Sylwester Europa

chat-dymki
2

Na kilka dni przed Sylwestrem paryski komentator CNN donosił w serwisie agencyjnym o francuskich planach sylwestrowych. Ciarki przechodziły. Tym bardziej, że właśnie w Paryżu miałem witać Nowy Rok 2008.

Elegancja Francja

Tradycyjnie, jak co rok, tym razem w imieniu całej Europy, Francja miała powitać rok 2008 na Polach Elizejskich. Zapowiadano mnóstwo atrakcji. Światła. Muzyka. Tańce. Spodziewano się do pół miliona ludzi. W tym ponad stu tysięcy turystów z całego świata. Kulminacją uroczystości powitania nowego roku miał być w Mieście Świateł wielusettysięczny marsz pod Łuk Triumfalny i fajerwerki. Prawda, że fantastycznie!? Pewnym cieniem rzucał się tu zakaz spożywania napojów alkoholowych, a nawet szampanów, ale – w tym miejscu komentator CNN mrugnął znacząco z ekranu – „da się żyć”. Francja jest przecież ojczyzną wina z bąbelkami. Policja tego dnia spojrzy przez palce. Francja lubi się bawić. Francja umie się bawić. Brakowało mi wprawdzie śladów jakichś dekoracji czy tradycyjnych rekwizytów zabawy noworocznej, ale – jak zapewniał nasz lokalny cicerone – po zmierzchu miasto rozbłyśnie feerią lamp, lampeczek i pulsujących błyskotek, jakimi obwieszono drzewka wzdłuż Champs Ellyssee. Roziskrzą się wystawy renomowanych butików: Cardina, Bossa, Vuittona, YSL, Givenchy i innych królów światowej „elegancji-Francji”. Czekaliśmy wieczora podnieceni, zastanawiając się jak tu ukryć butelkę szampana, żeby nie trafić w łapy słynącej ze zdecydowania i brutalności francuskiej policji.
Oddziały sił porządkowych rozstawiają się w okolicach noworocznego marszu już od wczesnych godzin rannych. Gadzinówka z podparyskiego Evry mówi o ściągnięciu na Pola Elizejskie z sąsiednich departamentów aż 30 tysięcy stróżów prawa, którzy strzec będą porządku podczas super „Eurozabawy”. Okolice Placu de Gaulla, gdzie stoi Łuk Triumfalny, i pobliskich uliczek zapełniają się pojazdami policyjnymi, armatkami wodnymi i innymi urządzeniami do zapewniania bezpieczeństwa witających Nowy Rok. W południe zamknięty jest już wjazd w aleję. Paryż czeka na Nowy Rok.

Wolność, równość, braterstwo

Nawet największy entuzjazm nie jest w stanie zagłuszyć fizjologii. Po trzech godzinach przeciskania się w stronę Łuku Triumfalnego tłum chce coś zjeść i zrobić siusiu. Większość lokali zamkniętych. W kilku wciąż otwartych jest albo pełno, albo serwują tam tylko napoje; małe piwo po 15 euro, drinki po 19 euro. Z siusianiem jest jeszcze gorzej. Paryż ma toalet publicznych tyle, co kot napłakał, pardon, nasiusiał. Urbaniści miejscy pomyśleli o łukach triumfalnych, wieżach Eiffela, galeriach, zapominając o zwykłej fizjologii. Tak się dzieje, gdy przedsięwzięciami komercyjnymi zajmują się urzędnicy.
Problem toalet dotyka szczególnie kobiet. Zważywszy, że po 21.30 zamknięte były prawie wszystkie champselizejskie knajpki, bary, nawet Mc Donald’s, panie zostały odcięte od wychodków. Nieliczne lokale, które wytrwały, pozamykały swoje WC nawet dla tych, którzy decydują się wydać 40 euro na dwa drinki. Towarzysząca mi kobieta zwija się w bólu, błagając o litość. Plener odpada, za dużo ludzi. Jest hotel sieci Best Western przy butiku Cartiera. Amerykanie są bardziej wyrozumiali, idziemy prosić ich o pomoc. Consierge jest jednak Francuzem, do tego z Czadu i nawet dyskutować nie chce. Toaleta nie jest publiczna, dlatego: out! Wzywa policję. Wychodzimy. W sąsiedniej uliczce jest następny hotel. Też out. W trzecim na wszelki wypadek posługujemy się trickiem. Wchodzimy. Pytam o wolny pokój. Jest, ale tylko na jedną noc. Mrugam znacząco do recepcjonisty, że chcę tylko na godzinkę. Uśmiecha się, dając do zrozumienia, że wie, o co chodzi. Cena 300 euro. Zgadzam się, pod warunkiem, że obejrzymy pokój wpierw. Idziemy, ona korzysta z toalety, wracamy i rozmyślamy się. Choć później żałuję, że zrezygnowałem. Można by na toalecie we własnym pokoju hotelowym zrobić krocie – w taką noc każdy chętnie dałby 5 euro za możliwość wysiusiania się. Do północy koszt pokoju by się zwrócił z nawiązką. Tym bardziej, że i mnie wkrótce dogania pełny pęcherz. Numer z hotelem odpada. Mężczyźnie wprawdzie łatwiej, ale pleneru na Polach Elizejskich brak. Podchodzę do policjanta. Rozkłada ręce. Pytam, czy zostanę aresztowany, jeśli zrobić za kioskiem bukinisty. Zapewnia, że nie. Kładzie mi rękę na ramieniu i prowadzi w stronę budy. Tłumaczy łamaną angielszczyzną, że to nawet dobry pomysł. Nie lubi bukinistów? Staje obok mnie. Robimy razem. Wolni, równi, jak bracia Europejczycy. W pewnym momencie ustawia się obok nas jakiś kolorowy, nie-Europejczyk. Oficer, pospiesznie zapinając rozporek, przepędza go wiązką przekleństw. Tak się tylko domyślam, bo francuskiego nie znam.

Na barykady

Nigdzie w świecie nie obchodzi się Nocy Sylwestrowej tak jak w Polsce. Spędzałem już Sylwestra w Buenos Aires, w Meksyku, w Chicago, na Florydzie i w Nowym Jorku, w Budapeszcie, Bukareszcie, w Dakarze (Senegal), a nawet w Rio de Janeiro. Niemal wszędzie jest to święto porównywalne nastrojem do naszej Wigilii Bożego Narodzenia. Rodzinne, spokojne, domowe. Tylko w nielicznych restauracjach organizuje się uroczystsze kolacje, jednakże nie ma zabaw, dansingów, co najwyżej kameralne koncerty. Tym, co te wszystkie obchody łączy jest samo powitanie Nowego Roku, ostatnie pół godziny starego roku: ludzie wychodzą na ulice, słychać odliczanie, potem życzenia, pocałunki i uściski a wreszcie fajerwerki, odgłosy otwieranych szampanów, ryk klaksonów aut, huk petard i bicie w dzwony. Po pół godzinie tłum rozchodzi się do domów, jedynie podpite niedobitki klaksonami nie dają bogobojnym mieszkańcom miasta dospać ranka.
Podobnego przebiegu spodziewałem się w Paryżu.
Tłum na Polach Elizejskich gęstniał z godziny na godzinę. Przed 23.00 aleje od Placu Zgody do Placu Charles’a de Gaulla, wypełnione były na całej długości. Błyskające lampki na drzewach istotnie robią wrażenie. Powoli posuwamy się w kierunku Łuku, podobnie jak większość zgromadzonych, sięgając dyskretnie po łyk wina dla kurażu. Jest dość zimno. Dokoła lekka mżawka. Policjanci, których posterunki rozmieszczone są mniej więcej, co 100 metrów, udają, że tego nie widzą. W rozciągniętym na dwa kilometry pochodzie (media doliczyły się 250 tysięcy ludzi) Brazylijczycy idą z Brazylijczykami, Portugalczycy z Portugalczykami, Polacy z Polakami. Francuzów nie widać. Ktoś próbuje coś zaśpiewać, Włosi utworzyli kółko „wielokanciaste”, ale jakoś się nie klei. Nie ma atmosfery. Nawet Anglikom słabiej niż zwykle wychodzą wiwaty pod adresem Manchester United. 23.45 – tłum przyspiesza. Każdy chce być jak najbliżej centrum, którym jest Łuk Triumfalny. Im bliżej łuku, tym większy niepokój. Na zegarku 23.50 – przyspieszamy krok. O 23.58 jesteśmy mniej więcej 150 metrów od łuku. Tłum przystaje, jest jakby nieco zdezorientowany. Północ blisko. Czekamy na znak – na odliczanie. Robi się cisza. Jako pierwsi zaczynają Włosi – śpiewają Avanti popolo. Ich zdaniem jest już północ. Tańczą też Brazylijczycy. Patrzę na zegarek jest już 2 minuty po północy, ale po naszej stronie alei wciąż stary rok. Więc krzyczę: Happy New Year! Składamy sobie życzenia. Grupka Ekwadorczyków budzi się z letargu. Feliz Ańo Nuevo! – wołają niepewnie, jakby z niedowierzaniem. Wokół wrażenie pustki; żadnych dzwonów, muzyki, trąb. Nie ma fajerwerków, nie ma petard. Jęk zawodu. Rozglądamy się bezradnie, w końcu idziemy w kierunku autokaru, który ma na nas czekać przy Rue de Balzac. Na rogu grupka młodych próbuje fajerwerków. Kończy się na niewypale. Udało się natomiast wystrzelić petardę. Wybucha w pobliżu, ale bardzo niemrawo. Żenada! – woła sąsiad z lewej – u nas w Głuchołazach uroczyściej witają Nowy Rok. Wybucha kolejne pięć czy dziesięć nieporadnie wystrzelonych petard. I zaczyna się. Policja dostaje szału. Jakby czekała na sygnał. Puszcza w tłum gaz łzawiący, w ruch idą potężne pałki, ruszają pojazdy opancerzone, kordon uzbrojonych po zęby policjantów napiera na zdezorientowanych wiwatujących. Idą równo, zwarci, gotowi – jak w marcu 1968, czy u nas zimą w 1981. Naprzeciw tłum „komunardów” z łzawiącymi oczami, ktoś się krztusi, słychać płacz dziecka. Wkrada się nerwowość, strach i żal.
Na skrzyżowaniu z Aleją Hoche tworzy się zator. Kierowcy trąbią w klaksony, policja coraz bardziej agresywna. Przy Alei Wagram, gdzie mamy zbiórkę, kocioł. Grupie młodzieży muzułmańskiej nie podoba się reakcja policji. Krzyczą coś pod adresem stróżów porządku, wymachują pięściami. Wciskamy się w mur kamienicy, żeby tylko nie znaleźć się na linii walki. Obok nas tłoczy się grupa elegancko ubranych Francuzów. Mówią coś o współczuciu, są oburzeni, zdziwieni reakcją. W końcu po pół godzinie, policja zaczyna kierować ruchem, korek rozładowany, nasz autokar przebija się przez tłok, wsiadamy i zmęczeni udajemy się do hotelu. Na twarzach maluje się ulga. Sięgamy po komórki, żeby bliskim w kraju złożyć życzenia noworoczne. Nikt nawet nie komentuje „Eurozabawy”.
Nazajutrz na okładce Le Figaro zdjęcie uśmiechniętej pary, stukającej się kieliszkami szampana na tle Łuku Triumfalnego. Nic więcej. Obok tylko informacja o tym, że od Nowego Roku obowiązuje we Francji całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych. Kary mają być srogie.

Jan M. Fijor
„” 2008-01-13

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Ola pisze:

    Dokladnie tak bylo. Tez czekalam na cos ekstra, a bylo rozczarowanie.
    Ola

  2. Krzysztof Młody pisze:

    WOW,WOW,WOW 🙂 zabawa taka, że ,,mucha nie siada,, + znajome zakazy .
    365 zakazów tyle ma ponoć Naród Wybrany… 🙂
    Wszystko jeszcze przed nami!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *