Cały ten kredytowy bałagan

chat-dymki
7

Wahałem się długo czy powinienem się wypowiadać na temat kryzysu hipotecznego, zwłaszcza że nie jestem specjalistą ani w dziedzinie kredytów, ani tym bardziej w zakresie finansów. Uważam jednak, że to co się w tej dziedzinie aktualnie dzieje jest dość jasne i nie budzi zasadniczych wątpliwości. Oto skrót moich refleksji na ten temat, w nieco uproszczonej postaci. Jeśli ktoś uważa inaczej niż ja, może mnie w każdej chwili skorygować.

Inwestorski raj

Gigantyczny bank kredytów hipotecznych, Federal National Mortgage Association, znany powszechnie jako Fannie Mae, został powołany do życia przez rząd federalny w czasie Nowego Ładu. Celem nowej firmy było usprawnienie procesu udzielania pożyczek na kupno domu/mieszkania, a tym samym zachęcenie jak największej liczby Amerykanów do posiadania własnego domu. W 1968 roku Fanny Mae została “sprywatyzowana”. A pod koniec lat 1990., za prezydentury Billa Clintona, złagodzono kryteria przyznawania kredytów hipotecznych, co miało jeszcze bardziej ułatwić dostęp do kredytu na zakup nieruchomości.
Podstawowy mechanizm dzialania tego mega banku był stosunkowo prosty; Fanny Mae kupowała pożyczki od “zwykłych” kredytodawców (detalistów), po czym kompletowała je w pakiety, które następnie sekurytyzowano (w formie papierów dłużnych) i sprzedawano na rynku wtórnym inwestorom. Zastawem tych obligacji były właśnie spakietowane pożyczki. Papiery te były stosunkowo bezpieczne, a jedynym ryzykiem jakie ze soba niosły była niewypłacalność dłużników, ktorych pożyczki stanowiły gwarancję obligacji. Ryzyko niewypłacalności danej pożyczki hipotecznej zależało od szeregu czynników, składających się na “jakość” dłużnika. Należały do nich jego zarobki, sytuacja na lokalnym rynku nieruchomości, koszty kredytu i kilka innych. W normalnych warunkach każda taka pojedyczna pożyczka stanowiłaby dość marną lokatę, co gorsze, inwstor nie miał właściwie wpływu na jej ocenę. Kiedy jednak znalazła sie instytucja, która minimalizowała ryzyko poprzez pakietowanie kilkuset czy kilku tysięcy takich pożyczek, ryzyko rozkładało się na wielu kredytobiorców, co je tym samym minimalizowało. Pakiet jest mniej ryzykowny, niż każda z jego składowych. Problem w tym, że choć ryzyko było mniejsze, nie znikalo. Pojawił się więc kolejny problem, mianowicie ubezpieczenie ryzyka. Tego ubezpieczenia podjęła się także Fannie Mae. I dopiero to uczyniło obligacje, których zastawem były pożyczki hipoteczne atrakcyjnymi z inwestycyjnego punktu widzenia. I to nawet wtedy, gdy FNMA przestała być agencją rządową i stała się firmą prywatną. Inwestorzy wiedzieli bowiem, że jest “oczkiem w głowie” rządu, który zrobi wszystko, aby ją w razie klopotów uratować. Ta gwarancja była niejako wpisana w działalność firmy; z chwilą, gdy jakiś kredytobiorca przestawał spłacać raty swej pożyczki, Fannie Mae pokrywała straty z tego tytułu powstałe. Można rzec: raj nie inwestycja.

Oczko w głowie

Firmy ubezpieczeniowe stać na ubezpieczenie naszego domu od pożaru, ponieważ ryzyko spłonięcia naszego domu nie jest powiązane z ryzykiem pożaru domu innych osób, chyba że przypadkowo są one naszymi sąsiadami. Jeśli prawdopodobieństwo pożaru wynosi jeden na tysiąc domów, a firma ubezpieczeniowa ubezpiecza (w zamian za składkę płaconą przez ubezpieczonego) milion domow, wówczas musi się liczyć z tym, że przyjdzie jej zapłacić odszkodowanie za tysiąc spalonych domów w ciągu jednego roku. Taka zasada w przypadku pożyczek hipotecznych nie działa. Prawdopodobieństwo tego, że jakiś dłużnik przestanie spłacać swoją pożyczkę hipoteczną, narażając na straty swego wierzyciela, zależy między innymi od stanu gospodarki, a także od stanu rynku nieruchomości. Jeśli ceny domów czy mieszkań rosną, rośnie wartość mojej nieruchomości, będącej zastawem mego kredytu. Pod zastaw bardziej wartościowej nieruchomości, bank chętnie pożyczy dodatkowe pieniądze. Jeśli jednak cena domu zacznie spadać, czyli zacznie on tracić na wartości, może się okazać, że korzystniej będzie wstrzymać spłatę długu, niż go dalej spłacać. Może się bowiem zdarzyć, że pozbywając się 95 tysięcy dolarów pożyczki, oddaję wierzycielowi (bankowi) dom, który w tym momencie wart jest tylko, powiedzmy, 80 tysięcy dolarów. (W Stanach Zjednoczonych, w przeciwieństwie do Polski bank nie ma prawa żądać od dłużnika więcej niż wynosi wartość nieuchomości (zastawu), nawet wówczas, gdy zastaw – którym jest hipoteka zadłużonej nieruchomości – nie pokrywa wartości zobowiązania – przyp. red.).
Z powyższego widać, że w pewnych okolicznościach, rezygnacja ze spłaty kredytu może być równie korzystna dla mnie, jak i dla wielu innych dłużników. I wtedy Fannie Mae zaczyna mieć problem. Jeśli bowiem do takiego samego wniosku dojdą setki czy tysiące dłużników jej zobowiązania, jako firmy gwarantującej posiadaczom obligacji hipotecznych ich lokatę, mogą przekroczyć wartość wszystkich aktywów. Gdyby Fannie Mae była zwykłą prywatną firmą rynkową, nie byłoby problemu. Inwestorzy w obligacje hipoteczne wzięliby na siebie to ryzyko, uwzględniając je w kalkulacji rentowności nabywanych papierów dlużnych. Jedni by je kupowali, inni trzymali się od nich z daleka. Jednakże Fannie Mae zwykłą firmą nie jest. Ustanowiono ją jako agencję rządową, i chociaż rząd nie ma ustawowego obowiązku gwarantowania jej wypłacaslności, zakładano że w przypadku wystąpienia jakichś zaburzeń, władza polityczna stanie na wysokości zadania i pokryje inwestorom straty. Trudno wręcz było sobie wyobrazić sytuację, w której to “oczko w głowie” rządu federalnego ogłosi upadlość, albo odmówi wypłaty obligacji. Taka percepcja Fannie Mae dawała jej przewagę nad innymi firmami prywatnymi w sektorze pożyczek hipotecznych. Mogła dzięki temu sprzedawać swoje papiery dłużne znacznie drożej niż sprzedawali je konkurenci rynkowi. Dawało jej to pozycję dominującą, trudną do pokonania. I to jest powód, dla którego pisząc wyżej o “prywatyzacji” Fannie Mae, posłużyłem się cudzysłowem.

Z jakiej racji?

Od pewnego czasu amerykański rynek nieruchomości dołuje. Wielu dłużników przestało spłacać swe kredyty. Skutkiem tego FNMA przekroczyła zdolność gwarantowania własnych obligacji. Inwestorzy zaczęli tracić, co uznano za początek kryzysu kredytów hipotecznych. Co w takiej sytuacji należało uczynić? Czy rząd miał pokrywać straty swego oczka w głowie? Moim zdabniem nie. Ktoś, kto inwestuje powinien znać poziom ryzyka, jakie na siebie bierze. Firmy, które garściami kupowały obligacje Fannie Mae nie są tu wyjątkiem. Co mnie obchodzi to, że liczyły na interwencję rządu, który ich uratuje przed stratą? To jest ich problem, a nie rządu czy mój. Przyjęły zbyt ryzykowne założenie i powinny za to zapłacić. Pomaganie im poprzez wykupienie długów Fannie Mae jest nie tylko nieuczciwe wobec podatników, którzy proceder ten finansują, ale i nieroztropne. Odtąd wielu innych inwestorów będzie uważać, że w przypadku źle wyliczonego ryzyka i straty należy im się pomoc ze strony innych ludzi. A z jakiej racji?
Zasada odpowiedzialności za własne czyny odnosi się nie tylko do inwestorów, także do samej Fannie Mae, która powinna wziąć na siebie konsekwencje własnych błędów i za nie zapłacić. Albo upaść. To samo odnosi się do wszystkich innych firm, o których mówi sięm że są “zbyt duże, aby upaść”.
Tym co mnie w obecnej sytuacji szczególnie drażni jest zrzucanie winy za cały ten kryzys na wolny rynek i kapitalizm, co dla niektórych jest okazją do odtrąbiania upadku kapitalizmu. Zapomina się, że Fannie Mae została powołana do życia z inicjatywy rządu, który zapragnął pożyczać pieniądze ludziom, chcącym posiadać nieruchomości, a nie mogącym otrzymać kredytu na rynku prywatnym. Nigdy później cel ten nie uległ zmianie. Nawet po denacjonalizacji Fannie Mae nikt nie zaprzeczał, że choć jest to firma prywatna, cieszy się niewątpliwym poparciem rządu. Obecny kryzys jest rezultatem tego przekonania, które z wolnym rynkiem i kapitalizmem ma bardzo niewiele wspólnego. Jest wręcz odwrotnie, to właśnie regulacje i ograniczanie wolnego rynku doprowadziły do upadku Fannie Mae, jej młodszego brata, Freddie Mac (Federal Home Loan Mortgage Corporation) i wielu innych firm cieszących się mniej lub bardziej jawnym wsparciem Białego Domu.

David Friedman
„Wprost” 2008-10-10

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Stanisław pisze:

    Przyznam ,że wyjaśnienie problemu jest dosyć ciekawe oraz rozsądne.

    Natomiast konkluzja jest , według mnie , daleka od prawdy.

    Cytuję :
    ” Tym co mnie w obecnej sytuacji szczególnie drażni jest zrzucanie winy za cały ten kryzys na wolny rynek i kapitalizm, co dla niektórych jest okazją do odtrąbiania upadku kapitalizmu. Zapomina się, że Fannie Mae została powołana do życia z inicjatywy rządu, który zapragnął pożyczać pieniądze ludziom, chcącym posiadać nieruchomości, a nie mogącym otrzymać kredytu na rynku prywatnym. Nigdy później cel ten nie uległ zmianie. Nawet po denacjonalizacji Fannie Mae nikt nie zaprzeczał, że choć jest to firma prywatna, cieszy się niewątpliwym poparciem rządu. Obecny kryzys jest rezultatem tego przekonania, które z wolnym rynkiem i kapitalizmem ma bardzo niewiele wspólnego. Jest wręcz odwrotnie, to właśnie regulacje i ograniczanie wolnego rynku doprowadziły do upadku Fannie Mae, jej młodszego brata, Freddie Mac (Federal Home Loan Mortgage Corporation) i wielu innych firm cieszących się mniej lub bardziej jawnym wsparciem Białego Domu.”

    A co z Islandią, UK i wieloma innymi państwami ich instytucjami finansowymi?.

    Je też wspierał Biały Dom ?

    To włańnie brak regulacji i ograniczeń doprowadził do dzikiego kapitalizmu , którego konsekwencje teraz widzimy.

    Jesli towarzystwo spod znaku chciwości i lichwiarstwa nie ponosi ryzyka bankructwa, to świadczy, że wolny rynek nie jest wolny, a jeśli nie jest wolny to jest zniewolony, zamknięty, przynajmniej ten finansowy.
    I gdzie tu kapitalizm ?

    Kapitalizm jest na Grynpojncie gdzie jest 10 masarni, a właściciele muszą wstawać o 4 rano , żeby robić kiełbasy, lepsze i tańsze bo inaczej trzeba robić u końtraktora.
    Wolnego rynku nie ma i nie będzie jeśli nie będzie jednakowej odpowiedzialności za decyzje jakie podejmujemy i za dostęp do wszelkiej branży bez potrzeby znajomości czy też pokrewieństwa rasowego.
    Albo państwa na to stać albo nie.
    Jeśli nie to niech nie opowiadają nam ,że rządzi Busz , Makkein, Sar Kozy czy ktoś inny, a w rzeczywistości rządzi Grinspan, Barnaki, Goldman i jego Saks czy inni „grandziarze ” jak to ujął pewien publicysta.
    Pozdrawiam.
    Stanisław

  2. Stanisław pisze:

    Goldman ma w nazwie Sucks i to może świadczyć o jego niepowodzeniu, ale żeby narod amerykański nie potrafił czytać lub nie rozumiał co czyta to już skandal …………..

  3. JMF pisze:

    Podobne przyczyny prowadza do podobnych skutkow. Islandia, UK miały jedne z najhojniejszych systemów welfare. Ameryka pozazdrościła im i też ma państwo opiekuncze za Busha. USA by sobie dały z kryzysem radę, gdyby nie wojna. To ich dobiło.
    Wi.ęc to jest kryzys socjalizmu, a nie kapitalizmu. Stasiu, zarozum to, gdyby wolny rynek był wolny, to by nikt nie miał prawa wspiersać głupich decyzji bankierów.
    Do miłego
    JM Fijor

  4. Mokka pisze:

    Pełna zgoda z Panem Fijorem!!!Islandia to 300 000 tys ludzi ,ktorzy pracą powinni sie bogacic a nie pożyczać… i placić zasilki !!! Teraz maja tego efekty !!!To koniec systemu państw opiekuńczych zrozumcie to Państwo !!!Pozdrawiam proszac Pana o więcej wpisówi i II cześc relacji ze Szwecji !!!

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Szwecja będzie. Zresztą Szwecja się wkrótce sypnie, z Danią razem i będzie co pisać. Narazie jednak skupiam się nad mechanizmami krachu, żeby lduzie zrozumieli, że politycy razem z finansjerom nabijają ich w butelkę. Pozdrawiam JM Fijor P.S. To jest krach socjalizmu/interwencjonizmu i dlatego Paul Krugman dostał Nobla. Swoją drogą to skandal.

  6. Ewa pisze:

    Panie Friedman, tyle slow na nic ! Przez 30 lat ideologia liberalizmu ( nota bene opracowana przez Miltona Friedmana ) uczla nas, ze nie jest sprawa rzadow interweniowac w „ wolny rynek finansowy ”, ktory „tworzy bogactwo” ( zapmniano dodac dla kogo ) .
    Teraz okazuje sie, ze rzeczywistosc przygniotla ideologie i “ wolny rynek finansowy ” wola o interwencje rzadow !
    A tak w ogole to co to jest za dyscyplina „ naukowa ” cala ta EKONOMIA, ktora nie potrafi ( nie chce ? ! ) podac precyzyjnej definicji pieniadza – istoty i bazy swoich studiow ?
    A bez jasnej i zrozumialej definicji pieniadza nie sposob wyrazic nawet najbardziej prymitywnej idei ekonomii – jak mawial Ezra Pound.
    Czyli tyle slow i wszystko na nic …
    Ewa

  7. Jan M. Fijor pisze:

    Pani Ewo, bezpieczniej jest najpierw przeczytać i dopiero potem zbierać głos. O tym, że ekonomia jest nauką znajdzie pani m.in. w Ekonomii wolnego rynku Murraya Rothbarda. tam też znajdzie pani definicję pieniądza i sposób jego kreowania. Co do kryzysu, to nie wolny rynek ustanawia stopy procentowe, tylko urzędnicy banku centralnego. Wolny rynek nie drukuje w związku z tym pieniędzy bez pokrycia, nie ustanawia ceł, nie prowadzi redystrybucji dochodu narodowego, w wyniku czego powstają deficyty budżetowe. To wszystko jest dziełem polityków, którzy chcą ten rynek ulepszać. Co z tego wychodzi? Widać na każdym kroku. Jesli mimo to pani nie tego widzi, proponuję lekturę. Ukłony Jan M Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *