Wszystkie pieniądze prezydenta

chat-dymki
2

Majątek Putina stanowił do niedawna taboo. Nie pisały o nim media rosyjskie, nie pisały nawet zachodnie brukowce. Mimo iż na tematu fortuny prezydenta krążyły po Internecie legendy nie poruszyli go nawet przeciwnicy „Jednej Rosji”, w czasie kampanii do ostatnich wyborów do Dumy.

Jeśli już mówiło się o pieniądzach Kremla, to jedynie w kontekście ogromnego potencjału gospodarczego, znajdującego się w gestii prezydenta i jego kamaryli. To zresztą żadna rewelacja. Od lat wiadomo, że najważniejszymi segmentami rosyjskiej gospodarki rządzi prezydent Putin.

Fortuna

Bomba wybuchła z początkiem grudnia 2007, kiedy to rosyjski ekspert od spraw politycznych, Stanisław Bielkowski w wywiadzie udzielonym niemieckiemu Die Welt ujawnił informacje świadczące o tym, że Wladimir Wladimirowicz jest najbogatszych człowiekiem Europy. Do tego tytułu upoważnia go majątek rzędu 40 miliardów dolarów, a może i wyższy, jaki zgromadził prezydent potajemnie w ciągu ośmiu lat swych rządów. Trudno zresztą, żeby było inaczej. Wszak nie ma biednych dyktatorów. Rewelacje Bielkowskiego wyglądają na rzetelne, o czym świadczy przedrukowanie ich nie tylko w ostrożnym zwykle brytyjskim Guardian, ale także w Washington Post, a nawet Moscow Times. Na dodatek, rzecznik Kremla od kilku tygodni unika tego tematu jak ognia.
Zdaniem Bielkowskiego fortuna Putina składa się z olbrzymich udziałów w największych rosyjskich firmach naftowych i gazowych. Nazwisko prezydenta na tych aktywach rzecz jasna nie figuruje, ich formalny właściciel ukryty został za zasłoną skomplikowanej siatki zagranicznych fideikomiso (trustów). Przy ich pomocy prezydent Putin kontroluje praktycznie 37 procent udziałów w Surgutneftegaz, trzecim, co do wielkości koncernie energetycznym Rosji, wartości, co najmniej 20 miliardów dolarów – firma zajmuje się poszukiwaniami nowych złóż gazu i ropy naftowej. Putin posiada także 4,5 procent akcji największej firmy energetycznej świata, Gazpromu, i co najmniej 75 procent udziałów w tajemniczej spółce szwajcarskiej, Gunvor, zajmującej się pośrednictwem w obrocie produktami ropopochodnymi. Te trzy aktywa warte są właśnie 40 miliardów dolarów, co – zdaniem Bielkowskiego – i tak jest raczej minimalnym stanem posiadania Putina. Nie wykluczone, że w skład imperium prezydenckiego wchodzą też firmy, o których nie wie nikt poza samym prezydentem.
Mimo zawiłych powiązań własnościowych ekspertom Krajowego Instytutu Strategicznego (KIS) udało się rozszyfrować schemat powiązań między udziałowcem i jego aktywami. Ich nici schodzą się w malowniczym kantonie szwajcarskim, Zug, oraz w Lichtensteinie. Tam właśnie – informuje Guardian – znajduje się siedziba funduszu inwestycyjnego, którego Putin jest beneficjantem. Lokalizacja nie jest przypadkowa. Zug upodobali sobie zwłaszcza biznesmeni nie znoszący rozgłosu. W tym uroczym zakątku Szwajcarii działa także Gunvor. Firma, która w 2007 roku zanotowała zyski rzędu 8 miliardów dolarów (na majątku wartości ponad 43 miliardy dolarów) a nie posiada nawet własnej platformy internetowej, nie ma biura w Moskwie, zaś odnalezienie, znajdującej się w Genewie jej kwatery głównej, sprawia nie lada trudności. Nic dziwnego, obok Putina, drugim ważnym akcjonariuszem – poinformowała niedawno Julia Latynina z moskiewskiego radia niezależnego, Echo – jest stary przyjaciel prezydenta, w latach 1980. szef KGB do spraw zagranicznych, Giennadij Timczenko, znany jako kasjer prezydenta Rosji.

Wojna klanów

Co sprawiło, że pomimo ogromnej popularności Putina i bezwzględności z jaką zwalcza on swoich przeciwników, Bielkowski i stojąca za nim grupa polityków związanych z KGB i obecnymi siłami specjalnymi, odważyli się na ujawnienie danych na temat majątku prezydenta? Zdaniem komentatorów brytyjskich momentem, który uruchomił gniew oponentów była namaszczenie Dymitra Miedwiediewa na sukcesora Wladimira Putina. Ten wybór poruszył frakcją zwaną „silownikami”, na czele której stoi obecny szef prezydenckiego biura personalnego, Igor Sechin. Nominacja Miedwiediewa była dla tych ludzi równoznaczna z wypowiedzeniem wojny. Wiadomo bowiem, że uchodzący za liberała Miedwiediew ze służbami związany nie jest. Jego ewentualna prezydentura byłaby równoznaczna z odcięciem od ogromnej kasy nie tylko grupy Sechina, ale i związanego z nią szefa następczyni KGB, Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB), Nikołaja Partuszewa, jego zastępcy Aleksandra Bortnikowa, a także bliskiego doradcy Putina, Victora Ivanowa.
Na Kremlu wybuchła wojna klanów. Przeciwko liberałom Putina stanął beton służb specjalnych. Pierwszym jej aktem było aresztowanie przez FSB generała Aleksandra Bulbova, zastępcy szefa federalnej agencji ds. walki z narkotykami, a jednocześnie członka grupy liberałów. Podobno w trakcie aresztowania z wymierzonymi w siebie karabinami maszynowymi stanęli naprzeciw siebie ochroniarze Bulbova i agenci FSB. Niewiele brakowało, by doszło do wymiany ognia. Obóz liberalny, kojarzony z agencją d/s walki z narkotykami, wspierany jest przez oligarchę miliardera, Romana Abramovicha, właściciela klubu piłkarskiego Chelsea oraz uzbeckiego krezusa, Aliszera Uzmanowa.

Nie chcę, ale muszę

Z kół dobrze poinformowanych wiadomo, że wojna między liberałami a silownikami nie ma nic wspólnego z ideologią. Zdaniem Julii Latyniny jest to raczej pojedynek konkurentów biznesowych. To właśnie z tego powodu Putin nosi się ze swoją przyszłością jak kura z jajkiem. W normalnych warunkach poszedłby na emeryturę, rozkoszując się swoimi miliardami. Putin już dawno przestał być kgb-owskim satrapą, stając się dużej klasy biznesmenem. Niestety, warunki nie są normalne i Putin odejść nie może. I nie ma to nic wspólnego z troską o dobro narodu rosyjskiego, lecz o kasę. Odchodząc może stracić kontrolę nad systemem władzy, a tym samym nad kasą. Zagrożenie jest realne. W końcu grudnia aresztowano kolejnego liberała. Tym razem chodzi o rosyjskiego wiceministra finansów, Sergieja Storczak, oskarżonego o sprzeniewierzenie ponad 44 milionów dolarów. Storczak siedzi w areszcie, pomimo silnej rekomendacji swego szefa, ministra Aleksieja Kudrina, który gwarantuje jego niewinność.
Druga strona nie pozostaje dłużna. Na łamach Komersanta ukazał się niedawno wywiad z Olegiem Szwartzmanem, mroczną postacią biznesu, w którym ujawnił on, że od pewnego czasu zarządza tajnymi finansami (wartości blisko 3,5 miliarda dolarów) należącymi do grupy wysokich funkcjonariuszy FSB. Pieniądze te pochodzą z „aksamitnej” denacjonalizacji, polegającej na zastraszaniu biznesmenów i zmuszaniu ich do „odsprzedaży” swoich przedsiębiorstw państwu poniżej ich ceny rynkowej. Różnica, za pomocą firm słupów w rajach podatkowych, transferowana jest na prywatne konta oficerów spec służb. Najgłośniejszym przykładem takiej renacjonalizacji było przejęcie koncernu Jukos od Michaiła Chodorkowskiego, mniej znanych przykładów – mówił Szwartzman – są dziesiątki.

Era Putina

Szefowa moskiewskiego biura Amnesty International, Elena Panfiłowa nie ukrywa, że incydentalna korupcja z początku lat 1990. za czasów Putina stała się instytucją. Członkowie klanu Putina rządzą najważniejszymi odcinkami rosyjskiej gospodarki. Wspomniany już kandydat na prezydenta, Miedwiediew jest prezesem Gazpromu, Sechin kieruje Rosneftem, szefami Aeroloflotu, rosyjskich kolei, elektrowni atomoawych, rurociągów i linii energetycznych są totumfaccy prezydenta.
Perłę w koronie imperium stanowi majątek Wladimira Wladimirowicza Putina. Tak przynajmniej uważa Wladimir Ryżkow, były premier Rosji. Opinię tę zamieścił ostatnio w angielskojęzycznej gazecie Moscow Times. Kreml i sam Putin nabrali w sprawie wody w usta, wątpię jednak, czy przemilczanie problemu wyjdzie im na dobre. Milcząc dają pośrednio do zrozumienia, że oskarżyciele mają jednak podstawę do oskarżeń. Kierujący Krajowym Instytutem Strategicznym, Bielkowski, którego książka o tajnych finansach prezydenta ukazała się w Rosji kilka tygodni temu, uważa, że gdyby to, co w niej napisał nie było prawdą, Putin już dawno wziąłby go do sądu, albo…
Jak na razie, zwykli Rosjanie o majątkach Putina wiedzą mniej niż czytelnicy Guardiana czy Die Welt na Zachodzie. Afera toczy się bowiem wśród rosyjskich elit biznesu, które wciąż nie zdecydowały po czyjej stronie stanąć. Na razie więc siedzą cicho i wyczekują. One też mają wiele do stracenia. Tym bardziej, że walka toczy się na płaszczyźnie biznesu, a nie polityki. Co prawda, gros zgromadzonego przez elity majątku ulokowana jest zagranicą, groźba zażądania jego zwrotu przez nieżyczliwą władzę jest bardzo realna. Szczególnie, że znalezienie powodu do roszczeń nie stanowi dziś problemu, o czym przekonał się wspomniany Chodorkowski. Zresztą właściciele tych majątków sami najlepiej wiedzą, jakie było źródło ich pochodzenia.
Pytany przez dziennikarzy zachodnich, przy okazji przyznania mu przez magazyn Time tytułu Człowieka Roku, prezydent Rosji podkreślił, że w jego rządzie „korupcji nie ma i nie będzie”. Pozostaje mu wierzyć. Nie ma przecież w Europie władcy cieszącego się większym zaufaniem i wdzięcznością narodu niż Putin.

Jan M. Fijor
„Nczas” 2008-01-04

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Infi... pisze:

    I to wydaje sie fascynowac J.Fijora

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Nie, mnie to smieszy, a dokladniej, potwierdza teze, ze Putin jest typowym dyktatorem. Lewica wyrzucala Pinochetowi, ale on nawet dziesitej czesci promila nie skumulowal. Uklony Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *