Refleksje nad podatkiem liniowym

chat-dymki
8

Kością niezgody między PO a pozostałymi partiami staje się znowu system podatkowy PIT. Rządząca PO jest za podatkiem liniowym, opozycja, a najsilniej PiS i LiD, za progresywnym. Problem w tym, że jeśli politykom naprawdę zależy na dobrobycie Polaków, podatek liniowy służy temu celowi znacznie lepiej niż podatek progresywny.

Zwartość portfela

Od podatku pieniędzy w państwie nie przybywa, a ściślej, ubywa. Amerykański ekonomista i politolog, Frank Chodorov twierdzi, że „pieniądz w kieszeni podatnika ma dwukrotnie wyższą wartość, niż w kasie fiskusa”. I chociaż wartość całkowitego zasobów Polaków, to co sami posiadają plus to, co im zabierze państwo (podatki) jest stała bez względu na formę opodatkowania, to uszczuplając portfele obywateli, politycy obniżają potencjał gospodarczy narodu. Problem w tym, że pewne stawki i formy opodatkowania przyczyniają się do tego, że majątek narodowy rośnie, a inne, że maleje. Im podatek mniejszy, tym wzrost gospodarczy szybszy. I to niezależnie od programu politycznego. Dlaczego więc politycy nie godzą się na obniżkę podatku?
Oficjalnie dlatego, że ich zdaniem obywatele nie potrafią sami sobą rozporządzać i trzeba rządu, który się nimi zajmie. Wysuwają też argument o sprawiedliwości, a raczej niesprawiedliwości podatku. (Tak jakby życie było sprawiedliwe, albo nawet mogło sprawiedliwym być.) Argument ten podnoszony jest szczególnie głośno w stosunku do podatku liniowego. Zastanówmy się zatem, czy politycy sprzeciwiający się temu podatkowi mają rację.
Czym jest podatek liniowy? To w przeciwieństwie do podatku progresywnego (PIT), który obowiązuje Polsce podatek, który bez względu na wysokość dochodów ma stałą stopę. Jeśli jest to 13 proc., jak w Rosji, osobnik zarabiający 100 tys. rubli rocznie zapłaci w postaci podatku 13,000 rubli, a osobnik zarabiający 1 mln rubli odda fiskusowi 130 tys. rubli. Koncepcja podatku liniowego charakteryzuje się tym, że nie uwzględnia żadnych (lub prawie żadnych) odpisów i ulg podatkowych. Zaletą takiego podatku jest więc jego prostota, wyliczenie nie budzi wątpliwości, może go dokonać nawet półanalfabeta. Stąd najsilniejsze lobby przeciwko podatkowi liniowemu istnieje w środowisku księgowych, doradców podatkowych i personelu urzędów skarbowych; część z tych ludzi, po wprowadzeniu go pójdzie na bruk. Nie mówi się tego otwarcie, do tego służy argument o sprawiedliwości społecznej.

Niesprawiedliwość społeczna

Jest to argument wielce ryzykowny, naciągany, a ponadto fałszywy. Pomijam fakt, że w życiu sprawiedliwości nie ma i być nie może. Nie wiadomo nawet, co by tą sprawiedliwością miało być. Załóżmy jednak, że niesprawiedliwym byłby podatek wyższy dla biednych, a niższy dla bogatych, albo jednakowy dla wszystkich. Jeśli tak, to podatek liniowy niesprawiedliwy nie jest. Jeśli nawet „biedny” i „bogaty” płacą jednakową stopę podatkową np. 18 proc., to przecież nie płacą tyle samo. „Milioner” płaci 20 razy więcej podatku, niż ktoś, kto zarabia rocznie 50 tys. zł. Co więcej, w przypadku podatku progresywnego, przy stopie podatkowej 36 proc. ten sam milioner nie zapłaci wcale dwa razy tylko, ile zapłaciłby przy podatku liniowym w wysokości 18 proc. Chińskie przysłowie mówi: „Prawo podatkowe piszą ludzie bogaci”. I to jest prawdą także u nas. W odpowiedzi na wyższą stopę podatkową, ludzie bogaci posługują się lukami podatkowym i innymi legalnymi formami zmniejszania dochodu do opodatkowania. Spośród bogatych rekrutują się biznesmeni i właściciele firm, którzy część swoich wydatków osobistych są w stanie, jak to się potocznie mówi; wpuścić w koszty. Te koszty pokryje biedny podatnik.
W roku 1960 przy podatku progresywnym na maksymalnym poziomie 90 proc. realna stopa podatkowa ludzi zamożnych wynosiła w USA niewiele ponad 23 proc., tylko o dwa proc. mniej, niż dwadzieścia pięć lat później, gdy ją Ronald Reagan obniżył do 35 proc. Nie trzeba być statystykiem i rozumieć równanie Laffera, by wiedzieć, że wyższa stopa podatkowa nie przekłada się wcale na wyższe wpływy z podatków. Co więcej, znane dotąd przykłady: reaganowskiej reformy podatkowej z 1986 roku, podobnej reformy z 1983 roku z Chile, a ostatnio także z Rosji dowodzą, że jest odwrotnie. Obniżka stóp procentowych w USA niemalże wpływy podatkowe podwoiła, w Chile wolumen wpływów podatkowych wzrósł o połowę, nieco mniej, ale też dużo, wzrosły wpływy fiskusa w Rosji.
Swoją drogą, poza mściwością i głupotą, trudno znaleźć jakiś rozsądny argument za tym, żeby ludzie bogaci mieli płacić kilka czy kilkanaście razy więcej za wojsko, drogi czy sanatoria. Stopień wykorzystania przez nich instytucji państwowych (utrzymywanych z podatków) nie jest większy niż w przypadku ludzi płacących znacznie niższy podatek. Czyżby więc opozycja wobec podatku liniowego nie odróżniała prawdy od fałszu? Tego nie wiadomo. Wiadomo jednak, że pomimo ewidentnej fałszywości, teza o niesprawiedliwości podatku liniowego jest bardzo nośna politycznie. Biedny, który podatku nie płaci (a właściwie myśli, że nie płaci) chętniej głosuje na tych, którzy mu obiecują „złote góry”. Gdyby mu przyszło za te góry zapłacić, może by się zreflektował, że są jednak tańsze sposoby na życie niż korzystanie z utrzymania państwa, co też jest złudzeniem, gdyż relatywnie biedni płacą znacznie więcej podatku niż ludzie lepiej zarabiający.
Interes społeczny

Innym, często powtarzanym argumentem przeciwko podatkowi liniowemu jest tzw. interes społeczny. Nikt tego interesu rzecz jasna nie definiuje, bo wtedy by się okazało, że największym wrogiem interesu społecznego są podatki, chętnie jednak jest on publicznie podnoszony. I tak, Janusz Piechociński, zatroskany poseł PSL, absolwent SGH, jak sam podkreśla, martwi się, że przy podatku liniowym zabraknie pieniędzy w budżecie. Ciekawe, że nie troszczy się o budżet podatnika, któremu z powodu podatku też może zabraknąć pieniędzy w domowym budżecie. Załóżmy jednak, że to jest zbyt drobna sprawa jak na polityka. Problem, w tym, że niższa stopa podatkowa, to więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, a obywatel żyjący w dostatku nie wymaga już tak intensywnej pomocy państwa. Jeśli nawet spadną dochody państwa, jeszcze szybciej spadną potrzeby obywateli. Wszak obniżka podatku polega właśnie na tym, że zamiast w kasie państwa, pieniądze pozostają do dyspozycji obywatela. To nie wszystko. Niższy podatek przekłada się na lepszą ściągalność. W Rosji zejście z przedziału 30 proc. (przy podatku progresywnym) do podatku liniowego 13 proc. spowodowało wzrost wpływów państwa ok. 25 proc. Oszukiwanie fiskusa przestało się opłacać. Po trzecie, obywatel mając do dyspozycji więcej pieniędzy, chętniej inwestuje, bo ma z czego. Nowe inwestycje tworzą nowe miejsca pracy i nowe podatki. Zależność tę zaobserwowano wyjątkowo wyraźnie po tym, jak Ronald Reagan obniżył w 1982 roku marginalną (maksymalną) stopę podatkową z 80 proc. do 35. Mimo tak gwałtownego spadku, wolumen wpływów podatkowych wzrósł z 500 mld dol. do ok. 900 mld dol.!
Podatek liniowy doprowadzi nie tylko do spadku potrzeb budżetu i wzrostu zamożności obywateli, ale także do zwiększenia wolumenu wpływów podatkowych w ogóle. Potwierdzają to m.in. doświadczenia: Rosji, Chile, Słowacji. Zresztą po co daleko szukać, potwierdza to liniowy CIT, wprowadzony 4 lata temu przez Leszka Millera.

Władza!

Dlaczego pomimo samych zalet, podatek liniowy jest wprowadzany z takimi oporami? Powody są dwa. Primo, to ignorancja. Już o tym mówiliśmy. Polityk, dziennikarz, działacz nie wie, boi się spytać, więc na wszelki wypadek woli się sprzeciwić, dorabiając do swej odmowy fałszywy argument o niesprawiedliwości lub zagrożeniu interesu społecznego. Gdyby politykom chodziło wyłącznie o sprawiedliwość i dobro społeczne, wprowadziliby podatek liniowy nawet ryzykując utratę stanowiska. Taki podatek jest dla kraju i ludzi znacznie bardziej korzystny, niż podatek progresywny. Co więcej, jest też znacznie korzystniejszy dla samego polityka. Nie dość, że obywatele z własnej kieszeni wyciągają mniej, to w kasie państwa pieniędzy jest więcej. Sytuacja wydawałoby się wymarzona. Z jednym wyjątkiem. I tu dochodzimy do argumentu decydującego, do żądzy władzy. Polityk uświadamia sobie, że więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, to więcej wolności dla obywatela. Człowiek wolny zastanawia się czy ten poseł, senator czy prezes jest mu naprawdę do czegoś potrzebny. A nuż dojdzie do wniosku, że należałoby go jednak zwolnić? I tego widma zbędności boją się politycy najbardziej, stąd stwarzają nam nieustanne zagrożenia, abyśmy przypadkiem nie odkryli, że tak naprawdę możemy się bez wielu z nich obyć.

Jan M. Fijor
„” 2008-02-26

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Wolski pisze:

    O tym aktorze Reaganie to slysze same pochwaly jakim to on byl wspanialym ekonomista, ale czy to nie za jego kadencji podniesiono podatek na social security i medicare o 100% ???

  2. bartek dlugi pisze:

    komentarz do paragrafu „wladza”: wydaje mi sie ze Reagan obnizyl podatki w 81 by potem je podniesc w 82 o okolo 1/3? do tego nie byl poprzedzony zacisnieciem wydatkow lecz wiekszymi wydatkami? pozdrawiam!

  3. Jan M. Fijor pisze:

    Reagan obnizyl podatki zaraz po dojsciu do wladzy, a podniosl w 1986, wraz z nowa ustawa podatkowa. jmf

  4. parsek pisze:

    Natomiast ja uważam, że podatek liniowy jest niesprawiedliwy i tłumaczę dlaczego.
    Weźmy pod uwagę np. dwie czteroosobowe rodziny – jedna o dochodzie miesięcznym 1 500 brutto, (pomijam opłaty na ZUS) druga o dochodzie 15 000 brutto. Jeżeli będą płacic podatek liniowy (np. 20%), pierwsza zapłaci 300 zł podatku, druga 3000 zł.
    300 zł dla pierwszej rodziny jest kwotą ogromną przy jej dochodach, bo ta rodzina, nawet gdyby nie potrącano jej żadnego podatku, i tak żyłaby na granicy nędzy. Natomiast druga rodzina, przy dochodzie netto 12 tys. zł. nawet nie zauważy tych 3000 zł, wcześniej potrąconych przez fiskusa. Czyż nie?
    Jeżeli obciążenia podatkowe mają sprawiedliwie obciążac obywateli (oczywiście zdaję sobie sprawę, że słowo „sprawiedliwie” jest w tym momencie niemożliwe do precyzyjnego opisania, ale intuicyjnie każdy rozumie, o co chodzi) to nie może byc tak, że podatek płacony przez jedną grupę podatników jest niemal nieistotny z punktu widzenia jej dochodów (mówię tu o grupie najlepiej zarabiających),a dla innej grupy podatników (tych najmniej zarabiających) jest wręcz zabójczy. Oczywiście, podatek progresywny nie załatwia całkowicie sprawy, ale większe obciążenia dla najbogatszych chociaż w pewnym stopniu (niewielkim) kompensują tę niesprawiedliwośc.
    Tak więc podatek liniowy jest niesprawiedliwy nie dlatego, że bogaci płacą za MAŁO, ale dlatego że najbiedniejsi płacą za DUŻO.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Podatek jest ceną za usługi państwa. Dlaczego bogatsi mieliby płacić za te usługi więcej? Jeśli ktoś chce mieć więcej niech robi to, co przynosi więcej dochodu. Dlaczego karać kardiochirurga za to, że potrafi coś, co jest bardziej potrzebne ludziom niż umiejętności hydraulika? Jeśli ktoś płacio zbyt duże podatki, to może należąłoby podatki obniżyć? Poza tym, gros podatków trafia jednak do ubogich, więc to oni cierpią z powodu polityków, ktorzy chcą im zapewnić sprawiedliwość. Zresztą sprawiedliwości społecznej nie ma, bo nawet nie wiadomo, co by nią było. Równe dochody? Równa konsumpcja? Równe szczęście? Ukłony Jan M Fijor

  6. parsek pisze:

    Właśnie o tym mówię, w przypadku koncepcji podatku liniowego, bogaci płacą relatywnie mało, zdecydowanie za mało (w porównaniu do najbiedniejszych) za te, jak Pan to nazywa usługi państwa, natomiast barbarzyńsko łupi się najbiedniejszych, co wykazałem Panu w moim przykładzie.
    Co to znaczy, że „jeśli ktoś chce mieć więcej niech robi to, co przynosi więcej dochodu”?
    Po pierwsze, to samo można powiedziec w stosunku do najbogatszych –niech się wezmą do roboty, zamiast jęczec jak stare baby, że ich państwo łupi podatkami. Niech robią to, co przynosi większy dochód o tyle, aby nadrobic aktualne straty wynagrodzenia netto z powodu podatku progresywnego. I będą zadowoleni-wszak o pieniądze im chodzi. Po drugie – w Polsce sytuacja ludzi najuboższych jest tak tragiczna, że każdy z nich już dawno ze 100 razy wykorzystał możliwości zarabiania więcej (z wyjątkiem niektórych rodzin patologicznych). Co Pan sobie myśli, że ludzie chcą byc biedni, żeby Panu zrobic na złośc i okraśc z dochodów poprzez progresywny system podatkowy? Ich bieda jest zjawiskiem obiektywnym, możliwym do szybkiej zmiany tylko w bardzo niewielkim stopniu.
    W systemie podatku progresywnego nikt nie „karze kardiochirurga za to, że potrafi coś, co jest bardziej potrzebne ludziom niż umiejętności hydraulika?” Karałby go wtedy, gdyby np. obaj zarabiali tyle samo albo różnice w ich zarobkach netto były niewielkie. Natomiast kardiochirurg zarabiający 15 tys. brutto z podatkiem progresywnym 40 % dostaje wielokrotnie więcej netto niż hydraulik z pensją 3 tys. brutto i podatkiem 20 %. Czyż nie? I oczywiście powinien dostawac więcej, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Dopóki zarabiający brutto więcej, mają netto więcej, doputy system ten nikogo nie karze, bo więcej pracy zawsze będzie dla nich oznaczało więcej zarobku netto. Oczywiście przy rozsądnym górnym progu podatkowym, ale 40 % nie jest przecież niczym niezwykłym w świecie.
    Absolutnie się z Panem zgadzam, że podatki dla najuboższych należy obniżac. Tu nie ma między nami sporu. W Polsce powinno obniżyc się znacznie te podatki poprzez chociażby obniżenie pierwszego progu podatkowego do np. 10 %, albo poprzez wprowadzenie sensownej kwoty wolnej od opodatkowania. Pozostałe dwa progi można pozostawic na tym samym poziomie. Na takiej operacji zarobią wszyscy, również ci z najwyższymi dochodami, ale najwięcej najubożsi. A dla nich w końcu te pieniądze, mimo że niewielkie kwotowo, (byłoby to pewnie sto-dwieście złotych miesięcznie) miałyby kolosalne znaczenie, dzięki nim mogliby np. kupic trochę jedzenia, albo wykupic lekarstwa.
    Co do sprawiedliwości społecznej to częściowo się z Panem zgadzam. Trudno jest określic, co miałoby nią być w OGÓLNOŚCI, ale w niektórych SZCZEGÓLNYCH przypadkach, kierując się intuicją, można przynajmniej powiedziec, co nią nie jest. Podatek liniowy na pewno nie jest jej przejawem. Wyjaśniałem wczesniej kilka razy, dlaczego. Serdecznie pozdrawiam.

  7. johny11 pisze:

    Dawno nie czytałem tak tendencyjnego ale zarazem zabawnego artykułu. Najbardziej podobało mi się jak Autor próbował nawiązać do krzywej Laffera, ale trochę mu nie wyszło, bo pisze coś o równaniu Leffera. Samej krzywej chyba na oczy nie widział. Sugeruje w kilku miejscach, że zawsze, obniżka stawki opodatkowania wpływa na wzrost przychodów budżetowych. Np. „Nie trzeba być statystykiem i rozumieć równanie Leffera, by wiedzieć, że wyższa stopa podatkowa nie przekłada się wcale na wyższe wpływy z podatków(…)Znane dotąd przykłady(…)dowodzą, że jest odwrotnie”.
    Nie Panie Fijor z pewnością nie jest odwrotnie i już na pewno nie o to chodziło Panu Arhurowi Laffer, nie Leffer.

    Drwina z Janusza Piechocińskiego też zasługuje na uwagę: Janusz Piechociński „jak sam podkreśla, martwi się ,że przy podatku linowym zabraknie pieniędzy w budżecie. Ciekawe, że troszczy się o budżet podatnika, któremu z powodu podatku może zabraknąć pieniędzy w domowym budżecie”.
    I pan Janek F. myślał, że jest błyskotliwy.

    Słusznie się martwi Pan Piechociński. Jest to po prostu prawdopodobne. Wprowadzenie podatku liniowego, to ograniczenie roli podatku dochodowego w systemie podatkowym. W Polsce podatki dochodowe nie są wysokie, a dalsze ich zmniejszania z pewnością poprawi ich ściągalność, ale już nie koniecznie wpłynie na wzrost przychodów budżetowych. Znacznie wyższe podatki bezpośrednie są w krajach lepiej rozwiniętych gospodarczo. W Polsce podobnie, jak w innych krajach słabo rozwiniętych gospodarczo lepszym źródłem dochodu dla Państwa są podatki pośrednie (np. VAT, akcyza).
    Wzrost roli podatku bezpośredniego, a tym samym obniżka podatków bezpośrednich jest stanem pożądanym i promowanym przez doktrynę. Przyczyna jest prosta – podatki bezpośrednie są bardziej uczciwe niż pośrednie.
    Uczciwość ta polega na tym, że obciążenia są znane. Podatnik wie doskonale jaką kwotą oraz jaki procent jego dochodów pochłaniają podatki. Kto natomiast liczy ile traci z powodu podatku VAT, który ukryty jest w cenie konsumowanych produktów. Podatnicy nawet nie wiedzą, że płacą jakiś podatek.

    W krajach rozwiniętych podatki bezpośrednie są wysokie, ale podatnicy (wyborcy) doskonale wiedzą co mogą oczekiwać, jeśli jakiś polityk mówi o podwyższeniu podatków bezpośrednich. I na odwrót, jeśli polityk mówi o obniżce podatków dochodowych, to zadają pytania typu: ok., ale jak rząd zrekompensuje sobie spadek przychodów budżetowych, podwyższy podatki pośrednie (ukrywając obciążenia podatkowe), czy obniży wydatki (edukacja, pomoc społeczna).

    W Polsce takich pytań nie ma i nie będzie tak długo jak długo liderami opinii w zakresie ekonomii lub podatków będą dyletanci pokroju Pana Jana Fijora. Niektórym politykom ignorancję można wybaczyć, w końcu są naszymi reprezentantami i w pewnym zakresie są odbiciem społeczeństwa. A przecież nie każdy Kowalski ma wiedzę z zakresu ekonomii czy podatków. Wybaczenie dziennikarzowi ignorancji powinno przychodzić nam znacznie trudniej.

    „(…) w życiu sprawiedliwości nie ma i być nie może”. Czy to usprawiedliwia nas aby do niej nie dążyć. Na świecie nie będzie nigdy tak, aby zawsze panował pokój i nie było żadnych konfliktów zbrojnych, czy zatem zwalnia to nas z dążenia do pokoju na świecie.

    „niższa stopa podatkowa to więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, a obywatel żyjący w dostatku nie wymaga już tak intensywnej pomocy państwa”. Czyli rozumiem, że mówimy o obywatelu zarabiającym poniżej średniej krajowej, bo w końcu to właśnie tacy obywatele tak owej pomocy Państwa potrzebują. Tylko może autor by wytłumaczył jak podatek linowy miałby poprawić sytuację osób najsłabiej zarabiających. Odebrałby on jedynie pozostałości ulg podatkowych. Podatek liniowy zmniejsza obciążenia osób zarabiających znacznie poniżej średniej krajowej, ale dlaczego miałby wpływać na ograniczenie potrzeb obywateli zarabiających znacznie poniżej średniej krajowej.

    „trudno znaleźć jakiś rozsądny argument za tym, żeby ludzie bogaci mieli płacić kilka, kilkanaście razy więcej za wojsko, drogi czy sanatoria.”
    John Mynair Keyns jednak znalazł. Jego zdaniem progresywny podatek od wynagrodzeń powoduje wolniejsze zmiany w dochodzie niż zmiany w PKB, poprzez automatyczne „przechodzenie” podatników do wyższych stawek podatku (podczas fazy wzrostu) bądź też niższych (podczas recesji). Tak więc progresywny podatek od wynagrodzeń działa „wbrew kierunkowi cyklu koniunkturalnego” (countercyclical), moderując tym samym jego przebieg.
    Jest to argument bardzo aktualny w obecnym stanie globalnej gospodarki.
    W czasie kiedy najbardziej potrzebujemy podatku progresywnego Polska miałaby wprowadzać podatek liniowy? Możliwe, że świat przypomni sobie o keynesizmie w obliczu obecnego kryzysu.

    A tak w ogóle, czyżbyśmy zapomnieli czym jest podatek? To przecież nieodpłatne świadczenie na rzecz Państwa. Podatek, to nie opłata za wojsko, drogi czy sanatoria. A jego funkcja jest zupełnie inna. Jedną z funkcji jest przecież redystrybucja dochodów. Czy można jednoznacznie wyrokować, że takie janosikowanie jest niesprawiedliwe? To pewnie zależy od sytuacji społeczno-gospodarczej najuboższych i od poziomu rozwoju gospodarczego państwa. Świat przechodził już przez etap niczym nie skrępowanego liberalizmu. Skutki były tragiczne.

    Neoliberalizm, to obecnie bardzo modny nurt. Jeśli ktoś ma inne poglądy to raczej nie zrobi kariery naukowej czy dziennikarskiej. Neoliberalizm bombarduje poprzez media i liderów opinii, którzy też podlegają wpływom innych środowisk (często z resztą opłacanych pieniędzmi dużych korporacji międzynarodowych). Czy to jest wolność? Trzeba mieć świadomość wpływów jakim podlegamy. Czasem warto się zastanowić co ukształtowało nasze poglądy. Jakiej indoktrynacji podlegamy i dlaczego jesteśmy rzecznikami takiej, a nie innej idei. Ludzie myślący zdają sobie z tego sprawę, a ich motywacją są często pieniądze. Pozostali to raczej marionetki o ograniczonym potencjale intelektualnym. Warto być wyczulonym na wpływy innych aby być wolnym człowiekiem, bo więcej pieniędzy w kieszeni obywatela, to z pewnością nie więcej wolności.

    Wolność od wpływu to jest wolność, wolność do własnego zdania to też wolność. Jaką wolność człowiekowi dają pieniądze? Wolność od obowiązku wobec społeczeństwa, wolność od państwa, czy może wolność do manipulacji społeczeństwem oraz wolność do kupowania ustaw?

    Ale podatek linowy potrafi jednak działać cuda, i to jest argument, którego nie sposób obalić. „Nie dość, że obywatele z własnej kieszeni wyciągają mniej, to w kasie państwa pieniędzy jest więcej”. Czy jest ktoś, kogo to zdanie nie rozbawiło?

    „Człowiek wolny zastanawia się, czy ten poseł, senator lub prezes jest mu naprawdę do czegoś potrzebny”. To prawie jak anarchizm. Wcale nie jest nam potrzebny sejm, senat, rząd. Zlikwidujmy organy państwowe i znieśmy granice między Państwami. Powstanie jedna wielka korporacja zarządzana centralnie. Niech zarządza nią ktokolwiek, tylko żebyśmy mu płacić nie musieli. Jak któreś Państwo się nie zgodzi na przystąpienie do korporacji, to mu się siłą wpoi prawdziwą wolność.

  8. Jan M. Fijor pisze:

    Ja jestem przeciwnego zdania, uważam bowiem,że każdy podatek jest szkodliwy! Krzywa Laffera, to krzywa będąca rozwiązaniem równania. Jak zresztą każda krzywa. Dosiego 2009! JM Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *