Zaraza

chat-dymki
11

Wiele wskazuje na to, że trwający od kilku tygodni kryzys na światowych rynkach finansowych nie jest przejściowy. Jest on symptomem choroby, na którą od dłuższego czasu cierpi świat. O ile dotychczas rozwijała się ona w stadium utajonym, pod kontrolą, o tyle ostatnio weszła w fazę epidemii. Choroba nazywa się inflacją. Ze względu na jej dokuczliwość spróbujmy zastanowić się nad ogniskami zarazy i metodami jej terapii.

Diagnoza< R>
W ciągu paru ostatnich tygodni indeks Dow Jones Industrial Average stracił na wartości ponad 6 procent. Takiej bessy nie obserwowano na New York Stock Exchange od zamachu na World Trade Center, czyli od blisko sześciu lat. Za giełdą nowojorską sypnęły się parkiety Tokio, Londynu i w kilku innych stolicach rozwiniętego świata. Oficjalnym powodem załamania był kryzys na rynku kredytów hipotecznych w USA, a w jego konsekwencji, zagrożenie płynnością amerykańskich banków. Groźba ich upadłości wywołała panikę na całym świecie.
O kryzysie na rynku kredytów hipotecznych Stany Zjednoczone pisze się już od dobrych pięciu miesięcy, jednakże dopiero teraz strach zajrzał w oczy prezesów banków centralnych, którzy w popłochu zaczęli pompować na rynek nowe pieniądze. Pośrednią przyczyną paniki, i to jest właściwe określenie, było najpierw bankructwo wielkiej firmy kredytowej, American Home Mortgage Investment Corporation, w której portfelu znajdują się pożyczki hipoteczne wartości ponad 13 miliardów dolarów, a dzień później, 8 sierpnia, podobna decyzja o upadłości podjęta przez innego poważnego pożyczkodawcę, spółkę z Altanty, HomeBanc, z portfelem w granicach 9 miliardów dolarów. Powodem obu upadłości był krach tzw. pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka udzielanych jeszcze do niedawna masowo osobom z wątpliwą historią kredytową. Okazało się bowiem, że coraz więcej Amerykanów, których w latach 2004 – 2006 skusił boom na rynku nieruchomości, nie stać dziś na spłatę swoich pożyczek. W konsekwencji tracą swoje nieruchomości na rzecz wierzycieli, głównie banków.
Jednakże to nie upadłość AHMI czy HomeBanc były bezpośrednim powodem panicznej reakcji w gronie szefów polityki monetarnej. Stało się nim dopiero 8 sierpnia b.r. zawieszenie przez największy bank Francji (BNP Parias) obrotu trzema funduszami inwestycyjnymi, zarządzanymi przez Paribas. Powodem tak desperackiego kroku była zbyt duży w nich udział amerykańskich papierów dłużnych wysokiego ryzyka, opartych na sekurytyzowanych amerykańskich długach hipotecznych. Papiery te okazują się w coraz większym stopniu…papierem. Ponieważ do niedawna były one dla menedżerów funduszy inwestycyjnych atrakcyjną opcją inwestycyjną, amerykański kryzys na rynku kredytów hipotecznych rozlał się niemal na cały świat.

Pożyczki wysokiego ryzyka

Zastawem każdej amerykańskiej pożyczki hipotecznej, jak zresztą wskazuje jej nazwa, jest hipoteka nieruchomości, na kupno której pożyczka została zaciągnięta. Konsekwencją dłuższego zalegania ze spłatami jest przejęcie (foreclosure), czyli proces polegający na wystawieniu domu na aukcję i sprzedaży go w celu odzyskania przez bank zaległości. Tylko w 2006 roku takich foreclosures odbyło się w Stanach Zjednoczonych ponad 1,3 miliona1. Innymi słowy, ludzie stracili 1,3 miliona swoich domów. Część z nich kupili inwestorzy, reszta, z braku nabywców, wróciła do banku. Nie dość, że bank nie dostaje swoich pieniędzy, to na dodatek musi zajmować się utrzymywaniem nieruchomości, do czego – w przeciwieństwie do banków europejskich – nie jest przygotowany. Przewiduje się, że w bieżącym roku takich przejęć będzie nawet 3 miliony. To mniej więcej tyle, ile domów kupuje się w Stanach Zjednoczonych w przeciągu 10 miesięcy. Jest to szczególnie niepokojące, gdyż w czasach „normalnych” przejęć jest od 8 do 10 razy mniej. Jeśli sprawdzą się przepowiednie ekspertów możemy mieć do czynienia z największym kryzysem na rynku nieruchomości od czasu Wielkiej Depresji, czyli od 1933 roku. W ślad za nim kryzys przeżyją banki. Wprawdzie najświeższe doniesienia z federalnej agencji „budownictwa i urbanistyki” (Housing and Urban Development) mówią, że liczba nowych wniosków pożyczkowych wzrosła w pierwszym tygodniu sierpnia o ponad 8 procent, nie ma powodów do optymizmu. Od ponad roku rynek stoi miesiącach miejscu.
Jak to się stało, że na rynku kredytów wybuchł taki kryzys? Przecież jeszcze 2 – 3 lata temu było tak wspaniale. Oprocentowanie było najniższe od ponad pół wieku, kupujący walczyli o domy licytując ich cenę powyżej granic rozsądku, ceny wprawdzie rosły, ale za to pożyczki były tanie, a sprzedawcy zacierali ręce. Dlaczego nagle sytuacja się zmieniła i rynek nieruchomości stanął?
Żeby zrozumieć przyczynę krachu trzeba się cofnąć do początków prezydentury George’a W. Busha, a nawet do jego pierwszej kampanii prezydenckiej.

Populizm

Bush, który swoją prezydenturę zdobył pod hasłami obniżki podatków, obietnicy dotrzymał i kiedy znalazł się w Białym Domu stawki podatkowe zredukował. Dzięki rosnącemu wolumenowi wpływów podatkowych, mimo iż pierwszy budżet administracji George’a W. był o 40 procent wyższy od ostatniego budżetu Billa Clintona, rząd był wypłacalny. Problem w tym, że Bush, którego zwycięstwo było mimo wszystko wątpliwe, dla pozyskania sympatii wyborców, postanowił ich przekupić. Tuż po inauguracji swej prezydentury rozpoczął istny festiwal kosztownych darowizn: emerytom dał darmowe lekarstwa, rolnikom przywrócił subsydia, drwalom cła na import drewna z Kanady, a hutnikom kwoty na import konkurencyjnej stali. To jednak nic w porównaniu do wydatków związanych z wypowiedzeniem wojny terroryzmowi – najpierw talibanom w Afganistanie, potem Irakowi – po zamachu z września 2001 roku. Kto wie, czy między festiwalem prezydenta a wojną nie ma związku przyczynowo – skutkowego, my w każdym razie nie mamy na to dowodu.
Już w 2003 roku prezydentowi zaczęło brakować pieniędzy. Pamiętajmy, że początki prezydentury Busha to czasy ciężkiej recesji, odziedziczonej po poprzedniku. W walce z kryzysem prezydent wykorzystuje wsparcie ze strony sprawdzonego sojusznika władzy, jakim jest prezes banku centralnego (FED), w owym czasie, Alan Greenspan.
W zamian za obietnicę przedłużenia kadencji, Greenspan zgadza się na poluzowanie polityki monetarnej, co ma pomóc w walce z recesją. W konsekwencji dochodzi do 17 obniżek stopy dyskontowej, która w 2003 roku spada do poziom 1 procenta, najniższego od ponad pół wieku. N. b. w wyniku redukcji stóp procentowych i towarzyszącej mu podaży pieniądza od 2004 roku rozpoczyna się najdłuższy w dziejach amerykański waluty proces jej deprecjacji, wzmacniany rozmyślną polityką inflacyjną, czyli obniżaniem siły nabywczej dolara.
Dla mniej zorientowanych: obniżenie stopy procentowej polega na zwiększenie podaży pieniądza.
Na coś takiego banki tylko czekają. Z jednej strony, dzięki swej uprzywilejowanej pozycji, mają dostęp do pieniędzy po cenie hurtowej, z drugiej, dzięki łagodnym wymogom odnośnie poziomu obowiązkowych rezerw gotówkowych, mogą niemal bez ograniczeń kreować kredyt z powietrza. W 2004 roku, ostatnim roku stażu Alana Greenspana, rozpoczyna się jeden z największych w dziejach USA boom na rynku nieruchomości. Pieniędzy jest w bród, a gdyby nawet miało ich zabrakło, to by je wyprodukowano. Ponieważ w powietrzu czuć inflację, naród wylega na rynek, żeby kupić za wszelką cenę. Gorączka na rynku nieruchomości trwa mniej więcej dwa lata, potem, z chwilą uruchomienia przez następcę Greenspana, Bena Bernanke, programu studzenia pieniądza, obroty zaczynają słabnąć. W końcu w wyniku kilkunastu podwyżek bazowych stóp procentowych przez FED, rynek nieruchomości staje i ceny spadają. Resztę znamy.

Recepta Keynesa

Luźna polityka monetarna, znana też pod pojęciem ekspansji kredytowej czy taniego pieniądza to zjawiska modne od prawie stu lat. Właśnie wtedy brytyjski ekonomista, Lord John Maynard Keynes ogłosił swoją teorię, która miała dowodzić, że wstrzyknięcie do gospodarki pieniędzy, bez względu na to, czy są to pieniądze prawdziwe czy papier, jest dla tej pierwszej korzystne. Niestety teza ta okazała się fałszywa. Obalił ją Ludwig von Mises niemalże z chwilą jej powstania. Ekspansja kredytowa w oparciu o pieniądz wykreowany z powietrza, a nie z oszczędności, pisał Mises, jest na dłuższą metę źródłem inflacji i kryzysu. Mimo to paradygmat Keynesa cieszy się poparciem nie tylko polityków, ale i akademików. Dowodem tego są chociażby ostatnie decyzje banków centralnych, amerykańskiego FED i europejskiego, ECB. Ten pierwszy, mając w perspektywie widmo bankructwa banków wpompował do obiegu ponad 60 miliardów dolarów, bardziej spanikowany, unijny bank centralny, wpompował do obiegu z tego samego powodu aż 130 miliardów. Doprowadzi to do sztucznego obniżenia oprocentowania kredytów, a tym samym do spadku siły nabywczej pieniądza i inflacji.
Zastosowane lekarstwo jest więc gorsze od samej dolegliwości. Przecież cały obecny kryzys wywołany został właśnie nadmiarem pieniądza wykreowanego z powietrza, czyli pieniądza bez pokrycia w oszczędnościach i w produkcji. Taki pieniądz, to pieniądz inflacyjny. Zamiast zmusić banki do racjonalnej polityki kredytowej i poprzez ograniczenie podaży pieniądza, podwyższyć stopy procentowe, a tym samym obniżyć popyt na kredyt, banki centralne dały bankom do zrozumienia, że mogą brnąć dalej. To tak, jakby narkomana w trakcie kuracji odwykowej faszerować narkotykami, bo w ten sposób nie czuje on bolesnego skądinąd głodu. Nie dość, że go nie wyleczymy, to na dodatek możemy doprowadzić do takiego stanu, że dalsze leczenie nie będzie miało sensu.
Nie można zmienić skutków bez zmiany przyczyn, stąd mój początkowy wniosek, że kryzys potrwa dłużej, a kto wie czy nie przerodzi się w światową recesję. Nie przypuszczam, żeby „gubernatorzy” banków centralnych tego nie wiedzieli. Jeśli mimo to postępują błędnie, to dlatego, że dali się podporządkować władzy politycznej. A skoro tak, to może należałoby zweryfikować i zmodernizować obecny system monetarny. Wyjąć go spod władzy rządu i sprywatyzować, delegalizując przy okazji system rezerw cząstkowych, dzięki któremu cała ta niebezpieczna fikcja jest możliwa.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2007-08-11

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Sławomir Staszak pisze:

    Ostatnio przeczytałem na jednym z lewicowych portali taki oto dowcip:

    „Ilu liberałów potrzebnych jest do tego, aby wkręcić żarówkę?
    Ani jednego- Zrobi to za nich niewidzialna ręka rynku.”

    Ja znam podobny:

    „Ilu potrzeba socjalistów, aby wykręcić w ciągu doby wszystkie żarówki w Polsce?
    Wystarczy jeden, który w telewizji przeczyta obwieszczenie:
    *Żarówki albo życie!*

  2. zbig$ pisze:

    „Wyjąć go spod władzy rządu i sprywatyzować, delegalizując przy okazji system rezerw cząstkowych, dzięki któremu cała ta niebezpieczna fikcja jest możliwa.- „wniosek czesciowo falszywy: owszem likwidacja systemu rezerw czastkowych. ale nie prywatyzacja, bowiem on jest teraz prywatny – trzeba naprawde go poddac rzadom, ale te rzady kontrolowac,bo teraz to prywatne banki centralne (choc w nazwie maja domyslnie – panstwowy) kontroluja rzady przez ich finansowanie…

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Pieniadz jest niestety panstwowy, panstwa maja monopol na jego emisje i dlatego robia z nim prawie co chca. Rozpostarcie kontroli nad panstwem jest fikcja. I dlatego wlasnie napisalem o abolicji monopolu na emisje pieniadza. Z bankami jest inna historia. Jesli bedzie obowiazek posiadania 100 proc,. rezerw znikna rezerwy czastkowe, ktore sa oszustwem. Pozdrawiam Jan m Fijor

  4. JMF pisze:

    Zbigowi dodaje, ze piszac „wyjac go spod wladzy rzadu” mialem na mysli „pieniadz” a nie system rezerw czastkowych, bo ten jest juz (w pewnym sensie) poza wladza. Ale tylko w pewnym sensie, bo prawo – ktore jest czescia panstwa – dopuszcza kreowanie pieniadza z niczego i rezerwe obowiazkowa ponizej 100 proc.
    jmf

  5. Jarek Andrzejewski pisze:

    Może nie dla każdego mechanizm tego oszustwa (kreacji pieniądza dzięki rezerwom cząstkowym) jest jasny, więc podam link do artykułu to opisującego http://www.sciaga.pl/prace/getattach.html?aid=12279&amp;.doc. Nie wiem, kto jest autorem, a „leniuchom” polecam stronę 5, gdzie widać jak z 1000 zł zrobić ponad 27 tysięcy.

  6. Marek pisze:

    =$INDU&p=W&yr=3&mn=0&dy=0&id=t94408424510&r=5861&cmd=sendchart
    To slowa. Ale prosze popatrzec na powyzszy wykres gieldowy tego tak waznego wskaznika (indeksu) DJIA. Podaje wykres z trzech ostatnich lat. Jedna swieczka, na tym wykresie, to jeden tydzien na gieldzie. Wiec jak sie popatrzy na przestrzeni trzech ostatnich lat, to wykres gieldowy indeksu wcale nie wyglada zle. Bylo juz ptrzedtem kilka podobnych potkniec, podczas ktorych emocjonalni gdziennikarze przewidywali kataklizm amerykanskiej gospodarki, a przeto i swiatowej. Gospodarka nigdy nie idzie w gore po prostej lini, nawet gdy jej pieniadz bedzie oparty na frakcyjnych (czastkowych) rezerwach zlota, co przecie jest idealem leseferzystow. Ten 6 procentowy upadek Dow Jones Industrial Average, nawet nie dotknal niebieskiej lini tj. 50 Simple Mowing Average, co wskazuje na calkiem zdrowy spadek, czy odpoczynek przegrzanej z lekka gospodarki, po czym przypuszczalnie nastapi korekcja i gielda pojdzie znowu w gore. Co dziwne, to to, ze dziennikarze zauwazaja li tylko chwilowy odpoczynek gospodarki amerykanskiej, ktory jest znikomy w stosunku do niezwyklego jej wzrostu. Jednak niestety, takie to juz spojrzenie na swiat niepoprawnych egzystencjonalistow. Zauwaza na twarzy pieknej kobiety jakis niezauwazalny pieprzyk, aby znieksztalcic caly kobiety tej zdrowy i piekny obraz. Polski Nihilzm z natury? Byc moze

  7. JM Fijor pisze:

    Nie chodzi o wskazniki, lecz o przyczyne ich wzrostu. Wyjasnilem powody mojego niepokoju i bardzo chcialbym sie mylic.
    Uklony
    Jan M Fijor

  8. Andrzej pisze:

    http://biznes.onet.pl/14,1430924,,3254,ft.html
    „Czy banki miały rację podejmując te działania? Czy banki centralne – a szczególnie Europejski Bank Centralny (ECB), który wpompował do systemu więcej pieniędzy niż pozostałe banki centralne razem wzięte”

    Jak wytłumaczyć taka interwencje? IMO dziwna reakcja na kryzys nieruchomości w USA. Obawiam sie ze tak nie racjonalne zachowanie ma uzasadnienie tylko polityczne.
    Ciekawe rowniez jakie beda tego konsekwecje. Ostatnio w jednym z artykulow Pan chwalil EBC za ich interwenje w przeciwienstwie do FED …

  9. Jan M. Fijor pisze:

    NIgdy nie chwale bankow centralnych, bo jestem ich przeciwnikiem. Czasem moge tylko uznac mniejsze zlo. Nie przypominam sobie czegos innego. Argumenty polityczne, to po prostu zlodziejstwo. Zabiera sie jednym zeby dac drugim. Zgadzam sie z tym, co pan napisal Uklony Jan M Fijor

  10. Krzysztof Młody pisze:

    Noooo Panowie pocieszyliście mnie wszyscy :
    Może być tak,
    może być troszki nie tak ,
    albo całkiem zupełnie inaczej 🙂
    Polecam :
    http://www.michalkiewicz.pl/gp_2007-01-18.php

  11. Zygi pisze:

    Jan zapomniał, że FED jest prywatny, czy co?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *