Darmocha

chat-dymki
2

Wyobraźmy sobie, że oto Sejm, w trosce o wyżywienie narodu uchwala prawo do „darmowej” żywności. Brzmi to może jak utopia, ale jest możliwe. Skoro mamy „bezpłatne” szkolnictwo czy „bezpłatną” służbę zdrowia, równie dobrze możemy mieć „bezpłatne” wyżywienie. Tym bardziej, że żywność jest znacznie od zdrowia ważniejsza. Wszak bez jedzenia człowiek może wytrzymać jedynie ok. 40 dni, podczas gdy bez służby zdrowia, nawet najciężej chorym, udaje się przeżyć niekiedy rok czy nawet dłużej.

PKWN

No, więc ta nowa Ustawa o Powszechnym Wyżywieniu gwarantować będzie nieograniczony dostęp do żywności. Wyobraźmy sobie, że idziemy do wybranego sklepu i możemy w nim kupić (pardon: zabrać) co nam się żywnie podoba. Prawo dostępu do wszystkiego spowoduje, iż największym wzięciem cieszyć się będą produkty najsmaczniejsze, albo za takie uchodzące: homary, krewetki, kawior, polędwice, trufle, dziczyzna, sery francuskie, szynka westfalska, w najgorszym przypadku schab bez kości. I trudno się ludziom dziwić, skoro wszystko za darmo.
Nie byłoby problemu, gdyby na świecie występowała nieograniczona ilość homarów, trufli, krewetek, kawioru, polędwic i schabów. Trudność w tym, że jeśliby nawet zaimportować do Polski wszystkie homary czy krewetki znajdujące się w rozsądnym zasięgu (tak, aby się w drodze nie popsuły) i umożliwić ich konsumpcję każdemu Polakowi, który ma na nie ochotę, w ilościach nieskrępowanych, to po pewnym czasie produktów tych by zabrakło. I to pomimo konstytucyjnego obowiązku Powszechnego Kompleksowego Wyżywienia Narodu (w skrócie: PKWN).
W krótkim czasie, każdego konsumenta czekałaby niespodzianka.
Przychodzi do sklepu, ma smak na homara, a tu na stoisku z „owocami morza” napis: „Homarów brak”. Zaczyna rozglądać się za krewetkami, tymczasem pomimo gigantycznych dostaw, krewetek także zabrakło. Może więc świeży łosoś – nie ma, filet z morszczuka – brak, w takim razie filet mrożony z pangi – też nie ma, a paluszki rybne? Zabrakło. Wychodzi na to, że produktem najbardziej zbliżonym do owoców morza będzie…ocet na marynaty ze śledzia, którego sobie ewentualnie sami złowimy. Bierzemy ocet, bo z doświadczenia wiemy, że w systemie powszechnego dostępu także i octu może czasem zabraknąć. Dokładnie taki właśnie scenariusz przerabialiśmy w prl. Co prawda w Polsce Ludowej żywność nie była darmowa, jednakże jej ceny ustalano tak, aby stać na nią było głównie „najuboższych”. Po 45 latach „darmochy” doszliśmy do wniosku, że choćby nie wiem jak doskonałe były ustawy nakazujące powszechne zaopatrzenie ludności, nie ma takiej siły, która by wszystkim zapewniła wszystko, ponieważ stan chronicznego niedoboru jest stanem naturalnym.

Żyjemy w rzeczywistości, w której wszystkiego zawsze brakuje.

Nawet Bill Gates nie może sobie na wszystko pozwolić. Nie może być równocześnie w Redmond, w stanie Waszyngton i doglądać Microsoftu oraz wylegiwać się na Karaibach. Tylko jedno dobro występuje na Ziemi w nieograniczonej obfitości. Jest nim powietrze i dlatego za nie (jeszcze) nie płacimy. Wszystko inne trzeba racjonować, czy jak kto woli reglamentować. W przeciwnym razie każdego z nich zabraknie. Mechanizmem, który sprawia, że homarów, schabów czy nawet chleba nigdy w sklepach nie zabraknie są… ceny.

Los na loterii?

Nie wszyscy się z tym faktem godzą. Zwłaszcza w odniesieniu do służby zdrowia. Mimo iż porada medyczna czy leczenie jest takim samym towarem jak samochód, ciuchy czy wczasy zagraniczne, w percepcji przeciętnego Kowalskiego traktowane są one jak powietrze. Nie protestujemy, gdy sąsiedzi mają więcej pieniędzy od nas i stać ich na lepszy samochód, ładny mebel czy bardziej egzotyczne wczasy, oburza nas jednak ta nierówność w odniesieniu do służby zdrowia. Tutaj Polacy są przekonani, że zasobność czyjegoś portfela nie może decydować o zdrowiu człowieka.
Jeśli społeczeństwo nie godzi się na mechanizm cenowy, musi uporać się z niedoborami w jakiś inny sposób. Pamiętajmy: ani lekarzy, ani pielęgniarek, ani nawet lekarstw, bandaży czy aparatów rentgenowskich dla wszystkich nie wystarczy. Chyba, że przeznaczymy na nie tak ogromną ilość pieniędzy, że zabraknie nam wtedy na buty, ubrania, a nawet i na jedzenie. Kompromis, czyli reglamentacja jest koniecznością.
Jeśli nie ceny, to…kolejka.
Chory zapisuje się w okienku, dostaje numerek i czeka. Ten system dominuje w Polsce od 1945 roku. Jest on „sprawiedliwy”, bo zapewnia wszystkim – tak biednym jak i bogatym – pozornie jednakowe uczestnictwo w systemie opieki medycznej. Problem w tym, że nie zapewnia opieki medycznej. Kolejki do specjalistów trwają niekiedy rok. Wielu chorych zapada w nich na nowe choroby, inni wręcz w nich umierają. Taka sytuacja budzi protesty, stąd konieczność reformy służby zdrowia tak, aby była dostępna dla wszystkich, a jednocześnie darmowa i działała skutecznie.
Problem w tym, że pod nieobecność systemu, w którym pacjenci kupują usługi lekarskie za własne pieniądze, każda inna alternatywa jest niewiele lepsza. Jeśli nie odpowiadają nam kolejki, to inną metodą reglamentacji może być, na przykład, „los na loterii”. Każdego ranka dyrektor szpitala, albo społeczny komitet pacjentów losuje dwie operacje woreczka żółciowego. Tylko dwie, bo w szpitalu brakuje akurat anestezjologów. Wygrani zostają zoperowani, przegrani czekają na uśmiech fortuny w następnych losowaniach. Część z nich pewnie operacji nie doczeka. Innym dość znanym mechanizmem reglamentacji są popularne w czasach Polski ludowej talony, czyli tzw. przydziały; związki zawodowe, albo dyrekcja zakładu przydzielają niektórym ciężarnym żonom i córkom zasłużonych pracowników talony na poród u znanego ginekologa. Kobiety z rodzin mniej zasłużonych pracowników, dla których talonów nie ma, albo urodzą same, albo asystować im będzie mniej wykwalifikowany specjalista. Skutecznym, choć budzącym społeczny sprzeciw mechanizmem reglamentacji są protekcje. Znamy dyrektora funduszu zdrowia, ordynatora albo samego chirurga możemy z nimi załatwić operację czy zabieg poza kolejnością. I wreszcie łapówka, której działania tłumaczyć nie muszę. Zwłaszcza, że łapówka jest właściwie odmianą mechanizmu cenowego, tyle że wykoślawionego.
Osobom dobrze ustawionym, posiadającym rozległe znajomości i wpływy, albo liczącym na swoje szczęście takie system reglamentacji mogą nawet odpowiadać, większość jednak, zwłaszcza w obliczu zagrożenia życia czy śmierci zwraca się mimo wszystko do mechanizmu cenowego. Mimo iż jest on obarczony mankamentami, na przykład, daje pierwszeństwo ludziom zamożnym, jest to jednak najlepsza metoda uzdrawiania służby zdrowia. Mechanizm cenowy usuwa bowiem kilka zasadniczych niedogodności obecnego systemu, jakimi są; ograniczony dostęp do służby zdrowia, jej jakość, a także koszt.
W sytuacji naturalnych niedoborów chodzi przecież o to, aby zasoby, którymi dysponujemy były wykorzystane w sposób optymalny.

Mechanizm cenowy, poprzez to, że kosztami usługi medycznej obciąża pacjenta, ogranicza w znacznym stopniu marnotrawstwu zasobów.

Raz, że osoby mające dużo czasu albo hipochondrycy zmuszone do płacenia za swoje leczenie będą służbę zdrowia nadużywały mniej niż ci, którzy mogą się leczyć do woli i darmo.
Dwa, dzięki istnieniu między pacjentem (usługobiorca) a lekarzem (usługodawca) bezpośredniej relacji zredukowana zostaje biurokracja, poprawia się jakość leczenia, rośnie jego efektywność, a więc spadają koszty.
Trzy, mechanizm cenowy wpływa motywująco na sam personel medyczny. Lekarz czy pielęgniarka cieszący się wzięciem pacjentów zarabiają więcej, co via efekt demonstracji wpływa także na pracę innych lekarzy i pielęgniarek; widząc zależność między wysiłkiem, wiedzą a dochodami, będą się lepiej starać, co oznacza dalszy spadek kosztów.
Cztery, ilość pieniędzy, jaką możemy przeznaczyć na swoje leczenie (czy jakieś inne potrzeby) jest pochodną naszych zasług wobec społeczeństwa. Nasze dochody, nasze pensje są proporcjonalne do wartości, jaką nam, a konkretnie naszemu działaniu przypisują inni ludzie, czyli rynek. Jeśli jesteśmy im potrzebni, płacą nam więcej. Jeśli mniej, płacą mniej. To, jak bardzo będziemy potrzebni naszym bliźnim (konsumentom) zależy w dużym stopniu od nas samych. Mówienie o tym, że każdy ma taki sam żołądek jest sprowadzeniem człowieka do poziomu ssaka. Wartość naszej pracy, a tym samym ilość pieniędzy, jaką nam za nią społeczeństwo zapłaci zależy od ilości przeczytanych przez nas książek, ukończonych szkół, ambicji, od włożonego wysiłku, uczciwości, lojalności, odpowiedzialności, rzetelności, tolerancji ryzyka, pracowitości i innych cech, jak najbardziej społecznie pożądanych. Powiązanie ich z osiąganiem korzyści materialnej jest dla ludzi silnym motywatorem. Starają się być lepszymi, mądrzejszymi, uczciwszymi, bardziej kreatywnymi etc., bo to gwarantuje zamożność. Urawniłowka wedle kryterium wielkości żołądka odbywa się zwykle w dół, jest równaniem do gorszych, a przecież nikt nie chce, aby biednych pacjentów leczyli najgorsi lekarze, czy pielęgniarki.

Rynek

Żeby jednak mechanizm cenowy działał skutecznie, konieczna jest prywatyzacja służby zdrowia.
Dlaczego prywatyzacja?
Dlatego, że prawo własności mobilizuje ludzi do lepszej pracy. W służbie uspołecznionej, państwowej wydajność działania jest niższa, ponieważ nie ma tu prywatnego właściciela, który wyłożył na biznes (bo służba zdrowia to biznes) swoje własne pieniądze i jeśli nie będzie nas dobrze leczyć, to je straci. Prywatny właściciel nie dba o układy, lecz o wyniki finansowe, dlatego zatrudnia najlepszych, zwalniając lub dyscyplinując tych, którzy sobie nie radzą, albo radzić nie chcą. Wie bowiem dobrze, że jeśli nie zadowoli pacjentów, może ich stracić na rzecz konkurentów. W przypadku państwowej służby zdrowia konkurentów nie ma. Tam jest monopol oparty na zasadzie mierny, bierny, ale wierny, a nie zaletach charakteru, umiejętnościach i doświadczeniu personelu.
Mimo to, termin: prywatyzacja leczenia wywołuje na większości pacjentów dreszcz strachu. Boją się, że prywatne kliniki i lekarze będą żądać od nich więcej niż będzie ich stać. Już dzisiaj przecież prywatna wizyta jest znacznie droższa niż wizyta w uspołecznionym zakładzie służby zdrowia. To jest na szczęście złudzenie. Prywatna opieka medyczna, na którą jesteśmy zdani w sytuacjach dramatycznych wydaje się być droga z kilku powodów. Primo, ponieważ w sektorze prywatnym działa tylko niewielka część lekarzy, przychodni i szpitali; secundo, ponieważ nie liczymy prawdziwych nakładów, których lwia część zabierana jest nam na długo przed tym zanim pojawimy się u lekarza. Mam na myśli podatek ZUS. Gdyby i ten podatek dodać do kosztów leczenia okaże się, że jest ono droższe niż w wydaniu prywatnym. N.b. kupowanie czegokolwiek przez pośrednika jest z reguły droższe niż kupowanie bezpośrednio. Państwo, ministerstwo zdrowia, Narodowy Fundusz Zdrowia, a także w pewnym stopniu ZUS są pośrednikami. Szkodliwe i marnotrawne jest też zmuszanie jednych do opłacania usług medycznych innych ludzi. Zwłaszcza, że nie mamy wpływu na ich styl życia, który może by bardzo chorobogenny (papierosy, alkohol, hulanki, swawole), ani na sposób wydawania tych pieniędzy.
O ile mechanizm cenowy (rynkowy) w przypadku dostępu do żywności, mieszkań, samochodów, mebli, ubrań i tysięcy innych dóbr większość z nas przyjęła z aprobatą, o tyle w odniesieniu do usług medycznych Polacy się zacięli i nadal chcą reglamentacji, czyli PRL. Trudno się nam dziwić. Ten absurd wymyślili przecież Niemcy, naród uchodzący za poważny i dojrzały, i to już ponad 100 lat temu. W efekcie, mamy prawo do korzystania ze służby zdrowia, ale brak nam opieki medycznej. Nie pomagają roszady personalne w ministerstwie zdrowia, apele polityków, strajki lekarzy czy nowe systemy kolejkowe. Nadal wymagamy czegoś, co jest niemożliwe; wszystkiego dla wszystkich za takie same pieniądze. Tymczasem bez mechanizmu, który zachęciłby do zwiększenia podaży usług medycznych, do racjonalizacji ich wykorzystania i eliminacji marnotrawstwa, deficytu usług zlikwidować się nie da. Nie tylko zresztą w Polsce, także w bogatej Danii, gdzie np. operacje „by-pass” osobom po sześćdziesiątce robi się raczej niechętnie, a kolejki do skomplikowanych badań diagnostycznych są tak długie, iż niektórzy pacjenci umierają zanim się diagnozy doczekają. W Niemczech nie jest dużo lepiej, o czym świadczy chociażby – wprowadzony jeszcze w 1993 roku – „eksperyment”, o którym piszą autorzy niniejszej książki, polegający na kopiowaniu systemu…amerykańskiego, co sprowadza się do prawa pacjenta do wyboru między konkurującymi ze sobą różnymi systemami ubezpieczeniowymi. Amerykańska prywatna służba zdrowia, po okresie wrogości ze strony sąsiada z północy, stała się naturalną alternatywą dla 70 procent chorych Kanadyjczyków, którzy u siebie, gdzie leczenie jest darmowe, pomarliby znacznie wcześniej. Prawie 80 procent mieszkańców stolicy Szwecji, Sztokholmu, rezygnuje z państwowej opieki medycznej na rzecz prywatnej alternatywy. W Anglii uchodzącej za wzorzec doskonałej opiek medycznej, za rządów Partii Pracy, bądź co bądź partii dbającej o zdobycze socjalne, ponad 7 milionów ludzi posiada dziś prywatne ubezpieczenie zdrowotne, a liczba pacjentów płacących za leczenie z własnej kieszeni zwiększyła się o 40 procent. Bo inaczej się nie da…

Strach

Dlaczego tak trudno to zrozumieć?
Dlaczego w kwestiach nie-medycznych ludzie godzą się z nierównością, gniewa ich ona, przełykają jednak ślinę i uznają, że ktoś kto więcej pracuje, kto się lepiej od innych stara, kto ryzykuje, uczy się, jest przedsiębiorczy, ten ma prawo do wyższych zarobków, za które może kupować więcej lepszych towarów i żyć dostatniej, niż ktoś kto pracuje gorzej, mniej lub nie pracuje w ogóle.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest strach, a właściwie ignorancja.

Przeciętny polski pacjent uważa, że służba zdrowia jest darmowa.

Ktoś za niego płaci, najprawdopodobniej rząd, on nawet się nie zastanawia, kto i skąd bierze na to pieniądze. Bo i po co? Pół biedy, jeśli nic mu nie dolega. Z chwilą pogorszenia się stanu zdrowia ten idylliczny obraz ulega zaburzeniu. Oto okazuje się, że ta do tej pory darmowa usługa jednak kosztuje. Co gorsza, kosztuje dużo, wyciągających rękę po zapłatę jest wielu, a chętnych do płacenia – prócz samego pacjenta i jego najbliższych – brak. Upieranie się przy wersji darmowej, w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia, nie wchodzi w grę. Trzeba płacić, albo cierpieć. Niemal każda polska rodzina staje kiedyś przed takim dylematem.
A mimo to nie godzi się na zmianę status quo. Dlaczego?
Niewielu z nas zna inne systemy opieki medycznej, rzadko bywamy w szpitalach zagranicznych, z podobnego powodu, temat ten omijają media. Książek, jak ta, którą macie Państwo w rękach nie publikuje się w Polsce prawie w ogóle. Nb. na brak takich pozycji zwrócił mi uwagę specjalista od problemów organizacji służby zdrowia jednej z największych polskich uczelni ekonomicznych. Przedmiotu nie znają sami przedstawiciele służby zdrowia, lekarze, czego dobitnym przykładem były m.in. wypowiedzi b. ministra zdrowia, Zbigniewa Religi, który wielokrotnie podkreślał, że „w służbie zdrowia rynek się nie sprawdza”. Co prawda, rząd jest w stanie sam się wyleczyć, ale prof. Religa, lekarz znający światowe standardy służby zdrowia, powinien przynajmniej wiedzieć, co się sprawdza, a co nie. Nie można patrzeć na służbę zdrowia przez pryzmat własnej posady ministerialnej, którą w warunkach wolnego rynku najprawdopodobniej prof. Religa by stracił. Na wolnym rynku ministerstwo zdrowia, podobnie jak ministerstwo handlu, współpracy z zagranicą, gospodarki i wiele innych byłyby organizacjami zbędnymi.
Pod wpływem lewicowej propagandy i gróźb szerzonych przez administrację państwową,

przeciętny pacjent uważa, że gdyby nie państwo, umarłby w bólach i mękach w wieku 25 lat pozbawiony szans na opiekę medyczną.

Tak myślą nie tylko Polacy. Powszechną służbę zdrowia popierają Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Czesi, Włosi, Hiszpanie, ostatnio nawet Amerykanie. Ponad połowa obywateli Stanów Zjednoczonych uległa już naporowi sił lewicy i domaga się upaństwowienia health service, czego owocem jest ponad pięćdziesięcioprocentowe poparcie dla ambicji prezydenckich p. Hillary Clinton, kandydatki znanej z niechęci do rynku, orędowniczki państwowej służby zdrowia. Trudno w takich okolicznościach upierać się, że wszyscy są głupi. Coś widocznie musi być na rzeczy…
I tu potwierdza się odwieczne spostrzeżenie, że człowiek, bez względu na rasę, wykształcenie, zamożność, płeć, czy wiek chętniej posługuje się emocjami niż rozumem. Przeciętny Kowalski, ale i Schmidt, Svenson czy Smith uważa, że będzie bardziej chorowity niż statystyczna średnia i dlatego godzi się mimo wszystko na taki chory układ. Liczy bowiem, że ktoś za te jego nadmierną chorowitość zapłaci. Tymczasem skrupulatny rachunek i logika dowodzą, o czym piszą autorzy książki, że najtaniej kupujemy wtedy, gdy każdy płaci za siebie i gdy ma wybór. I choć teoretycznie uspołecznienie systemu opieki zdrowotnej ze względu na efekt skali powinno wpłynąć na obniżenie kosztów opieki medycznej, przy monopolu państwa, pod nieobecność konkurencji i prywatnej własności jest to alternatywa droższa i gorsza. I choćbyśmy zmieniali ustawy, co dwa tygodnie, sytuacja się nie zmieni, bo cele pacjentów i polityków są sprzeczne. My wydajemy pieniądze własne, politycy cudze. Nam chodzi o to, by na zdrowie wydawać jak najmniej, im, przeciwnie, oni kupują dla siebie głosy w wyborach. Podobne problemy mają Niemcy, Francuzi, Anglicy a w mniejszym stopniu nawet Amerykanie. Oni wszyscy mają jednak od lat równolegle prywatną służbę zdrowia, mocne firmy ubezpieczeniowe i znacznie więcej pieniędzy.
Dla Polaków najlepszym wyjściem jest uwolnienie służby zdrowia spod rządów państwa, wprowadzenie konkurencji na rynku usług medycznych, przywrócenie „archaicznego” systemu, w którym pacjent płaci temu, kto go leczy. Usługi medyczne są takim samym towarem, jak mleko, benzyna czy ziemniaki, a skoro tak, płaćmy za nie tak, jak płacimy za mleko, benzynę czy ziemniaki. W interesie własnego zdrowia, pacjent musi dbać o portfela lekarza, który w trosce o swój portfel dba o stan zdrowia pacjenta. Pośredników nie potrzeba. Poza jednym – poza ubezpieczeniem.

Co począć z pechowcami?

Nasze zdrowie, podobnie jak wszystko na tym świecie jest w ogromnym stopniu nieprzewidywalne. Może się zdarzyć, że dotknie nas choroba, na której leczenie nie będzie nas stać. Czy mamy umrzeć w przytułku? Skądże znowu. Już prawie 300 lat temu przedsiębiorczy Anglicy i Holendrzy wymyślili prywatne firmy, które za niewygórowaną opłatą są w stanie przejąć od potencjalnego pacjenta ryzyko katastrofy finansowej. Karłowatym przykładem takiej działalności jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli jednak państwo zwróci troskę o zdrowie w ręce obywateli, firm, które za niewielką opłatą zapłacą za nasze leczenie będzie więcej. One przejmą od nas ryzyko upadłości spowodowane wypadkiem czy ciężką chorobą, gwarantując nam tyle opieki medycznej, ile chcemy, czyli za ile zapłacimy.
Jeśli mimo to znajdą się ludzie, którzy sobie obowiązek ubezpieczenia medycznego zlekceważą, analogicznie do innych obszarów działania, można ich będzie leczyć za pieniądze zgromadzone przez organizacje charytatywne. Złożą się na nie dobrowolnie dobroczyńcy prywatni, fundacje, biznes, kościoły i inne instytucje, których nie brakuje. Można mieć nadzieję, że środki będące w ich dyspozycji będą wydawane racjonalnie i pod kontrola. Nie może być tak, jak to ma miejsce w Zakopanem, Pabianicach czy w większości miast średniej wielkości, że gros pieniędzy trwoni się beztrosko na leczenie zatruć alkoholowych, czy skutków bójek między lokalnymi kloszardami.
Tak jak w przypadku ubezpieczenia drogowego istnieje klauzula pokrycia strat wynikłych z kolizji z osobą nie ubezpieczoną, tak w przypadku indywidualnego ubezpieczenia zdrowotnego może istnieć klauzula ubezpieczenia osoby, która nie jest w stanie się ubezpieczyć. Istnieje tu co prawda zagrożenie pokusą nadużycia, ale i to można jakoś rozwiązać. W przypadku osób złośliwie uchylających się od wykupienia (posiadania) ubezpieczenia można wprowadzić obowiązek pokrywania strat lub pracy przymusowej na rzecz poszkodowanych. Można też zobowiązać członków rodziny do pokrywania ubezpieczenia krewnym i powinowatym. To może być skuteczny mechanizm odstraszający od nadużyć.

Warunkiem poprawy w każdym z wymienionych obszarów działania służby zdrowia, jest zabranie jej z rąk państwa.
Nie dość, że politycy do kryzysu w służbie zdrowia doprowadzili, to nadal robią wszystko, aby było trudno. Chcą nas w ten sposób przekonać (czytaj: zmusić!) do dalszego powierzania im kilkunastu procent dochodu narodowego. Wiedząc dobrze, że znaczna część tych pieniędzy pozostanie w ich kieszeniach, zrobią wszystko, aby istniejącego status quo nie zmieniać.
Kryzys w opiece medycznej doszedł jednak do takiego punktu, że ryzyko utrzymywania istniejącego stanu rzeczy zagraża wręcz bytowi narodu. Dlatego zdecydowaliśmy się na publikację „Jak uzdrowić służbę zdrowia”.

Jan M. Fijor
„Fijorr Publishing” 2008-05-01

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. ZQW pisze:

    To co Pan pisze to „oczywista oczywistość”.Nie bierze Pan pod uwagę beneficjentów systemu – lobby ordynatorsko-profesorskiego oraz koncernów farmaceutycznych.Obecny system to zaprzeczenie systemu ubezpieczeniowego ( a nie jego karykatura jak Pan twierdzi ) – bo ubezpieczalnia płaci za usługi na jakie stać każdego ( wizyta w przychodni i drobne zabiegi ) a pacjenci wymagający drogiego leczenia nie mają co liczyć na usługę.A tak na marginesie bardzo mi się podoba Pana pomysł ograniczenia popytu poprzez wprowadzenie losowań w dostepie do lekarza . Wydaje mi się najbardziej sprawiedliwy ( społecznie ).

  2. Sławomir Staszak pisze:

    Tzw. „koszyk świadczeń gwarantowanych” to żałosna (nieudana, o czym jeszcze niektórzy nie wiedzą) próba reanimacji chorego systemu… A ten system trzeba po prostu dobić, aby wokół trupa odrodziło się normalne życie, oparte na wolności, wolnym rynku… na zasadzie chcącemu nie dzieje się krzywda… To co napisałem jest banalne, jest powiedzmy tzw. „oczywistą oczywistością” o której wspomniał ZQW, ale nie dla wszystkich- a dokładnie dla jakiś 3% społeczeństwa. I dlatego właśnie, jest sens o tych oczywistych przyczynach stanu służby pisać… Zwłaszcza w okresie szalejącej demokracji. Gdyby była monarchia, wystarczyłoby, gdyby Pan fijor zamiast publikować w internecie oczywistości, drukował je i wysyłał pocztą do króla, aby próbowac przekonać go na liberalizm. A tak musi się męczyć i przekonywać miliony. Zamiast argumentować u suwerena-monarchy, musi się gimnastykować przed suwerenem-ludem o 28 milionach osobowości, czyli władcą schizofrenikiem, czyli chorym umysłowo… A do takiego trzeba jak do dziecka: powoli, dokładnie, najlepiej na obrazkach, najprościej jak tylko możliwe, bez skrótów myślowych, za pomocą „oczywistych oczywistości”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *