Stopa na oku

chat-dymki
6

Przyjęty przez NBP „cel inflacyjny” w wysokości 2,5 procenta rocznie uważany jest w świadomości publicznej jako coś pożądanego. W rzeczywistości jest to zezwolenie na zrabowanie nam w skali jednego pokolenia ponad połowy majątku.

Obcinanie palców

Cel inflacyjny, to maksymalna wielkość inflacji, jaką władze monetarne, czyli Rada Polityki Pieniężnej i Narodowy Bank Polski gotowe są akceptować. Zdaniem carów od pieniędzy, taka inflacja gwarantuje wzrost ekonomiczny bez naruszenia delikatnej równowagi pieniężno – cenowej. Władze monetarne są dumne z siebie, jeśli inflacja zawiera się w granicach celu inflacyjnego, wynoszącego obecnie ok. 2,5 procent; to ich zdaniem jeszcze nie inflacja i nie ma powodów do obaw. To mniej więcej tak, jak gdyby lekarz pocieszał pacjenta chorego na chorobę Buergera, który właśnie stracił pół palca, że bez połowy palca można żyć. I to jest prawda, jednakże lekarz zapomina, że te pół palca pacjent tracić będzie, co roku. Po czterech latach zostanie mu 18 palców, po 12 latach – 14, a w wieku emerytalnym będzie miał tylko dłonie i kikuty stóp.
Pobłażliwość wobec inflacji wiąże się z błędnym rozumieniem terminu inflacja. W potocznym sensie, od którego nie stroni niestety większość zawodowych ekonomistów, z akademikami włącznie, inflacja utożsamiana jest ze wzrostem cen i płac. Rosną ceny ropy naftowej i robią nam inflację. Ludzie chcą zarabiać więcej, rosną pensje – mamy inflacje. Rośnie cena miedzi – rośnie inflacja. Mało komu przychodzi do głowy spytać: dlaczego te ceny rosną? Co do płac, panuje raczej zgodność, płace rosną bo wzrosły ceny; płace gonią ceny. Lecz za czym w takim razie gonią ceny? Takiego pytania większość ekonomistów sobie nie stawia, bo szukając na nie odpowiedzi musieliby okryć, że ceny gonią pieniądz tracący na wartości, znanej też jako siła nabywcza. A dlaczego pieniądz traci na wartości? Przyczyn jest kilka, główna jednak to nadmiar kredytu i pieniądza papierowego w stosunku do majątku, jaki jest przy użyciu tego pieniądza kupowany i sprzedawany, czyli wymieniany.

Na oko

Czy ten nadmiar pieniądza i kredytu to jakiś dopust boży? Skądże znowu! Ilość pieniądza w obiegu i polityka kredytowa banków regulowana jest przez politykę monetarną banku centralnego (czyli rząd). I to ten sam, który z taką energią z inflacją walczy. Głównym narzędziem służącym regulacji jest procedura polegająca na ustalaniu przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP) poziomu tzw. oprocentowania bazowego, czyli kredytu referencyjnego, po jakim najlepsi klienci NBP mogą od banku centralnego pożyczyć pieniądze. Obecnie wynosi ona 5,25 procenta.
Jeśli ceny rosną, RPP uważa, że jest inflacja i dochodzi do wniosku, że oprocentowanie trzeba podnieść. Jeśli ceny spadają, oprocentowanie bywa obniżane. Ponieważ inflacja wywołana jest spadkiem siły nabywczej pieniądza, a spadek nadmierną ilością pieniędzy w obiegu, podniesienie stóp procentowych polega na ograniczeniu podaży pieniądza. I odwrotnie, spadek stóp to zwiększenie podaży pieniądza w gospodarce. Zasada ta mówi o kierunku polityki monetarnej. Nie mówi jednak o wielkości zmian, jakich w podaży pieniądza trzeba dokonać. Nie wiadomo właściwie skąd Rada Polityki Pieniężnej wie, ile pieniędzy powinno być w obiegu. Nie wiedział tego nawet jeden z najtęższych umysłów od pieniędzy, amerykański noblista, Milton Friedman. Naprawdę trudno zgadnąć jaka powinna być wysokość stopy bazowej wyznał niedawno reporterowi radia TOK FM jeden z wybitnych członków RPP. I dlatego stopy bazowe ustalane są na…oko. Tak naprawdę nikt nie zna ich prawidłowej wysokości. Jeśli trafią w cel inflacyjny, sukces. Jeśli nie trafią, rząd próbuje nadal. Podobnie po omacku działa prezes Banku Rezerwy Federalnej, zarówno poprzedni Alan Greenspan, jak i obecny, Ben Bernanke. Identyczne kłopoty ma prezes Europejskiego Banku Centralnego, Banku Anglii etc. Jedyną instytucją, która jest bliska prawdy w ocenie poziomu podaży pieniądza – pisał Ludwig von Mises – jest rynek. A rynek to dla polityka wróg.

Zemsta złota

W czasach poprzedzających ustanowienie banku centralnego w USA, przed rokiem 1913, a nawet do 1933 roku, do kiedy istniał tzw. standard złota, recesji było mniej i były krótkie. Rząd nie interweniował, nie obniżał stóp bazowych, zajmował się wprawdzie drukiem pieniądza, ale nie mógł jego ilością manipulować. Podaż pieniądza regulowana była przez rynek i wynosiła dokładnie tyle, ile wartość złota znajdującego się w skarbcu kraju. Pieniądza papierowego było tylko tyle, by mógł być w każdej chwili wymieniony na złoto. Politykom taki mechanizm wiązał ręce, wymyślili więc bank centralny, deficyty i cele inflacyjny. Odtąd pieniądz przestał być w ryzach. Za namową niejakiego Johna Maynarda Keynes złoto uznano za zbędny przeżytek i oddano rządowi prawo decydowania o ilości pieniędzy znajdujących się w obiegu. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Krach 1929 – 1933, kryzys 1973-74, 1987, 2000-2001 i obecny. Mimo przekonania, że polityka monetarna jest w stanie tak regulować podażą pieniądza, że kryzysów nie będzie, każdy kolejny jest głębszy i bardziej długotrwały. Preludium do każdego z nich jest inflacja. Podobnie dzieje się od kilku miesięcy. Wojna z terroryzmem w Stanach Zjednoczonych, państwo socjalne w Europie, głęboki interwencjonizm w Azji sprawiły, że rządy potrzebują więcej pieniędzy niż mogą ich odebrać w postaci podatków obywatelowi. A że nie mogą otwarcie opowiadać się za inflacją, tworzą jej eufemizmy: inflacja bazowa, kosztowa, albo cel inflacyjny. Tymczasem cel inflacyjny w wysokości 2,5 procent to jednak inflacja. Celem pożądanym nie jest bowiem poziom 2,5 procenta lecz…zero! Dopiero wtedy nie ma inflacji. Przypomnę tylko za American College Dictionary, że inflacja to „Szkodliwa ekspansja lub wzrost ilości waluty, wywołany w szczególności drukiem pieniądza papierowego, nie dającego się wymienić na twardy pieniądz”. Dlatego, dla złota nie ma celu inflacyjnego. Jeśli ktoś nie wierzy niech rzuci okiem na tabele cen żółtego kruszcu, które jeszcze trzy, cztery lata temu traktowano jak relikt przeszłości i zabobonu, a dziś kosztuje ok. 1000 dolarów za uncję.

Jan M. Fijor
„różne” 2008-02-15

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. makgajwer pisze:

    Pytanie:Jeżeli ustalono by raz na zawsze stałe oprocentowanie bazowe,np.wspomniane 5,25% i nikt nigdy tego poziomu nie zmieniał…no właśnie to co wtedy?Co działoby się z inflacją?

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Nie mozna ustalic stalego oprocentowania, nie mozna oprocentowania ustalac odgornie. Ono sie samo ustala w zaleznosci od tego, czy ludzie wola wydawac swoje pieniadze dzisiaj, czy za rok, dwa. To sie nazwya preferencja czasowa i jest kryterium zmiennym, roznym dla roznych ludzi. pisze o tym obszernie Rothbard w Zloto, banki ludzie oraz Ekonomia wolnego rynku. Uklony Jan M Fijor P.S. Pieniadz jest towarem, dlatego jego cena (oprocentowanie) zalezy od relacji podazy i popytu. Cena kredytu zalezy od podazy pieniadza i popytu na kredyty.

  3. Adam Krukowski pisze:

    Problem manipulowania pieniądzem przez rządy dotyka nas wszystkich. Mam jedynie nadzieję, że światowy rynek odbije się od obecnego dna :/ oby jak najszybciej…

    Panie Janie, kolejny bardzo ciekawy tekst, będę tu częściej zaglądał…

  4. Wojciech Czarniecki pisze:

    To nie jest, takie proste.Proszę zastanowić co się stanie, gdy przy stałej ilości pieniądza gwałtownie spadnie podaż towarów np. klęska nieurodzaju, wzrost ceny ropy itp? Na inflację możemy tylko reagować po fakcie, bo jest to zachwianie relacji suma pieniądza do suma towarów + suma usług, a przyczyn wywołujących tę nierównowagę może być wiele. Realnym problemem są rządy reszta to niezamierzone skutki.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Co sie stanie? Ceny spadna, bo wzrosnie sila nabywcza pieniadza. Czy nartwia pana spadajace ceny lap topow? Albo mieszkań? Ilość pieniądza nie ma znaczenia o tyle, o ile ma on pokrycie w towarach. W sytuacji deflacji spada popyt na gotowke, jej cena spada, ludzie wydaja wiecej, rosnie sprzedaz, produkcja. Jest super! Pod warunkiem, ze rzad nie interweniuje, tak jak to miało miesjce w `1929 roku, kiedy rzad walczył ze spadkiem cen i płac. Przy deflacji mniej się mnominalnie zarabia, ale ceny spadają i jest OK. Ukłony Jan M Fijor http://www.fijor.com

  6. Wojciech Czarniecki pisze:

    Niestety i Pan również popełnił powszechny wśród Kynesistów błąd.Gdy z jakiś powodów maleje ilość towarów na rynku to ceny muszą rosnąć mimo, że ilość pieniedzy się nie zmieniła.Z deflacją mieliśmy do czynienia w XIX w. gdy wydobycie złota nie nadążało za niespotykanym wzrostem produktywności w przemyśle(jeszcze funkcjonował pieniądz kruszcowy).Ujmując inaczej: brakowało dostatecznej ilości pieniędzy do obsłużenia rosnącej wymiany.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *