliwość awansu, czy jakiejś znaczącej zmiany. Sayed jest pracowity i uparty, Jamal uważa że jeśli spotka go coś dobrego w życiu, to tylko od innych ludzi i dlatego nie przestaje cytować przemówień Hosni Mubaraka i wychwalać statystyk rządowych; piąte miejsce w światowej produkcji gazu ziemnego, 20-te w wydobyciu ropy naftowej, światowa czołówka w produkcji energii elektrycznej, w bawełnie, mango, owocach cytrusowych, przemyśle farmaceutycznym, turystyce i kilku innych dziedzinach. Jamal, Yussuff, Hassan i wielu moich rozmówców, to ludzie dumni z osiągnięć swego kraju. Na pytanie: skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? Milkną, zmieniając temat. Sayed nie milknie. Sayed wie…
Większość Egipcjan, a kto wie czy nie wszyscy wyznawcy Proroka uważają, że człowiek jest istotą bezwolną, która żyje jak pszczoła. Grupuje się w rój czyli stado, żeby przetrwać swój trudny los. Chyba, że – tak jak turyści – ma szczęście i pochodzi z rodu faraonów. Dlatego, nawet żyjący w dostatku Egipcjanin wyciąga rękę po bakszysz, który jest przejawem boskiej sprawiedliwości. Bakszysz – z arabskiego: podziel się majątkiem – to akt boskiej dobroci, pozwalający mniej szczęśliwym pszczołom przetrwać.
Pogańska koncepcja człowieka – pszczoły powstała przynajmniej 5000 lat temu, już w okresie I dynastii, islam i jego wyznawcy ją tylko udoskonalili, utwierdzając człowieka w przekonaniu, że w jego życiu wszystko jest już określone. Ten determinizm wyznawców islamu jest zdumiewający i destruktywny. Dlatego pośród 58 krajów muzułmańskich, nie ma ani jednej demokracji, czy choćby czegoś zbliżonego do ustrojów europejskich. Dominuje dyktatura mniej lub bardziej oświeconych królów, szejków i mniej lub bardziej oświeconych duchownych islamskich.

Arabski Pentalog

Egipt, obok Libanu, jest najbardziej zróżnicowanym religijnie krajem islamu. Blisko 10 procent ludności stanowią Koptowie, ponad 1 procent chrześcijanie, reszta – prawie 88 procent to muzułmanie. Oni rządzą krajem, ich kultura i wiara dominują Egipt od co najmniej pół wieku.
Islam ma tylko pięć przykazań. Cztery dotyczą transcendencji. Jedno świata realnego, a i to jego realizm nie jest do końca rzeczywisty.
Wyznawcy Allacha i Mahometa, czyli wiernemu nie wolno mieć innych bogów prócz Allacha. To pierwsze i najważniejsze przykazanie. Wierny musi też modlić się pięć razy dziennie; pierwszy raz o 4 rano, ostatni – o zmierzchu. Drugie przykazanie, to hadżdż, czyli obowiązek odbycia pielgrzymki do Mekki, złagodzony ostatnio – z powodu wysokich kosztów takiego przedsięwzięcia – dyspensami uwzględniającymi inne, bliższe lokalizacje: Jerozolima, Kum, Karbala czy Kairuan. Czwarte przykazanie islamu to obowiązek świętowania ramadanu, czyli miesiąca postu i wstrzemięźliwości, od wschodu słońca do zmierzchu. Przykazanie ostatnie, właśnie to świeckie, dotyczy jałmużny. Wyznawca islamu musi szczerze i hojnie pomagać biednym, swojej rodzinie, a szczególnie młodszemu rodzeństwu. Szacunek do biedy jest tak wielki, że nędzarzy zwalnia się z postu w czasie ramadanu. Tym, którzy żyją z ubóstwie mogą w ciągu świętego miesiąca poszaleć.
Czy trudno zrozumieć, dlaczego bieda jest w islamie znacznie bardziej uświęcona niż w katolicyzmie? Res sacra miser – to właściwie przykazanie islamskie. Pobożny egipski zjadacz placków kukurydzianych chętniej widzi siebie biednym niż bogatym. Nie pogardza się wprawdzie bogactwem, bo majątek też pochodzi od boga, bogatym ma się jednak za złe. Z tego powodu, prawo islamskie (szariat) surowo zabrania pobierania odsetek od kredytu, wykorzystywania przewagi w interesach, a chciwość jest ciężkim grzechem. Można sobie wyobrazić, jakie spustoszenie wiara Mahometa sieje w psychice Arabów, skądinąd, urodzonych handlarzy i biznesmenów. O ile Żydzi potrafią sobie radzić zarówno z bogactwem, jak i bogobojnością, o tyle dla Araba dobra doczesne to źródło grzechu i zdrady wobec boga. Tę schizofrenię wykorzystują cwani politykierzy i duchowni, w których rękach znajdują się dusze wiernych. W chwili słabości Jamal wyznał, że nienawidzi swojego prezydenta i przedstawiciela do parlamentu, którzy go oszukują i wykorzystują. Niedługo później, w czasie modłów, prosił jednak Allacha o pomyślność dla nich. O ile niewiernemu, jak my, trudno dotrzeć do duszy muzułmanina, o tyle bez trudu docierają do niej dyktatorzy, szejkowie, wcielający się w mędrców i proroków pseudodobroczyńcy w rodzaju: Nassera, Husajna, Asada, Sadata, czy obecnego prezydenta Egiptu, Hosni Mubaraka. Dramatem krajów muzułmańskich jest pomieszanie władzy świeckiej z nadprzyrodzoną.

Wielki Brat

W Egipcie politycy nie zarabiają wiele; ekwiwalent 1000 dolarów miesięcznie i to na wyższych stanowiskach. Oni jednak ustalają komu co wolno i za ile. Krajem rządzi – podobnie jak w Arabii Saudyjskiej, Indiach czy Pakistanie – kilka lub kilkanaście uprzywilejowanych rodzin – w rękach których znajduje się gros majątku. Im ten system dobrze służy. Mohamed Ahmed Massud, poseł do parlamentu z rejony Hurghady wystarał się o remont nawierzchni ulicy Szpitalnej. Tajemnicą poliszynela jest to, że przy ulicy znajduje się nie tylko szpital. Także, a nawet głównie, dwa hotele p. Massuda. Chcesz mieć szkołę nurkowania – opłać się; chcesz sklep z pamiątkami – to samo. Oni wiedzą, którędy poprowadzona zostanie droga i zanim pojawią się jej plany, kupują tereny, na których droga powstanie. Tego rodzaju patriarchalny socjalizm jest dla islamu ustrojem niemal naturalnym.
Mimo to Egipt już trzeci rok z rzędu rozwija się w tempie 5 – 6 procent rocznie. Jak na 80.milionowy kraj dynamika przyzwoita. Owoców rozwoju jednak nie widać. Pochłania je właśnie socjalizm. I chociaż w 2005 roku, premier Ahmed Nazif doprowadził do reform gospodarczych, mających unowocześnić zdecentralizowany system odziedziczony jeszcze po Nasserze, istniejący kult jednostki, gigantyczne projekty państwowe i paraliż decyzyjny na niższych szczeblach hamują proces przemian. Na każdym kroku rażą wstrzymane budowle, niedokończone domy, drogi do nikąd, a nawet kurorty nad Morzem Czerwonym. System bankowy jest skorumpowany i skostniały, dlatego brakuje kapitału. Egipt nie jest krajem atrakcyjnym nawet dla rodzimy przedsiębiorców uprzywilejowanych. Dlatego nawet w tak atrakcyjnych miejscach, jak Hurghada, czy Porto Sokhna, kurortach nad Morzem Czerwonym, inwestorzy mają trudności ze zbytem luksusowych mieszkań w cenie 25 – 50 tys. dolarów za 100 – 150 metrowy apartament. Mimo bezpieczeństwa, niskich podatków (ok. 10 procent), pogodnego usposobienia Egipcjan i pogodnego klimatu, kraj nie cieszy się zainteresowaniem inwestorów, zwłaszcza spoza obszaru języka arabskiego, i pod tym względem niewiele się zmienia.
Ogromne koszty pochłania utrzymywanie się establishmentu przy władzy. Na pomoc biednym, wojsko i policję idzie gros deficytu budżetowego sięgającego ekwiwalentu 35 mld dolarów, 10 procent PKB. I dlatego, nędzarzy, wojska i policjantów tam nie brakuje. Trudno o bardziej policyjny kraj od Egiptu. Pod względem swobody poruszania się przypomina ZSRS. Nawet niewielki wyjazd poza miejsce zamieszkania wymaga zezwolenia komisarza policji. Turyści mogą się poruszać jedynie w grupach zorganizowanych, a i to towarzyszy im nieustannie anioł stróż. Formalnie, nadzór ten podyktowany jest ochroną przed terrorystami, jednakże większość policji służy ochronie reżymu. Podobnie, jak niegdyś w krajach b. obozu socjalistycznego, stanowią elitę cieszącą się specjalnymi przywilejami i korzystającą z owoców władzy. Mają swoje sklepy za żółtymi firnami, swoje kluby, ba, nawet restauracje wyłącznie dla wojska i policjantów.
Mimo tak silnego nadzoru, a może właśnie z jego powodu, Egipt znajduje się wysoko na liście statystyk przestępczości. Z raportów CIA wynika, że tędy wiedzie tranzyt „żywego towaru”, kobiet i dzieci z Europy Wschodniej via półwysep Synaj do lupanarów Tel Awiwu, czy z Afryki i Azji do centrów rozrywki w Rzymie, Amsterdamie i Londynie. Podobno specjalizują się w tym Beduini, niekoronowani władcy pustyni, która stanowi ponad 80 procent powierzchni kraju. Pustkowia sprzyjają także przemytowi heroiny, haszyszu i opium, dla których Egipt jest ważnym krajem tranzytowym.

Ludzie

Atutem kraju jest wysoki przyrost naturalny, najwyższy pośród krajów arabskich, dochodzący do 18 promil. Problem w tym, że ta ilość nie przechodzi w jakość. Gros egipskich dzieci otrzymuje marną edukację. Państwowy system oświaty jest na katastrofalnie niskim poziomie, na edukację prywatną – droższą niż w USA – stać tylko najbogatszych. Nauczyciel, jak Sayed, zarabia 650 funtów egipskich, ekwiwalent 325 złotych, co mu właściwie wystarcza na dojazd do pracy. Brakuje podręczników, a nawet szkół. Co prawda, rząd ma w planie „program usprawniania edukacji”, ale to – zdaniem Sayeda – niewiele pomoże. Egipcjanie po prostu nie lubią się uczyć. Nie ma tam parcia do wiedzy, jak w krajach Azji czy nawet w środkowej Afryce. Przeciętny fellach uważa, że formalna edukacja jest mu niepotrzebna. W kraju, który stawia na turystykę, w którym 9 milionów turystów to jedno z podstawowych źródeł dochodu narodowego, znajomość języków obcych jest przerażająca słaba. Gospodarce brakuje wykwalifikowanych kadr. Dominuje ignorancja i bierność, zwłaszcza wśród mężczyzn, którzy są „podstawową siłą narodu”. Ich obowiązuje bizantyjski styl życia: zarobić, ale się nie narobić.
Problem stanowią kobiety. I choć oficjalne dane mówią o pełnej aktywności zawodowej i cywilizacyjnej egipskich kobiet, w praktyce są one obywatelami drugiej kategorii. Na przykład, bicie dziewczynek po twarzy nie należy do rzadkości. Panem i władcą jest siedzący i mamlający w zębach cybuch wodnej fajki Mahomet, Ahmed czy Yousuff. Bezczynność i brak inicjatywy arabskich mężczyzn jest przerażająca, wynika ona po części z przyczyn ekonomicznych, głównie jednak ze złej interpretacji Koranu.
Turyście obeznanemu z dziejami wypraw krzyżowych trudno uwierzyć w doniesienia pobożnych rycerzy, których w krajach średniowiecznego islamu fascynowała czystość i troska o wspólny porządek. Dzisiejsi Saraceni z Kairu, Asuanu, Luksoru nie należą do miłośników czystości. Powiem więcej: kraj i jego ludzie są brudni. Pod tym względem przypominają Polskę z czasów PRL. Trudno żeby było inaczej. Przyczyny marazmu są identyczne; brak perspektyw, zniewolenie i lenistwo. Jeden Sayed niewiele tu zmieni…

(korespondencja z Egiptu)
Jan M. Fijor
„Nczas” 2007-07-18

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. faf pisze:

    bardzo ciekawy tekst

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *