Korupcja

chat-dymki
6

Gdyby Kaczyński naprawdę chciał zlikwidować korupcję, to by się zabrał za reformę prawa, a nie tworzenie CBA. W systemach przeregulowanych, gdzie każdą najmniejszą aktywność człowieka reguluje ustawa lub rozporządzenie władzy, korupcja jest ratunkiem. Uruchamia energię zamrożoną przez nadmiar ustaw. Jej alternatywą jest paraliż administracyjny.

Ze strzępów wypowiedzi uczestników zjazdu Prawa i Sprawiedliwości dociera przekonanie, że przegrani, czyli PiS tego nie rozumieją. Uważają oni, że powodem klęski wyborczej był z jednej strony strach Układu przed działaniami Centralnego Biura Antykorupcyjnego i bezkompromisowością premiera Jarosława Kaczyńskiego, z drugiej zaś naiwność narodu, który w działaniach PiS i CBA szansy na likwidację korupcji nie dostrzegł.
Oba człony tej tezy są niestety błędne.
Primo, posądzanie jakiegoś „układu” o to, że jest w stanie poruszyć umysły kilkudziesięciu milionów Polaków jest absurdalne. Secundo, jestem przekonany, że Polacy dostrzegliby determinację rządu w walce z korupcją, gdyby rząd ten – zamiast walczyć z koruptantami – chciał naprawdę chociaż minimalnie zredukować samą korupcję. Istnienie CBA i wojny z korupcją to gwarancja istnienia korupcji. Trudno sobie wyobrazić, że te kilkaset osób z takim pietyzmem wybranych spośród tysięcy amatorów śledzenia zrezygnuje z ciekawej, dobrze płatnej i gwarantującej władzę i wpływy pracy. Staną na głowie, aby jej nie stracić. Jeśli by w jakiś cudowny sposób Polacy przestali się nawzajem korumpować, uczynią to agenci CBA. Tymczasem zarówno CBA jak i retoryka walki z korupcją ignorowały kompletnie jej przyczynę, czyli nadmierny interwencjonizm; chore prawo regulujące najdrobniejszy aspekt naszego życia, ograniczające równocześnie wolność gospodarczą. Najlepszy dowód, że pierwszymi ofiarami CBA byli politycy PiS, a więc funkcjonariusze reżymu, który tę organizację ustanowił.
Nie byłoby przecieku ze sprawy Leppera i aresztowania ministra Janusza Kaczmarka, prezesa Jaromira Netzla, czy oskarżeń pod adresem Ryszarda Krauzego, gdyby prawu własności przywrócono jego oryginalne, zapisane w konstytucji brzmienie. W tym konkretnym przypadku chodzi o to, aby właściciel gruntu miał prawo rozporządzać nim wedle własnego uznania i interesu. Jakim prawem minister rolnictwa czy jakiś inny urzędnik ma decydować o tym, że ja zamiast uprawiać fasoli chcę na swoim polu wybudować gościniec? To prawo do „odrolniania” ziemi przydzielone rządowi rodzi pokusę korupcyjną, której żadne biuro antykorupcyjne, włącznie ze stalinowską policją tajną i gestapo zwalczyć nie jest w stanie. To znaczy potrafi, ale pod warunkiem, że zakaże jakiejkolwiek działalności gospodarczej.
Największa afera korupcyjna IV RP spowodowana była nadużyciem władzy, a konkretnie, bezprawnym, choć legalnym ograniczeniem prawa własności. Nota bene, z jednej strony wypłaca się ogromne subsydia rolnikom, za to, żeby nie uprawiali swojej ziemi, z drugiej zaś zakazuje używania ziemi na cele nierolnicze. Przecież to jest celowe utrzymywanie okazji do korupcji.
A czymże się różni od tego najsłynniejsza afera korupcyjna III RP?
Lew Rywin nie mógłby korumpować Michnika, ani Michnik Rywina, gdyby częstotliwość radiowa była prywatna a właściciel czy użytkownik fal radiowych, który za nie zapłacił mógł robić z nimi co zechce, w ramach reguł uznanych prze społeczeństwo i potwierdzonych przez sądy za słuszne. Dlaczego władze mogły zabronić Adamowi Michnikowi i jego koncernowi nadawania audycji radiowych czy telewizyjnych? Przed czym nas chciały chronić? Że za dużo ludzi będzie słuchać Radia Michnik? Czy że za dużo ono zrobi? Gdyby panowała wolność nadawania, a nas traktowano jak osobników zdolnych do podejmowania racjonalnych decyzji o tym, kogo słychać, a kogo nie, do żadnej korupcji by nie doszło, bo nie miałaby ona sensu.
Pomijając niejasności związane z rolą posłanki Sawickiej w aferze korupcyjnej, gołym okiem widać, że jej korupcja miała analogiczne źródła. To, że posłanka Sawicka mogła ustawiać przetarg na Helu było możliwe dzięki temu, że państwo polskie jest własnością majątku, którego nie kupiło, co więcej, nie miało prawa kupić, bo i jak. Podatki, z których państwo się utrzymuje służą wyłącznie opłacaniu niezbędnych kosztów wspólnych: dróg, wojska, policji, polityki zagranicznej, parków narodowych, więzień, ewentualnie zdrowia i edukacji. Państwo nie ma prawa inwestować w nieruchomości, od tego są obywatele. Jeśli komuś nieruchomość skonfiskowało ma go obowiązek oddać. Jeśli przejęło za niezapłacone podatki, ma obowiązek sprzedać i powstały niedobór podatkowy natychmiast wyrównać.
Gdyby działka na Helu była prywatna, korupcja byłaby niemożliwa! Trudno sobie wyobrazić, że za dom, za który chcemy sprzedać za 500 tysięcy złotych, ktoś nam zaoferuje 200 tysięcy plus 100 tysięcy łapówki i my się na to zgodzimy. Natomiast wójt gminy czy jakiś inny biurokrata chętnie sprzeda majątek gminny, czyli niczyj wartości 500 tysięcy złotych za połowę tej ceny, jeśli mu dać 50 tysięcy w formie wziątka.
Jak taką korupcję zwalczyć? Można zabić wójta, ale lepiej sprywatyzować majątek gminny! Prywatyzacja nikomu nie przyniesie straty, chyba że uznać za nią nadmierne wydzielanie się żółci u zawistnych sąsiadów.
Małgorzata Ostrowska wzięła 155 tysięcy zł łapówki, ponieważ jakiś kretyn wymyślił kolorowanie paliw. Olej paliwowy pozbawiono części wartości ekonomicznej, nadając ją farbce, którą go zabarwiono. Przy czym kolor nie zmienia właściwości oleju. Bez względu na to, czy jest on zielony, czerwony czy niebieski jest takim samym olejem. Gdybym miał diesla, to pewnie sam byłbym skorumpowany, bo do dzisiaj nie wiem, jaki jest legalny kolor oleju opałowego, a jaki nielegalny. Zamiast walczyć z mafią paliwową, należy zwalczyć mafię od farbek. To nie Ostrowska powinna iść do kryminału, tylko minister, który wymyślił to farbowanie.
Korupcja ma swoje źródło w chorej strukturze własnościowej i ograniczeniach wolności obywateli. Ludwig von Mises napisał: „każdy akt ingerencji rządu w proces rynkowy musi być uznany – z punktu widzenia obywateli – albo za konfiskatę, albo za podarunek.” Władza jednym zabiera, drugim daje. Normalny człowiek nie chce, żeby mu coś zabierano siłą. Wszyscy zaś chcą żeby im dawano. Tworzy się więc kocioł; jedni walczą o to, by zatrzymać to, co władza chce im skonfiskować, inni, o to by władza skonfiskowała coś innym i podarowała im. Zamiast w ciszy i skupieniu pracować nad poprawą własnego bytu, ludzie uganiają się za tym, co ich, albo co nie ich. To jest paranoja.
Gdyby premier Kaczyński i jego rząd naprawdę chciał zlikwidować korupcję, to by walczył z prawem, które ją tworzy. Nie robił tego, bo i jego rząd chce jednym zabierać, aby dawać drugim. Dzięki takiej polityce ma gdzie zatrudnić tysiące wiernych pretorian, a wśród nich gwardię funkcjonariuszy CBA.

Jan M. Fijor
„” 2007-12-09

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Maciej Marcinkiewicz pisze:

    Ależ Panie Janie !
    Kaczyński na prawdę chciał zlikwidować korupcję. On tylko wierzy, że możliwe jest zbudowanie socjalizmu bez wypaczeń.
    Lata indoktrynacji spowodowały większe spustoszenia w umysłach niż lata soc realizmu w gospodarce…
    Ma Pan jakieś inne wytłumaczenie ?!
    Jarosław „chciał dobrze”, całe szczęście że Mu nie wyszło.

    Pozdrawiam

  2. marcinach pisze:

    No tak, przecież „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. On chce ludzi uszczęśliwić po swojemu. Zapomina o tym, że nie niektóry chcą być szczęśliwi po swojemu. Pozdrawiam.

  3. j.w. pisze:

    KORUPCJA ma pochodzenie wschodnie – jak pisał o tym dokładnie w 8 tomach Jan Kucharzewski. Oto współczesny appendix do korupcyjnych rozmyślań. Coś jest przecież na rzeczy…
    Krzysztof Bielecki – Mocarz za plecami Tuska [AUTOR ZDAJE SIE K. PLECHICKI]

  4. x pisze:

    http://www.abcnet.com.pl o JKB:
    LUKI W PAMIĘCI
    pon., 2007-12-03 14:28Świat polityczny Krzysztof Plechicki
    Stary dowcip rosyjskich dysydentów (opowiadany zapewne po cichu przez decydentów) głosił: Jaka jest różnica pomiędzy demokracją a demokracją socjalistyczną? Taka, jak pomiędzy krzesłem a krzesłem elektrycznym.
    Taka jest też zapewne różnica pomiędzy wspomnieniami a wspomnieniami kontrolowanymi.
    Ostatnio któryś z Kaczyńskich, najpewniej oczywiście Jarosław — wspominał był kilkakrotnie publicznie, nieco tajemniczą a potężną, gdy chodzi o wpływy, postać stojącą w cieniu zaraz za nowym Premierem, Donaldem Tuskiem. Chodzi o obecnie bankowca, a niegdyś Premiera Rządu RP z początku lat 90., o nieco zapomnianym dla laików nazwisku: Jan Krzysztof Bielecki (JKB, jak lubi być nazywany). Czy to z tego powodu, że wspomniał o nim Kaczyński, czy też z powodu udanej fuzji banku Bieleckiego z innym bankiem — natychmiast — w wielkonakładowej prasie ukazały się stosowne materiały przypominające sylwetkę JKB. Weekendowe wydanie (1-2 grudnia 2007 r.) dziennika „Polska. The Times” przynosi wywiad z JKB, zaś w tym samym czasie „Rzeczpospolita” piórem Igora Janke przybliża czytelnikom sylwetkę b. Premiera.
    Rzecz w tym, że oba materiały przybliżają JKB opinii publicznej w sposób zdecydowanie, mówiąc oględnie — niewystarczający. Po raz któryś — jak zdarta płyta — ekploatowana jest np. cieżarówka, którą JKB ze swym kierowcą (jeszcze z Rosji) woził do gdańskiego portu drzewo w stanie wojennym, nic natomiast nie mówi się o znacznie ważniejszych fragmentach życiorysu b. Premiera.

    Zadajmy więc pytania, na które JKB — w myśl dość wyświechtanej w III RP zasady: czystszy niż żona Cezara — dawno już powinien znaleźć publicznie stosowne odpowiedzi:
    • Co późniejszy Premier Rządu RP robił w latach 70. przez cały bity rok w Związku Sowieckim?

    W artykule Igora Janke — JKB zdaje się mówić, że nie należąc do partii komunistycznej, skazany był siłą rzeczy na gorsze wybory szans życiowych, a to na uczelnię (Uniwersytet Gdański), a to na Ośrodek Doskonalenia Kadr Ministerstwa Handlu. Ale przecież aby wyjechać wówczas — na cały, pełny rok — do Sowietów, (przy znanej paranoidalnej podejrzliwości sowieckich czekistów), JKB musiał się chyba cieszyć niezwykłym zaufaniem odpowiednich, wysoko umiejscowionych w odpowiednich strukturach, decydujących wówczas o wszystkim — towarzyszy!

    • Co późniejszy Premier Rządu RP robił kilkakrotnie w l. 70. w Skandynawii (np. Szwecja, Norwegia)?
    • Z jakim rezultatem, i dla kogo późniejszy Premier Rządu RP zabiegał w latach 80. o wysyłkę do PRL najnowocześniejszego ówczesnie sprzętu komputerowego, choć jego import do krajów komunistycznych był surowo zabroniony przez kraje zachodnie, w tym państwa NATO, i takie działania były — mówiąc krótko — wymierzone przeciwko podstawom bytu Zachodu?

    Można oczywiście dużo opowiadać Panu Red. Janke o „kontrwywiadzie „Solidarności” i „cichej wojnie z Rosją” (nb. „moja cicha wojna”, parafraza tytułu wspomnień Kima Philby), ale aby zabrzmiało to dość wiarygodnie, trzeba — niestety — wreszcie odpowiedzieć na powyżej sformułowane pytania. A może też na inne…
    Inaczej można zaszkodzić nie tylko sobie, ale także opartemu na (bezgranicznym) ZAUFANIU rządowi Premiera Donalda Tuska. Nie mówiąc już — bo to się samo przez się rozumie — o Polsce.

    [ Dodano: 14 Gru 2007 08:24 ]
    BIELECKI A ROSJA:
    [http://opinie.ewm1.pl/?id=2 ]
    Postawić na Rosję. Bielecki Jan Krzysztof
    Postawić na Rosję – JAN KRZYSZTOF BIELECKI

    Kilka dni temu przyszedł do mnie mój młodszy kolega z pracy, Wiktor, i powiedział, że postanowił wrócić do Moskwy – po ponad dziesięciu latach spędzonych na Zachodzie, mając w Londynie zagwarantowane zatrudnienie i drogę kariery. Okazało się, że będzie pracować dla Władimira Potanina, jednego z największych oligarchów rosyjskich, właściciela banków, pakietu kontrolnego akcji przedsiębiorstwa naftowego Sidanco, Norilsk Nikiel i giganta telekomunikacyjnego Swiazinwest, którego pismo „Forbes” uznało w 2001 roku za drugiego pod względem bogactwa Rosjanina.

    Potanin doszedł widocznie do wniosku, że czas na profesjonalne zarządzanie zgromadzonym majątkiem, tym bardziej iż niektóre firmy są notowane na giełdzie, a Wiktor nie ma sobie równych w zarządzaniu portfelem aktywów. Jak widać, Potanin idzie w ślady Michaiła Chodorkowskiego (według „Forbes” najbogatszego człowieka w Rosji w 2001 r.), szefa rosyjskiego giganta naftowego Jukos, który pierwszy przecierał szlak prowadzący do lepszego zarządzania i respektowania praw akcjonariuszy.

    Takich Rosjan jak Wiktor, doskonale wykształconych, świetnie rozumiejących świat finansów i zarządzania, widać wszędzie. Uczestniczą aktywnie w konferencjach i seminariach. Szczególnie cenieni są rosyjscy matematycy, dla których tworzenie modeli finansowych jest miłą zabawą.

    Na szczęście nie wszyscy fachowcy pracują poza granicami Rosji, gdyż powiódł się plan (przeprowadzony z pomocą Szwedów), sprowadzenia części naukowców z emigracji do kraju. Za lepsze pieniądze pracują teraz w Rosji i nadal nie mają wygórowanych ambicji zarobkowych. Kiedy młodzi Rosjanie starają się kogoś naśladować, patrzą na Amerykanów. Uczą się nie tylko angielskiego z amerykańskim akcentem, ale także amerykańskiej pracowitości.

    Zmiany w Rosji dotyczą nie tylko atmosfery wśród naukowców, ale również świata biznesu, co jest zasługą obecnego rządu. Rosja przyjęła w końcu kodeks ziemski, zezwalający na obrót ziemią rolniczą i nierolniczą, co po raz pierwszy od czasów carskich pozwala na sensowne inwestowanie w rolnictwo. Rosyjski eksperyment podatkowy – najpierw częściowa abolicja, a potem wprowadzenie 13-procentowego podatku liniowego – można uznać za sukces. Uchwalono liberalizację zasad rejestracji małych przedsiębiorstw i uproszczenie ich sprawozdań podatkowych. Rosjanie zaczęli przeprowadzać także restrukturyzację przemysłu ciężkiego, w tym hutniczego, mającą na celu wzrost jego konkurencyjności. Już wkrótce mogą to boleśnie odczuć polskie huty.

    Jeszcze kilka lat temu wielkie rosyjskie firmy naftowe zajęte były „porządkowaniem” praw własności. Jednak konkurencja na rynkach światowych wymusiła zmiany. Jukos i Sibnieft ponad dwa lata temu rozpoczęły restrukturyzację, która przyniosła poprawę tak modnego wśród analityków wskaźnika EBITDA, czyli poprawę zyskowności korporacji. Ostatnio do tego grona dołączył największy gigant naftowy Łukoil. Jest on także pierwszym koncernem rosyjskim, którego akcje miały być dopuszczone na giełdę londyńską. Debiut został zepsuty z powodu podjęcia w ostatniej chwili przez rząd rosyjski decyzji o wstrzymaniu sprzedaży 5,9 procent akcji. Rosjanie najpierw wszystkich zaskoczyli odważną decyzją o wystawieniu na rynek akcji w warunkach panującego na świecie kryzysu finansowego, a następnie jeszcze bardziej zadziwili „odważnym” postanowieniem o wycofaniu się, ponieważ – jak oświadczyły władze rosyjskie – cena zakupu była niższa od spodziewanej. Rzeczywiście, oferta Łukoilu była tak atrakcyjna dla inwestorów, że księga zamówień dwukrotnie przekroczyła subskrypcję. A ponieważ w budżecie rosyjskim istnieje nadwyżka, rząd postanowił poczekać ze sprzedażą akcji Łukoilu na lepsze czasy.

    To dosyć krótkowzroczne podejście. Ceny ropy naftowej na rynkach światowych mogą spaść, wpływy do budżetu po reformie podatkowej być może obniżą się, a wydatki mogą wzrosnąć. W każdym razie taka zmiana decyzji z godziny na godzinę nadweręża wiarygodność przedsiębiorstwa i stanowi dobitny przykład, jak politycy szybko mogą zepsuć wizerunek korporacji tak usilnie walczącej o jego zmianę.

    Oczywiście to są pierwsze, ale niezmiernie ważne, poczynania w kierunku reformy funkcjonowania gospodarki rosyjskiej. Putin głosi rządy prawa, mówi o demonopolizacji i powszechnej własności prywatnej. W ten sposób prezydent Rosji przywraca tak potrzebne każdemu inwestorowi poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Inwestorzy widzą sens lokowania swoich środków w kraju i zamiast wysyłać pieniądze do banków szwajcarskich, odprowadzać je na Cypr albo kupować domy w Londynie, zaczynają szukać nowych możliwości działania.

    Jednocześnie, kiedy wszyscy obserwatorzy martwili się decyzją zawieszenia sprzedaży akcji Łukoilu, Standard & Poor’s podwyższył klasyfikację rosyjskiego długu długoterminowego, nominowanego w walucie zagranicznej, do BB- (w 1998 roku Rosja ogłosiła niewypłacalność!). W oczach światowych finansistów Rosja zaczyna więc doganiać Polskę w sferze wiarygodności kredytowej, jeśli idzie o dług zagraniczny.

    Zmiany, jakie zachodzą w Rosji, nie tylko w sferze ekonomicznej, ale i w polityce zagranicznej, są wydaje się bardziej widoczne w Waszyngtonie niż w Warszawie. Prezydent Bush, mając obecnie nie najlepsze stosunki z przywódcami europejskimi, obdarzył przyjaźnią Putina, jak to mówią „bet on Putin”. Poradził mu, by Rosja odważniej korzystała ze swoich zdobyczy technologicznych, z umiejętności naukowców i by mniej polegała na surowcach. Za sprawą prezydenta USA Rosja stała się członkiem grupy najbogatszych państw i G7 przekształciła się w G8. To Stany Zjednoczone forsują w NATO nowe zasady współpracy z Rosją. Dołącza do nich Bruksela z szukaniem płaszczyzny współdziałania w sprawach energetycznych.

    Tymczasem w Polsce słyszymy lament, jeśli chodzi o stosunki gospodarcze z Rosją. Piotr Woźniak, były wiceprezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, żali się („Newsweek”, nr 32/02), że Rosjanie, absolwenci najlepszych amerykańskich uczelni, są cwanymi negocjatorami i „wykorzystają każdą słabość biznesowego partnera”. W dodatku są „twardzi i bezwzględni w interesach”.

    A może zamiast płakać nad własną nieudolnością w negocjacjach, należy poszukać polskich fachowców równie dobrych jak Rosjanie albo samemu się nauczyć, jak skutecznie prowadzić rozmowy biznesowe z trudnym partnerem. Taka wiedza jest nam potrzebna od zaraz. Umiejętność negocjowania układów gospodarczych przyda się zarówno w bieżących i przyszłych rozmowach z państwami Unii Europejskiej, jak i we współpracy z Rosją, co powinno być naszym długofalowym celem.

  5. Ntl pisze:

    W koncu Maciej Marcinkowski wali prosto z mostu, a nie Pan Jan Fijor, co to chrzescijanska moralnosc alltruizmu, ktora je taka sama jak moralnosc marksizmu, chce wymieszac z moralnoscia amerykanskiego indywidualizmu tj. z moralnosci zdrowego egoizmu.

  6. Jan M. Fijor pisze:

    Panie Marku, obiektywizm to jeszcze nie filozofia, ale niech panu bedzie. Ja natomiast jestem uczniem prakseologow (Mises, Rothbard) i w ich nauce upatruje swojej filozofii. Pozdrawiam Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *