Wywiad z Milesem Davisem

chat-dymki
2

Działo się to dokładnie 25 lat temu, w Dzień Zaduszny 1983 roku na warszawskim lotnisku Okęcie, w samym środku stanu wojennego.

Czekałem na kogoś z przyjaciół, który tego dnia przylatywał z Madrytu. Samolot był kilka godzin opóźniony, a restauracja nieczynna. Dla zabicia czasu, z nudów chodziłem wzdłuż sali dla oczekujących, tam i z powrotem. Lotnisko było opustoszałe. Do Polski wtedy prawie nikt nie przyjeżdżał, wyjazdy z kraju były utrudnione z powodu stanu wojennego. Szaro, smutno i ponuro. W pewnym momencie zauważyłem, że obok mnie spaceruje jakiś…Murzyn. Był drobnej budowy, szczupły, utykał na nogę i z tego powodu poruszał się przy pomocy laski . Mimo kontuzji krok miał dość energiczny. Na głowie miał za duży kapelusz i na to zwróciłem najpierw uwagę. Potem moją uwagę przyciągnął imponująco długi płaszcz z futrzanym kołnierzem i ciemne okulary, takie jak noszą niewidomi. Ale człowiek ów niewidomym nie był. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, że to przecież Miles Davis. Miles Davis! Ciarki mnie przeszły. Z radia wiedziałem, że dzień wcześniej wystąpił na XXV jubileuszowym Festiwalu Jazz Jamboree. Prowadzący imprezę Andrzej Jaroszyński donosił w porannej Trójce, że Davis dał poprzedniego wieczora koncert swego życia, podkreślając, że ten, na co dzień pozbawiony emocji, skupiony na sobie i swojej muzyce, nie zwracający uwagi na publiczność człowiek miał w oczach łzy, gdy mu warszawska ferajna jazzowa odśpiewała Sto lat i zgotowała kilkunastominutową owację na stojąco. Chciałem być na tym koncercie, ale o biletach nie było mowy i to nawet od konika. Mimo iż na ten jeden koncert weszło do Sali Kongresowej jakimś cudem ponad 5000 osób, a więc dwukrotnie więcej niż wynosi jej maksymalna pojemność.
Davis, jak się łatwo domyśliłem (z Warszawy w kierunku zachodnim wylatywało wtedy dosłownie kilka rejsów dziennie) musiał czekać na samolot LOT do Frankfurtu, gdzie przesiadał się do Stanów, ale ten rejs, podobnie jak mój, też był mocno spóźniony. Przyglądałem mu się z rosnącym zainteresowaniem i fascynacją, aż w pewnym momencie przyszedł mi do głowy szaleńczy pomysł poprosić go o wywiad. Wielcy ludzie zawsze mnie porywali. Chciałem wiedzieć co myślą, jak myślą, co uczyniło ich wielkimi? W końcu nie wytrzymałem, podszedłem do niego i najuprzejmiej jak potrafię spytałem:
– Excuse me, Sir, I am a Polish journalist and a big fan of your music. Could I ask you a few questions on your last night performance in Poland?
Miles Davis przystanął w miejscu. Uniósł w powietrze laskę, jakby chciał nią pokazać na mnie, spojrzał mi głęboko w oczy i swoim charakterystycznym, zachrypniętym głosem rzekł z pogardą:
– Fuck you!
Po czym odwrócił się na pięcie i w pośpiechu kuśtykając, oddalił do kabiny odprawy paszportowej. Przyglądałem mu się tyleż zaskoczony, co zawiedziony. Z perspektywy, bądź co bądź, ćwierćwiecza – jutro rusza 50. edycja festiwalu Jazz Jamboree – uważam, że jednak nie mam sobie nic do zarzucenia. W końcu nie ja pierwszy miałem trudności z przeprowadzenia z nim wywiadu. Davis prawie w ogóle nie wypowiadał się w mediach. Wręcz słynął z tego, że nie cierpiał dziennikarzy, a spośród wszystkich dziennikarzy szczególnie nie cierpiał białych dziennikarzy. Był rasistą i nigdy nie ukrywał, że białasów ma w głębokiej pogardzie. Wtedy w Warszawie dopisałem się tylko do długiej listy osób, którym wielki muzyk odmówił wywiadu, pośród takich tuzów żurnalistyki, jak Barbara Walters, Walter Cronkite, Dan Rather i wielu innych. Przy czym oni – w przeciwieństwie do mnie – nie mieli nawet okazji zadać mu choćby tego jednego pytania. A ja zadałem ich aż dwa.
Drugie padło prawie pięć lat później, w czasie chicagowskiego festiwalu jazzowego, gdy przedstawił mnie Davisowi kolega, Marcin Januszkiewicz, pianista jazzowy z Chicago, który grał z nim wtedy gościnnie koncert. Brzmiało ono następująco:
– Panie Miles, czy pamięta pan swój występ w Warszawie, w 1983 roku? Spojrzał na mnie już nie tak chłodno i nieprzyjaźnie jak wtedy w Warszawie i mruknął na odchodne, a był bez laski:
– Yeah! I do!

Jan M. Fijor
„różne” 2008-10-31

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jan Kuszący pisze:

    Dobry tekst. Jazzowy. Z pointą, choć może nie wprost :-).

  2. bartekwik pisze:

    Chyba mało kto da się nabrać na tę wymyśloną historyjkę. Wszystko po to, uzasadniać swój rasizm,który Fijor dość często eksponuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *