Disce puer oeconomiae

chat-dymki
5

Czy to możliwe, żeby tak wielu ekspertów, specjalistów i polityków nie rozumiało prawdziwych przyczyn stojących za obecnym kryzysem finansowym? Jak to możliwe, że w mediach tak łatwo gardzi się trudną prawdą na rzecz łatwej ignorancji?

Mam przed sobą artykuł z Pulsu Biznesu, datowany 15 października 2008 roku. To absolutny przypadek, że wybrałem PB, podobne teksty można znaleźć w innych periodykach zajmujących się analizą obecnego kryzysu. PB i tak jest pod tym względem stosunkowo najrzetelniejszy.
Artykuł nosi optymistyczny tytuł „Inwestorzy czują zapach pieniędzy”, oraz podtytuł „Działania rządów w końcu owocują”, co wyjaśnia z grubsza optymizm, z jakim został napisany. Powodem optymizmu była, jak można się domyślać, rekordowa zwyżka indeksu Dow Jones Industrial Average, jaka miała miejsce dzień wcześniej na Wall Street, kiedy to wspomniany DJIA zyskał blisko 10 procent, największy wzrost w dziejach giełdy nowojorskiej. Autor wyjaśnia powody tej gwałtownej zwyżki: „Rynek z optymizmem przyjął informację o nacjonalizacji banków, głównie w USA i Europie, oraz zapowiedzi wpompowania kolejnych miliardów dolarów w sektor finansowy”. Cytując, dla podparcia swej tezy, autorytet finansowy, niejakiego Toby Hassalla, analityka z firmy Commodity Warrants Australia Ltd., który mówi: „Z tego powodu (to znaczy z powodu nacjonalizacji – przyp. jmf) mamy bardzo silne odbicie i nadzieję, że osiągnęliśmy już dno.”
Najśmieszniejsze jest to, że wciągu ostatniego tygodnia poprzedzającego to „silne odbicie”, indeks Dow Jones oscylował – z dnia na dzień – w granicach 1000 punktów, czyli mniej więcej 11-12 procent swej wartości. Nie zaszło ponadto nic, co by mogło tę sytuację zmienić, a tym bardziej zredukować niepewność. N.b. w infografice towarzyszącej omawianemu tekstowi zamieszczono „stopy zwrotu z okresu 10.10.08 do 14.10.08”, co jest już kompletną aberracją. Wszak dziecko wie, że PB nie jest pismem dla spekulantów czy day traders, lecz dla solidnych inwestorów, a ci posługują się raczej dłuższą, co najmniej paroletnią, cezurą czasową. W cztery dni można zarobić majątek pod warunkiem, że z góry wiemy co się wydarzy (insider trading), albo mamy irracjonalne szczęście. Zakładanie istnienia szczęścia w inwestowaniu jest równie uzasadnione, co prognozowanie stanu konta emerytalnego w oparciu o założenie, że do dnia emerytury wygramy trzykrotnie w toto-lotka.

Gdyby autor tekstu (nie podaję nazwiska, bo nie chcę się nad nim pastwić – przyp. jmf) znał się choć trochę na ekonomii, a powinien, bo przecież pisząc doradza ludziom, którzy się na niej nie muszą znać i liczą, że gazeta biznesowa ich w tym wyręcza, to by wiedział, że nacjonalizacja, jako lekarstwo, jest działaniem znacznie bardziej szkodliwym, niż sama choroba, której na imię kryzys bankowy. Nacjonalizacja oznacza bowiem przekazanie zarządzania bankami w ręce urzędników, czyli ludzi, którzy nie osiągnęli sukcesu w sektorze prywatnym. Można się tylko domyślać, dlaczego go nie osiągnęli. Prawdopodobnie dlatego, że mają zbyt niskie kwalifikacje, za słaby charakter, boją się ryzyka i konkurencji, a najczęściej z powodu wszystkich tych czynników równocześnie. Sam Friedrich von Hayek uważał, że do polityki idą ludzie najsłabsi, zarówno pod względem intelektualnym, jak i moralnym. Jeśli zawodowi bankierzy, ludzie najbardziej wykwalifikowani do prowadzenia banku nie potrafili sobie poradzić z kryzysem, nie potrafią tego także urzędnicy. O ile jednak błąd bankiera owocuje kryzysem na skalę lokalną, i najczęściej dotknie najsilniej bank, którego bankier jest zarządzającym, o tyle błąd urzędnika (przedstawiciela państwa) wpłynie na opinię całej branży i może wywołać poważne konsekwencje, z paniką i runem na (wszystkie) banki włącznie. Z trudnych do pojęcia powodów, statystyczny obywatel uważa urzędnika za reprezentanta państwa, a państwo, jako reprezentanta boga. Błąd człowieka, to mały błąd. Błąd boski to już klęska żywiołowa i utrata nadziei.

Załóżmy jednak, że się mylę i że mamy w rządzie urzędników – nibybogów, którzy poradzą sobie z kryzysem lepiej niż robią to bankierzy. Ale nawet przy takim założeniu autor artykułu ma pecha. Otóż, żeby coś kupić – a ta nacjonalizacja ma jednak charakter cywilizowany i rząd wciąż jeszcze płaci za udziały w bankach – trzeba mieć pieniądze. Skąd urzędnik, czyli rząd, czyli państwo ma pieniądze? No, niestety, ma je od obywatela, zwanego w tym kontekście podatnikiem. Czyli żeby znacjonalizować bank w celu ratowania go, konieczne jest opodatkowanie obywateli. Zabieramy jednym, dajemy drugim. Redystrybucja od tych, co mają do tych, którzy nie mają. Mają na ogół ci, którzy sobie dobrze radzą, a nie mają nieudacznicy albo lenie. Nie dość, że taki transfer jest demoralizujący, to na dodatek, szkodzi całej gospodarce i to co najmniej z dwóch powodów.
Primo, ponieważ karze dobrych za ich wysiłek, przedsiębiorczość, innowacyjność, ryzyko etc. i nagradza fajtłapów. I chociaż działania takie mogą nieudacznika podźwignąć, czego dowodem jest chociażby pomoc rządowa udzielona przez Kongres i prezydenta Cartera w sierpniu 1979 roku spółce Chrysler Corporation, najskuteczniejszą drogą wyjścia z kryzysu jest jednak wysiłek własny. Doświadczenie uczy, że chociaż interwencja Białego Domu Chryslerowi na jakiś czas pomogła, firma ta nigdy na dobre nie stanęła na własnych nogach.
Secundo, transferowi pieniędzy w kieszeni obywatela do kasy państwa towarzyszy zwykle znaczne marnotrawstwo. Ponieważ żyjemy w świecie dóbr rzadkich, nawet najdrobniejsza strata potęguje tę rzadkość, innymi słowy, biedniejemy. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację, w której zubożonego przez program ratunkowy (podatek) obywatela nie stać będzie na zapłacenie swych zobowiązań kredytowych w rezultacie czego, mimo nacjonalizacji, banki i tak zbankrutują.
Jeśli zaś ratunek odbywa się – tak jak to ma miejsce w przypadku w przypadku wykupywania banków wedle planu Sekretarza Skarbu, Henry Paulsona – przy pomocy „ekspansji kredytowej” polegającej na drukowaniu pieniędzy w zamian za obligacje skarbu państwa, będziemy mieć dodatkowo do czynienia z tworzeniem inflacji, czyli i tak z ukrytym podatkiem.

Dalsza część artykułu jest jedną wielką eksplozją optymizmu. Oto komentarz autora: „Dzień bez reanimacji systemu bankowego jest dniem straconym. Wczoraj Amerykanie przedstawili plan wsparcia systemu kwotą kolejnych (ponad zaoferowane tydzień wcześniej 700 miliardów – przyp. jmf) 250 miliardów dolarów, co wraz z zaprezentowanym dzień wcześniej programem zachodnioeuropejskim ma być punktem zwrotnym. Departament Skarbu wyasygnuje środki na wsparcie kapitału banków poprzez nabycie akcji (…).” Tak jakby miało to jakieś znaczenie. Wiadomo, że w obecnej sytuacji nie ma możliwości szybkiej zmiany ustawy podatkowej, stąd wszystkie środki „wyasygnowane” przez rząd pochodzą z…inflacji. To są papiery zadrukowane znakami banknotów i jako takie nie podnoszące wartości majątku narodowego. Ponieważ za tymi pieniędzmi nie kryją się ani oszczędności obywateli, ani wyprodukowane przez nich dobra, wprowadzenie ich na rynek spowoduje dalszy wzrost płynności (dalszą ekspansję kredytową) i osłabienie siły nabywczej pieniądza czyli jeszcze wyższą inflację. Tymczasem obydwa te zjawiska leżą o podłoża obecnego kryzysu. W tym kontekście wręcz kuriozalnie brzmi następny akapit: „Azjatycki rynek wsparł bank centralny Japonii, który zaoferował instytucjom nieograniczony dostęp do kredytów dolarowych.” Zarówno Bank of Japan, jak i autor artykułu zapomnieli o konsekwencjach takiego nieograniczonego wspierania banków japońskich, jakie miało miejsce mniej więcej 20 lat temu i doprowadziło Kraj Kwitnącej Wiśni na krawędź zapaści, z której do dzisiaj nie może się wydostać. Co prawda, przykład Japonii jest nieco mylący, bo tam przedłużający się kryzys doprowadził do deflacji, czyli wzrostu siły nabywczej pieniądza, ale wskazuje dobitnie, że pompowanie papierowych pieniędzy do upadających firm – wbrew „nauce” Johna M. Keynesa – nie jest wcale zbawienne.
Autor jednak nie zwraca na to uwagi, bo już w kolejnym akapicie czytamy: „Wystarczyło, że na rynkach zapachniało świeżym pieniądzem, by inwestorzy na wszystkich kontynentach rzucili się do kupowania akcji.” Rzucili jednego dnia, by następnego przeklinać swoją głupotę. Trudno się dziwić autorowi artykułu, skoro sami inwestorzy zachowują się tak krótkowzrocznie. Przecież jeszcze 3 miesiące temu kontrakty przyszłe na ropę naftową sięgały ceny 150 dolarów za baryłkę. Do dziś spadły o ponad 50 proc. Jeszcze bardziej potaniały futuresy na miedź, aluminium czy gaz. Rozumiem, że można się pomylić o rok, albo o 12 procent, ale nie o 52 procent w ciągu 60 dni. Ani autor, ani żaden z cytowanych przez niego ekspertów, specjalistów, analityków i głównych ekonomistów nie zadał sobie pytania, jak to możliwe, że ta sama przyczyna wywołuje, w tych samych warunkach, tak skrajnie różne skutki. Dlaczego rynek nie reaguje jednoznacznie, skoro tak jednoznacznie optymistyczne są decyzje o nacjonalizacji banków?

Bo rynek wie, że te decyzje nie są dobre. Że ani nacjonalizacja, ani wspieranie upadających banków nie jest dla gospodarki korzystne. Dlaczego więc Wall Street w tej sprawie milczy? Czyżby nie było tam ani jednej osoby, która zetknęła się z austriacką interpretacją cyklu koniunkturalnego? Oczywiście, że są. Można ich wypowiedzi czytać chociażby na łamach artykułów publikowanych przez Instytut Misesa z Alabamy i może jeszcze na kilku dość hermetycznych stronach www. W mainstream ich jednak nie ma. Dlaczego? Nie wiem, tylko się domyślam. Po prostu boją się. Albo tak jest im wygodnie. Jeśli już coś napiszą, tak jak np. cytowany w omawianym wydaniu PB, Ryszard Sikora, dyrektor ING Securities, to jest to nieśmiały eufemizm w rodzaju: „Proces nacjonalizacji banków stabilizuje sytuację (a skąd to wiadomo?), ale im więcej państwa w sektorze, tym trudniej o dynamiczny rozwój gospodarczy.” To prawda, ale odnosi się ona tak do decyzji nacjonalizacji, jak i do wspierania banków, regulowania obrotu papierami wartościowymi i polityki monetarnej. Czyżby autorzy takich wypowiedzi tego nie dostrzegali? A może obawiają się, że lekcja ekonomii będzie dla nich niebezpiecznym wyzwaniem, zmuszającym do rzetelności, uczciwości kosztem części albo całości utraconych zarobków? Obawiają się, że wykształceni dziennikarze, obkuci inwestorzy i świadomi podatnicy nie pozwolą na ratowanie banków czy innych instytucji finansowych kosztem kogokolwiek? Czy może nie wiedzą, że powstrzymywanie się od protestu wobec takiej polityki krzywdzi miliony ludzi, pozwalając ich okradać w majestacie prawa i ignorancji?

Jan M. Fijor
„mises.pl” 2008-10-24

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Ewa pisze:

    Panie Janie ! Przykro mi: bladzi Pan po obrzezach, analizuje sytuacje bez znajomosci PODSTAWY kryzysu ( ktorym jest NATURA pieniadza ), posluguje sie schematami myslowymi, wdrozonymi wszystkim nam przez tych, co preparuja, od zawsze, „ zle i dobre czasy”. Sa to bankierzy ( nie mylic z „bankowcami” – slugusami tych panow, podobnie jak cala reszta niewolnikow ). KRYZYSY finansowe nie biora sie z niczego: wszystkie ona sa PILOTOWANE przez wlascicieli pieniadza. I JEDYNA przyczyna kryzysow jest niezrownowazona podaz srodka platniczego. Istnieje w ekonomii kontrolowanej przez bankierow ( a innej ekonomii w sektorze wiedzy oficjalnej nie uswiadczysz, mimo, ze ona istnieje oczyswiscie i jest bardzo prosta: polega na dbaniu o gospodarke tak, jak robi to dobry ojciec rodziny ! ) pojecie infllacji i deflacji. Czyli w ekonomii oficjalnej jest albo za duzo pieniadza ( i wtedy jest inflacja ) albo za malo ( i wtedy jest deflacja ) i w tej ekonomii NIE ISTNIEJE pojecie zrownowazonej podazy pieniadza ( czyli euflacja ). I nikt jakos nie zadaje sobie tego prostego pytania: dlaczego niby zrownowazona podaz pieniadza ma nie istniec ? A odpowiedz jest prosta jak drut: bo wtedy wlasciciele pieniadza nie robiliby swojego kolosalnego biznesu kosztem niewolnikow ( nas wszystkich ! ) i zycie na ziemi mogloby byc rajem. A teraz konkretnie o kryzysie: chcac wywolac kryzys wystarczy sciagnac z rynku pieniadz , a chcac wprowadzic boom gospodarczy wystarczy wpuscic na rynek duzo pieniadza. „ Sztuczke” te robi sie tak: najpierw, w oparciu o dostep do taniego pieniadza ( niskie stopy procentowe ) my wszyscy, czyli niewolnicy, tworzymy dobra materialne ( i jest boom ). Po paru latach podwyzsza sie koszt pieniadza i dostep do niego i wszystko to, co niewolnicy zbudowali, stworzyli swoja praca, jest ZGARNIANE przez bankierow ( no bo ani firmy ani osoby prywatne nie sa w stanie podolac PODROZONYM splatom kredytow i banki zajmuja nasze dobra ). Panowie tego swiata znow sie bogaca i po czasie oferuja znowu tzw. tani pieniadz, obnizajac zwyczajnie stopy procentowe. To dziwne i prawie dla wszystkich niewolnikow tajemnicze, ale rzady , demokratycznie wybrane, nie maja ZADNEGO wplywu na koszt pieniadza, w tym na stopy procentowe. Odsetki ustalaja osoby ( prywarni bankierzy lub ich ” dlugie ramiona” rzadowe ), na ktore nikt nie glosowal i ktorych istnienia nikt nawet nie podejrzewa ! Obecnie ten cykliczny mechanizm wypadl z rytmu poprzez niewyobrazana chciwosc panow tej Ziemi ( dokonywana poprzez „ kreatywne finanse ” ) ale w zadnym razie te kreatywne finanse nie sa przyczyna kryzysu, czym mydli sie oczy wszystkich ! Kryzys i tak by sie pojawil, z tym, ze nie w tak drastycznej postaci.
    Oto cala prawda i caly, prosty skadinad, mechanizm tworzenia „zlych i dobrych” czasow. Moze to juz czas najwyzszy, zeby sie z nim zapoznac ?
    Ewa

  2. JM Fijor pisze:

    Pani ewo,
    nie lunie być brutalny, ale oboje – pani i ja – dobrze wiemy, że nie rozumie pani problemu o którym pisze. Nie rozumieć, to nic złego, natomiast warto się w takiej sytuacji zapoznać z literaturą. Proponuję Tajniki bankowości Rothbarda, albo chociaż Złoto, banki, ludzie tegoż autora.

    Ukłony
    JM Fijor

  3. Marek Stempkowski pisze:

    Pani Ewo wszystko co Pani opisała – to teoria spisku. Ale Pan Jan zauważył i chce zwrócić uwagę na co innego..

    Dlaczego my jako społeczeństwo mamy płacić z naszych pieniędzy, inwestycji za nieudolność finansowania banku?

    To jest nieprawdopodobne że wiara w to że pomoc na skraju przepasci moze cos w tej sytuacji pomóc?

    Rynek musi się oczyścić i najlepiej samoistnie bez ingerencji.

    Jestem zdania że powinniśmy powiedzieć stanowczo NIE wszelkim wpompowywaniu pieniędzy w nierentowne sektory i tym przypadku nie pomogą sentymenty i dobra wola …

    Pozdrawiam Panie Janie.

  4. Jan M. Fijor pisze:

    Pozdrawiam i ja, dziękuję za pomoc i zrozumienie Jan M Fijor

  5. Ewa pisze:

    Panie Janie, nawet przez glowe by mi nie przeszlo, by moglby Pan reagowac brutalnoscia zamiast wywazonym rozumowaniem. Kwestia tego, kto nie rozumie problemu okaze sie wtedy, gdy zechce Pan podjac ze mna dialog, a nie grozic brutalnoscia. Moglabym wymienic caly szereg tekstow, z ktorymi proponowalabym Panu sie zapoznac, ale watpie by teksty te byly dostepne w jez. angielskim ( nie mowiac juz o polskim ! ). Moge jedynie polecic Bankenstein Marca Saby, bo zdaje sie jest on dostepny tez po angielsku.
    Zadalam Panu pare pytan ale odpowiedzi nie otrzymalam, sprobuje wiec ujac moje pytania w pare prostych punktow:
    1) CZYJA wlasnoscia sa pieniadze bedace w obiegu ( w danym panstwie ); dla wygody mozemy oprzec sie na przykladzie euro.
    2) Z jakiego powodu banknoty euro nie maja numeru seryjnego ( to co sugeruje numer serii to jest jedynie kod, rozszyfrowany notabene. Moge sluzyc tabela kodow )
    3) Skad sie bierze tzw. dlug publiczny ?
    Ogranicze sie do tych 3 punktow na razie, z nadzieja, ze reakcja bedzie odpowiedz techniczna, a nie zniecierpliwienie i posady o brak zrozumienia kwestii, ktora rozumiem bardzo dobrze ( w przeciwienstwie do chyba ponad 99 procent wspolczesnych niewolnikow … ).
    Pozdrawiam – Ewa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *