Czy rząd wie lepiej?

chat-dymki
0

Formalnie pieniądze złożone na Otwartych Funduszach Emerytalnych należą do ich właścicieli i państwu wara od nich. Rząd jednak nie może się powstrzymać od rządzenia, stąd co rusz pojawia się jakiś problem; byle tylko utrudnić ludziom życie.

Od pewnego czasu OFE prowadzą z rządem i regulatorami, mniej lub bardziej otwartą wojnę o szerszy dostęp do rynków i parkietów zagranicznych. Tym pierwszym marzy im się, aby w 2015 roku OFE mogły lokować na zagranicznych parkietach do 30 procent swoich zasobów. Rząd oczywiście nie chce się zgodzić.
Według danych GUS ze stycznia 2008, na emerytalnych kontach inwestycyjnych Polacy posiadają ponad 140 miliardów złotych. Tylko 5 procent z tej kwoty, czyli 7 miliardów złotych, firmy zajmujące się lokowaniem tych zasobów w papiery wartościowe mogą – zgodnie z prawem – inwestować w zagraniczne papiery wartościowe. Dlaczego tylko 5 procent, a nie powiedzmy sześć czy cztery? Właściwie nie wiadomo. Formalnie jednak tak zarządził ustawodawca, wychodząc z założenia, że:

1. dla polskiej gospodarki lepiej, jeśli Polacy inwestują w polskie spółki;
2. inwestowanie w zagraniczne papiery wartościowe jest bardziej ryzykowne.

Zastanówmy się zatem, czy taki autarkiczny rynek finansowy jest dla polskiej gospodarki naprawdę korzystny, a także czy inwestycje w papiery zagraniczne rzeczywiście wiążą się z większym ryzykiem inwestorów.
Każda akcja czy obligacja jest tak dobra, jak podmiot gospodarczy, którego dotyczy i nie ma to nic, albo prawie nic wspólnego z krajem jej pochodzenia. Propagowanie działań w rodzaju: „Kupuj, bo polskie” nie ma większego sensu ekonomicznego, o ile to „polskie” jest produktem wysokiej jakości, lepszym od innych, a przynajmniej tańszym. W przeciwnym razie kupowanie produktów tylko dlatego, że są gorsze czy droższe, ale za to polskie, prowadzi – tak w skali makro, jak i mikro – do strat. O ile producenci takich „patriotycznych” dóbr mieć się będą dobrze, o tyle ich konsumenci na tym stracą; zapłacą więcej niż by zapłacili, gdyby kupili wyrób lepszy zagraniczny, albo kupią za te same pieniądz wyrób gorszy. Sztuczne podtrzymywanie działalności nieefektywnej ekonomicznie jest kosztowne. Tym bardziej jeśli odbywa się pod egidą państwowych interwencji (ustaw) zakazujących konsumentom robienia tego, co by chcieli, lub zmuszania ich do zrobienia czegoś, czego zrobić nie chcą. Tak czy owak, cenę takiej interwencji w rynek płacą podatnicy lub konsumenci.
Ochrona złych przedsiębiorców, czy to poprzez cła, kwoty importowe, czy sztuczne promowanie ich papierów wartościowych przeciwdziała ich modernizacji, skutkiem czego stają się one coraz mniej konkurencyjni i w ostateczności padają, tak jak upadły firmy wytwarzające polskie samochody polonez czy syrenka, pralki Frania, motocykle SH, jeansy ODRA i wiele innych, niegdyś sztandarowych polskich wyrobów. I odwrotnie, pozostawienie biznesu samemu sobie, jak to ma miejsce w przypadku spółek ComArch, Inter Groclin Auto, Radmor S.A., banków Get-in i Lucas, Apatora S.A., Maspexu, Telefoniki i setek innych dobrych polskich firm wzmocniło ich pozycję poprawiło konkurencyjność i bez względu na pochodzenie narodowe czy lokalizację, zachęciło inwestorów, w tym inwestorów zagranicznych do kupowania polskich akcji. Właśnie takie firmy, a nie wspomagane przez podatnika („bo polskie”) kolosy w rodzaju spółek węglowych, TP S.A., czy Zakładów Azotowych, stanowią oczko w głowie inwestorów.

Czy politycy tego nie wiedzą? Większość nie wie. Ci, którzy są zorientowani domagają się specjalnej ochrony nie dlatego, żeby nam, lecz im było lepiej. Pośród 2000 największych polskich pracodawców, podaję za Rzeczpospolitą, znakomitą większość stanowią firmy państwowe i zagraniczne. Utrzymywanie miejsc pracy, duma narodowa i tzw. patriotyzm gospodarczy, bez względu na ich prawdziwą cenę, są przez ignorantów ekonomicznych odbierane bardzo przychylnie. Polityk, który dba o to, co państwowe zyskuje aplauz niezorientowanego elektoratu, który skądinąd jest przekonany, że „to co państwowe, to i tak jest niczyje”.
Powiedzieliśmy, że obok firm państwowych, gros największych, a więc najsilniejszych polskich przedsiębiorstw stanowią firmy zagraniczne. Zakaz nabywania akcji przedsiębiorstw zagranicznych wydaje się w takiej sytuacji kompletnie nonsensowny. Co za różnica kupić akcje Volkswagena AG, czy Volkswagen Polska S.A., BAT, czy British American Tobacco Polska Augustów S.A., ING Corporation, czy ING/Bank Śląski S.A., Pfleiderer AG, czy Pfleiderer Grajewo SA? Inwestując w zagraniczne spółki macierzyste robimy dobrze także ich spółkom córkom z Polski.

Może więc spółki zagraniczne niosą ze sobą więcej ryzyka?
Skądże znowu! Pod względem poziomu ryzyka inwestycyjnego, a właściwie stopnia bezpieczeństwa, świat bije nas na głowę. Zagraniczne papiery wartościowe są znacznie bezpieczniejsze. W takich Stanach Zjednoczonych istnieje, co najmniej, 300 firm ubezpieczeniowych, których wartość kapitalizacyjna jest większa od wartości wszystkich polskich firm ubezpieczeniowych razem wziętych. Największe polska spółka, PKN Orlen, pod względem wartości kapitalizacyjnej, nie mieści się wśród pierwszych 10 tysięcy największych przedsiębiorstw świata. A przecież każdy finansista wie, że od wielkości spółki zależy w dużym stopniu bezpieczeństwo inwestowania.
Szersza oferta inwestycyjna, powiększona o dostęp do spółek zagranicznych nie tylko nie podniesie ryzyka, ale wręcz je zminimalizuje w myśl porzekadła: „nie wkładaj wszystkich jaj do tego samego (polskiego) koszyka”. Jest to zresztą zgodne z polityką wolnego handlu, wymiany informacji, a przede wszystkim z zasadami wolnego rynku, wolnego wyboru i rozsądku. Okazuje się też, że pojedynczy inwestor wie znacznie lepiej, jaka jest jego osobista tolerancja ryzyka, ma swoje priorytety i upodobania, a jeśli nawet popełni błąd, to są to jego prywatne pieniądze i rządowi nic do tego.
Chyba, że nasi ustawodawcy, nadzorcy i regulatorzy wiedzą coś, czego nie wie rynek. W takim razie, dlaczego nam o tym nie powiedzą. Polacy w mig stali by się Warrenami Buffettami. A jeśli już nie chcą się podzielić z nami dobrą nowiną, niechże chociaż rzucą swoje nisko płatne i uciążliwe obowiązki i zajmą się inwestowaniem na własną rękę. Przy takiej wiedzy powinni być miliarderami. Czyż to nie dziwne, że tych wszechwiedzących guru, ludzi, którzy mówią nam, co mamy ze swoimi pieniędzmi począć, nie ma na żadnej liście najbogatszych, nie ma ich także wśród posiadaczy pakietów kontrolnych, czy liderów przedsiębiorczości. Walczą natomiast zawzięcie o utrzymanie status quo, bez którego nie byliby w stanie sami się utrzymać. Jako ich mimowolni pracodawcy, powinniśmy to wziąć pod uwagę i wypowiedzieć im pracę jak najszybciej.

Jan M. Fijor
„różne” 2008-02-20

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *