Argentyna: odświeżanie legend

chat-dymki
13

Dwadzieścia trzy lata temu, 10 grudnia 1983 roku wylądowałem na lotnisku w Ezeiza w Buenos Aires, zaproszony przez przyjaciela na inaugurację pierwszej od wielu lat demokratycznej prezydentury. Rządy w Argentynie obejmował Raul Alfonsin, człowiek który miał w kraju przywrócić normalność. Po siedmiu latach wojny domowej, junty i straszliwego terroru, Argentyńczycy powiedzieli basta. Nad La Platę miała wrócić wolność, która z górą pół wieku wcześniej zbudowała potęgę i bogactwo tego kraju. Zapowiadano rychły upadek peronizmu, doktryny, która do całej tej biedy doprowadziła…

Legenda

Aby zrozumieć, co się wtedy wydarzyło trzeba się cofnąć aż do początków ubiegłego stulecia, kiedy Argentyna przeżywała okres rozwoju o rozmachu porównywalnym do amerykańskiego. W latach Wielkiej Depresji Buenos Aires było bodajże jedyną stolicą Ameryki, gdzie notowano wzrost gospodarczy. Rozwijał się przemysł, górnictwo, energetyka i sektor usług. Panowała doktryna państwa minimum i gospodarka rynkowa. W okresie II wojny światowej cieszyła się Argentyna dobrobytem porównywalnym jedynie z Australią, a peso było w Europie, w tym także w Polsce, chętniej akceptowanym pieniądzem od dolara. Zwłaszcza pod koniec wojny, która zamknęła się dla Argentyny gigantycznym jak na owe czasy saldem 1,5 miliarda dolarów. Było to więcej – pisze Paul Johnson – niż w Ameryce Łacińskiej zainwestowali Anglicy w ciągu całego półwiecza XX wieku.
Ten spokój, atmosfera pracy i dobrobytu nie spodobały się wojskowym, którzy zwykle w czasach pokoju nie mają okazji uszczknąć dla siebie z wypracowanego przez naród tortu (vide: USA i wojna w Iraku). Zamachy wojskowe stały się więc sposobem zdobywania władzy w całej Ameryce Południowej, ale wolnej Argentynie zaszkodziły najbardziej. Zwłaszcza ten z 1943 roku, kiedy po kolejnym golpe rządząca junta mianowała ministrem pracy, niejakiego Juana Domingo Perona. Ten syn biednego rolnika, dzięki przymiotom swego ciała – był przystojny, jeździł na nartach, był zdolnym szermierzem, i ducha – miał wyjątkową pamięć. ambicję i talent oratorski, szybko zdobył serca Argentyńczyków. Tym bardziej, że – po zdławieniu przez wojskowych związków zawodowych, Peron – jako minister pracy, mógł światu pracy dać znacznie więcej niż robiły to do tej pory centrale związkowe i państwo minimum. Aby zaskarbić sobie miłość narodu, rozpoczął Peron festiwal rozrzutności. Podobała się narodowi także jego ideologia – oparta na doktrynie justicialismo – która była mieszaniną faszyzmu włoskiego, nacjonalizmu hitlerowskiego, totalitaryzmu stalinowskiego i państwa…solidarnego. Wmówiła w ten sposób argentyńskim robotnikom, w owych czasach zarabiającym mniej więcej tyle, co robotnicy amerykańscy, że są wyzyskiwani i biedni i, że on to zmieni. Tak powstał peronizm, prorocza ideologia. Wkrótce bowiem robotnicy argentyńscy rzeczywiście znaleźli się na dnie.
Sielanka nie trwała długo. Już na początku 1945 roku, wojskowi pokłócili się przy podziale łupów i Peron znalazł się w niełasce. Byłby pewnie przepadł na zawsze, gdyby nie jego kochanka, Eva Duarte, znana później jako Evita. Kim była Evita? Przyszła na świat jako jedna z pięciu nieślubnych córek pewnej kucharki z Junin pod Buenos Aires. Była biedna, sprytna i chciwa. Ta tancerka kabaretowa i działaczka feministyczna, dla ratowania swego ukochanego (i siebie) doprowadziła do wybuchu zamieszek robotniczych, którym zdesperowany Peron zawdzięcza demokratyczny wybór (w lutym 1945 roku) na stanowisko prezydenta kraju. I to był koniec Argentyny. Ten duet: ckliwa feministka i tchórzliwy wojak, doprowadził w mniej niż 10 lat kraj do ruiny. Znacjonalizowano wszystko co się dało, włącznie z bankiem centralnym i najlepszymi kolejami na kontynencie, znajdującymi się od swego zarania w rękach budowniczych – Anglików. Narzekamy na państwo opiekuńcze w Europie zachodniej, ale to co się działo wtedy w Argentynie przechodzi najśmielsze wyobrażenia nawet w skali skandynawskiej. Na usługi publiczne szła jedna trzecia dochodu narodowego, zasiłki dla robotników dorównywały ich zarobkom, umarzano pożyczki, regulowano ceny. Peronowie, bo z czasem generał poślubił pannę Duarte, rozłożyli nawet potężne rolnictwo argentyńskie. Osobistym pomysłem Evity była nieformalna reforma rolna, polegająca na rozdawaniu ziemi imigrantom, a przy okazji komasowaniu jej w rękach znajomych z armii i związków zawodowych, którymi manipulowano według najlepszych wzorców nauczonych od Lenina i Hitlera.
Już w 1951 roku gospodarka kraju znalazła się nad przepaścią. Zapowiadało się, że dni Perona są policzone, na jego szczęście, a na nieszczęście Argentyny i samej małżonki, Evita rozchorowała się na raka i w rok później zmarła. Ponieważ była bardzo młoda (w chwili śmierci miała zaledwie 32 lata) i do ostatnich swych dni udzielała się publicznie, dzieląc swym bólem i troską z ludem pracy (nie zakładała przecież, że umrze, a sytuacja robiła się naprawdę gorąca) naród zapomniał Peronom grzechy, wybaczył błędy i obwołał zmarłą prezydentową swoją „świętą”. Legenda Evity przetrwała do dzisiaj, Peron jedynie do roku 1955, kiedy to wzburzony tłum zmusił go do ucieczki z kraju. Salwował się na pokładzie paragwajskiej kanonierki. Dotarł do Hiszpanii, gdzie czekały na niego setki milionów dolarów zgromadzone w latach walki o sprawiedliwość (justicia z hiszpańskiego: sprawiedliwość).
Wydawało się, że Argentyna powróci do swej starej świetności. Tak się nie stało. Na przeszkodzie stanęła legenda Evity. Dzielnej, dobrej kobiety, dbającej o głowę państwa i stojącej na straży dobrobytu zwykłych ludzi.

Kac

Powrót Perona z wygnania w 1973 roku był możliwy też tylko dzięki wspomnieniu Evity. Ku zdumieniu świata, ale i samego siebie, siedemdziesięciodziewięcioletni generał, posługując się legendą swej drugiej żony, w czym niemały udział miał światowy przebój Andrew Lloyda Webbera, wygrał demokratyczne wybory prezydenckie i ponownie zasiadł w Casa Rosada. Tym razem u jego boku trwała Isabel Martinez, zwana przez lud Isabelitą. Rządy Perona nie były długie. Po jego śmierci w rok później, prezydentem z wcześniejszego namaszczenia małżonka, została formalna wiceprezydent, Izabelita. Ta dopiero dała do wiwatu. To, czego nie zniszczył Peron i ruch, który zasiał, dokończyła pani Izabela.
O rządzeniu pojęcia nie miała nawet tyle, co Evita, a że związała się z pewnym kryminalistą, sierżantem tajnej policji, krajem kierował on. Doprowadził do wojny domowej. Kiedy zaczęto jej za to krytykować, odwołała się do legendarnej poprzedniczki. Na grobie Evity urządzała seanse spirytystyczne, które miał jej pomóc w podejmowaniu decyzji. W 1976 naród zwrócił się – jak zwykle – „o pomoc” do wojska. Do komnat Casa Rosada wkroczyła krwawa junta z gen. Jorge Videlą na czele. W ciągu 7 lat wymordowano w brutalny sposób kwiat narodu, dalej rujnując jego gospodarkę i ducha. To nie w Chile, ale w Argentynie działo się ludobójstwo zarzucane powszechnie Pinochetowi. W ciągu 6 lat rządów junty zginęło nad La Platą od 50 – 70 tysięcy ludzi. Wielu z nich zrzucono żywych z samolotów wojskowych do morza, innych zabito prądem lub strzałem w tył głowy.
W 1983 roku, po przegranej w wojnie z Wielką Brytanią o Malwiny junta została aresztowana, nastał rząd „radykalny” z prezydentem Raulem Alfonsinem na czele. Nowy, demokratyczny prezydent miał pełnić rolę analogiczną do roli Tadeusza Mazowieckiego w Polsce. Niestety okazał się być mężem słabym i bezdecyzyjnym. Nie doczekał nawet końca swej kadencji. Zmęczony władzą oddał ją przed terminem. A że nie rozliczył się z przeszłością, bo lustracja w Argentynie przeprowadzona była równie opieszale, co i w Polsce, skacowany i zdezorientowany naród wybrał energicznego reformatora. Przeskoczyłem kilka lat, ale nie miały one większego znaczenia. Dopiero rządy Carlos Menem (od 1989 roku) zaznaczyły zmianę.
Menem był wprawdzie peronistą, ale ku zaskoczeniu Argentyńczyków zdradził ideały swojej partii, starając się powrócić do starych dobrych tradycji wolnego rynku. Trochę z winy korupcji i nepotyzmu, trochę wskutek niesprawiedliwości dziejowej nie wszyscy załapali się na boom wywołany reformami Menema. W partii justicialistów zawrzało. Menem stracił władzę na rzecz słabego kandydata, Fernando de la Rua. Rozpoczął się rabunek dorobku 10 lat reform, a że nie dla wszystkich starczyło, robotnicy wyszli na ulicę. Peroniści odsunęli wtedy de la Rua od władzy, wstawiając na to miejsce partyjny beton z Eduardo Duhalde na czele. Duhalde sam nie chciał i nie umiał rządzić, namaścił do tego celu swego ekscentrycznego kolegę partyjnego, Nestora Kirchnera.

Pingwiny

Kirchner był prezydentem lubianym i dobrym, bo kiedy nastał gorzej już być nie mogło. To Duhalde wykonał czarną robotę konfiskując Argentyńczykom 2/3 ich oszczędności. Pingwin, jak Kirchnera pieszczotliwie nazywano, był politykiem nietypowym, trochę hippies, trochę luzak. Potrafił w ostatniej chwili odwołać swoją wizytę zagraniczną, czy nie pojawić się na powitanie króla Hiszpanii. Nie było dla niego świętości i naród to lubił. Jeszcze w lipcu 2007 Cristina Kirchner była jedną z wielu Pierwszych Dam, jakich na światowych salonach władzy napotkać można setki. To małżonek miał stanąć w szranki do reelekcji. Oświadczenie Nestora Kirchnera o rezygnacji z kampanii było dla Argentyńczyków większym zaskoczeniem niż „wyoutowanie” Jana Rokity przez jego Nelly. W mgnieniu oka cała sympatia do pana prezydenta przeniesiona została na żonę, która z politycznego kopciuszka stała się czołowym kandydatem na głowę państwa, aż w końcu jego prezydentem.
Pani prezydent ma 54 lata, wywodzi się z ruchu młodzieżowego justicialistów jeszcze z lat 1970. Ma zacięcie feministyczne, socjalistyczne i lubi robić wrażenie. Po kilku kadencjach w senacie prowincji Santa Cruz, w 1995 roku wygrała wybory do senatu republiki, gdzie działała do 10 grudnia 2007, kiedy to z rąk małżonka – prezydenta otrzymała biało – niebieską szarfę, symbol władzy prezydenckiej. Cristina Kirchner jest więc trzecią małżonką peronistowskiego prezydenta, po Evicie i Izabelicie, która w Argentynie sięga dzięki mężowi po najwyższą władzę i wpływy w państwie, a pierwszą, która dokonała tego na drodze demokratycznej. W świecie takich przypadków jest kilka: pani Imalda Marcos rządziła Filipinami po odejściu męża, a żona Billa Clintona o czymś takim właśnie marzy. W większości jednak taka scheda oparta na zasługach męża kończy się dla kraju źle. Argentyńczycy wiedzą to bardzo dobrze, a mimo to zdecydowali się ją poprzeć.
Czy zwycięstwo Cristiny Kirchner było testem popularności jej męża, czy może także dowodem uznania dla niej samej? Co prawda argentyńska gospodarka rośnie już szósty rok z rzędu, i to w tempie 8 procent rocznie, wzrost ten jest bardziej rezultatem głębokości kryzysu z jakiego Argentyna wychodzi, niż wynikiem jakiejś racjonalnej polityki gospodarczej prezydenta Kirchnera. Deficyt budżetowy jest dramatycznie wysoki, morale narodu spada, inflacja sięga 20 procent, związki zawodowe domagają się podwyżek, brakuje energii elektrycznej, a inwestorzy z Argentyny uciekają. Rozwiązania proponowane przez panią prezydent nie różnią się niczym od tego, co robił jej ekstrawagancki małżonek. Sprawiedliwość, równość, walka z bogatymi i kilka innych symboli postępowości – bez spójnej koncepcji, jak je w praktyce realizować. Argentyna walczy o sprawiedliwość i postęp od czasów Perona i końca nie widać. Może więc Argentyńczycy zatęsknili za legendą? Wprawdzie w czasie kampanii prezydenckiej, znana ze swej prosocjalnej retoryki, Cristina Kirchner, wielokrotnie podkreślała, że nie chce kojarzyć się z Evitą Peron, wygląda na to, że bycie legendą to jej jedyny pomysł na rządzenie krajem. Problem w tym, czy taki pomysł wystarczy? Pani prezydent Kirchner jest bowiem od swej słynnej poprzedniczki w znacznie trudniejszej sytuacji. O ile Evitę stać było na igrzyska, o tyle „pingwinom” zaczyna brakować nawet na chleb. Historia zatoczyła koło, peronizm trzyma się wciąż dobrze.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2007-12-21

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. TW Bereta pisze:

    Może coś o tym zamiast o Argentynie?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    To, znaczy o czym? Wesolych swiat jmf

  3. ryskan pisze:

    Pisze Pan fantastycznie. Szanuję Pana za zdrowe poglądy, jasność wywodu i lekkość pióra. Przykład powyżej. Ale…jak Pan nie wyjaśni zamieszania z TW „Bereta”, to ten zapach będzie się za Panem ciągnął nieskończenie długo. Proszę pamiętać, że środowisko prawicowe jest dość uczulone na te kwestie. Życzę powodzenia i Wesołych Świąt.

  4. Ntl pisze:

    Ot, rozwlekla historia wyjatkowo glupiego narodu, ktory sie na bledach historii nigdy chyba niczego nie nauczy. Typowo mickiewiczowskie, czy europejskoromanyczne mniemanie, ze „nie szkielko medrca”, ale kierowanie sie uczuciami, sercem,wiara, porywamy wyprowadzi kraj z kryzysu, a charyzmatyczny przywodca narodu, jakos mistycznie poprowadzi narod do prosperity. A poza tym ten nastepny z kolei tasiemiec autora insynuuje, ze rzekomo „wojskowi USA, w czasie prosperity nie maja okazji uszczknac dla siebie z wypracowanego w czasie pokoju przez narod tortu, wiec wywolali wojne w Iraku”. Jeszcze nie slyszalem, aby generalowie, czy oficerowie amerykanscy stali sie milionerami, czy miliarderami wywolujac rzekome wojny. To nastepny jak zwykle emocjonalny wyskok autora, ktory widac, ze potrafi pisac, ale ma problemy wartosciowe, problemy ocen, porownujac amerykanska armie do poludniowoamerykanskich junt wojskowych. Swiadczy to tylko o braku wiedzy, jak i zwiezlosci umyslowych samego autora tasiemca. A przy okazji, jak zwykle, autor demostruje swoimi opisami i wnioskami, ze nie ma pojecia na czym polega filozofia wolnego rynku. A i owszem wie do pewnego stopnia o powierzchownych danych technicznych kapitalizmu, jednak sugeruje budowanie tego wolnorynkowego gmachu, zaczynajac go od dachu, a nie od moralnych fundamentow. Wiec ten jego ideal, kolos wolnorynkowy, gdziekolwiek byl budowany na glinianych nogach, tam sie szybko zawalil, ze wzgldu na brak „kleju”, ktory by trzymal narod ochotniczo w zwiezlosci. Takim klejem w USA jest Deklaracja Niepodleglosci i Konstytucja USA, ktore sa skutkami, wypracowanej przez wieki filozofi jedynego moralnego systemu spolecznego jakim jest kapitalizm.

  5. RSA pisze:

    Panie Ntl, wojskowi amerykańscy zarabiają gigantyczne pieniądze na wojnie w Iraku. Proszę sobie przeczytać np. ten artykuł:
    http://www.wprost.pl/ar/61625/Psy-pokoju/. To tylko jedno ze źródeł. Drugie to sprzedaż broni armi irackiej, trzecie – sprzętem z demobilu. Tyle mi wyobraźnia podpowiada na poczekaniu.
    Pozdrawiam

  6. Ntl pisze:

    Panie RSA, poczytalem sobie i nic z tego nie wynika. Niech sobie Pan poczyta o co w tej wojnie chodzi.
    http://capmag.com/http://capmag.com/article.asp?ID=5087article.asp?ID=5087
    Pan, Pani mi podpowiada co czytac, wiec chyba nie obraze sugerujac inna rzeczywistosc..

  7. JM Fijor pisze:

    Generalowie nie staja sie miliarderam,ale sektor militarny odbija sobie lata posuchy – drogi panie Marku.
    Pozdrawiam
    JM Fijor

  8. RSA pisze:

    Przeczytałem, ale artykuł jest o tym, co Arabowie rozumieją pod pojęciem jihad, a nie o zyskach sektora militarnego.

    Pomyślności w Nowym Roku!

  9. Ringit pisze:

    Witam
    Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Czytam Pana z zainteresowaniem, ale wczoraj w programie Elżbiety Jaworowicz widziałem człowieka o podobnym nazwisku Jan Fijor, w czerwonej muszce, zacietrzewiony jak kogut i bardzo arogancki, wypadł fatalnie.Proszę sprawdzić kto się pod Pana podszywa, bo nie może być to jeden i ten sam człowiek. Pozdrowienia.

  10. Jan M. Fijor pisze:

    To niestety, ja. Nie widze niczego zlego w zacietrzewieniu sie. Zwlaszcza, gdy obowiazuje wokol przyzwolenie dla bylejakosci i akceptacja litosci. Szkoda, ze pana zwiodlem pozdrawiam Jan M Fijor

  11. Zibbi pisze:

    Wyspy o które toczyła się wojna to Malviny ( Islas Malvinas ) , a po polsku Falklandy , a nie Maledivy. Malediwy leżą w Azji na Oceanie Indyjskim więc po przeciwnej stronie globusa.

  12. Jan M. Fijor pisze:

    Oczywiscie, bylem na jednych i na drugich. Sorry, kiep ze mnie! Jan M Fijor

  13. Maciek pisze:

    Historia dosyć zagmatwana ale świetnie się czyta ! Duży plus!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *