IPN contra Fijor

chat-dymki
19

Młyny sprawiedliwości mielą powoli. Zwłaszcza młyny IPN.

Najpierw postawiono mi blokadę na dostęp do mojej teczki. Potem ignorowano moje pisma, na które – wbrew ustawie – nie odpisał ani autor, ani dyrektor biuletynu, ani nawet sam p. prezes Kurtyka. Sytuacja przypominała Kafkę; zostałem oskarżony, ukarany, nie wiedziałem na jakiej podstawie i dlaczego. Nie mogłem nawet bronić się przed sądem, bo nie znałem adresu autora kalumni. Nawet kierownictwo Biuletynu IPN nie odbierało mojej poczty, zwracając ją z adnotacją: „Adresat nieznany”. Poddanie się w takiej sytuacji byłoby najlepszym wyjściem, oznaczało jednak przyznanie się do winy i narażenie na jeszcze większy ostracyzm środowiska wolnościowego, na którym mi bardzo zleży. No, więc krok po kroku, tydzień po tygodniu wyrąbywałem – z czasem już z pomocą adwokata – drogę do, mam nadzieję, prawdy. Dotarłem do autora, Daniela Wicentego, potem pośrednio do p. prezesa Kurtyki, wprawdzie do teczki nigdy mnie nie dopuszczono, udało mi się jednak dotrzeć do niektórych materiałów, które autor szkalującego mnie artykułu zataił. Nota bene znalazłem dowód na to, że historyk, który na mój temat pisał nie widział nawet mojej teczki. Jedyną osobą, która teczkę widziała był jego przełożony, dr S. Cenckiewicz i tylko on mógł zlecić dr. Wicentemu napisanie paszkwilu na mój temat. N.b. obaj „historycy” nie postarali się nawet o zachowanie pozorów legalności procedury. W końcu lustracja, nawet w piśmie historycznym, musi mieć swoje uzasadnienie prawne. A nie miała.
Od początku mej batalii kwestionującej prawdziwość tez zawartych w grudniowym (2007) wydaniu Biuletynu, pragnąłem uzyskać odpowiedź na pytanie: komu w IPN (a może wyżej) naraziłem się do tego stopnia, że mi zgotował tak „krwawą zemstę”? Bo muszę przyznać, że nigdy w życiu nic tak bolesnego mnie nie spotkało. Nie miałem wątpliwości, że albo dr Daniel Wicenty ma do mnie jakąś zadrę, albo dintojrę zlecił mu ktoś „z góry”. Stąd, zanim sięgnąłem po pomoc prawnika, zwróciłem się do IPN z następującymi pytaniami:

1. jaki był cel szkalującej mnie publikacji?
2. dlaczego autor nie skontaktował się ze mną osobiście?
3. dlaczego tendencyjnie pominął dokumenty świadczące na moją rzecz?
4. i dlaczego kłamał, bo w samym tekście jest kilka stwierdzeń nieprawdziwych.

Dziewięć miesięcy czekałem na odpowiedź licząc, że obejdzie się bez rozprawy sądowej. Niestety, w piśmie otrzymanym pod koniec września 2008 od Dyrektora Oddziału IPN w Gdańsku, p. doc. dr. hab. Mirosława Golona, kompletnie zignorowano moje pytania. I tak dowiedziałem się, że choć autor nie widział mojej teczki i zataił niektóre ważne dla oceny mojego postępowania dokumenty, jego „praca została przygotowana z pełną starannością i z zachowaniem metodologii badań”. Na zarzut nierzetelności p. dr. hab. Golon pisze: „autor artykułu przeanalizował kilkadziesiąt felietonów autorstwa J.M. Fijora, jego książkę „Jak zostałem milionerem oraz treść oświadczenia dotyczącego znalezienia się na tzw. liście Wildsteina.” Napisał artykuł na podstawie moich tekstów, czyli jest to moje samooskarżenie się?

Odnośnie rzetelności warsztatu historycznego wyjaśnienie jest następujące: „wobec jednoznacznego stwierdzenie Pana J.M. Fijora i zaprzeczenia przez niego o współpracy z SB, autor uznał prowadzenie rozmów z bohaterem artykułu za bezcelowe, gdyż nie miały one znaczącego rozstrzygnięcia dla przygotowywanej pracy.” Czy dlatego, że „rozstrzygnięcie” było przygotowane z góry? Nawet bez badania zawartości teczki? Bez rozmowy ze mną?
Jedynymi dowodami mojej współpracy są „materiały zachowane w IPN”, które „w sposób oczywisty wskazują na współpracę J.M. Fijora z SB (tj. własnoręcznie podpisane zobowiązanie, kwestionariusz osobowy ze zdjęciem, raporty ze spotkań z J.M. Fijorem)”. Tymczasem pod oświadczeniem, które wcale nie jest jednoznaczne z nawiązaniem współpracy, pozostałe „materiały” były sporządzone przez funkcjonariuszy SB – bez mojego udziału i wpływu na ich treść. Nie wiem nawet skąd mieli moje zdjęcie?
W aktach SB nie ma niczego, co by wskazywało na moją inicjatywę; ani donosów, ani poświadczenia odbioru pieniędzy, są natomiast pisma, które dowodzą, że współpracy nie było, co więcej, że za ten brak współpracy SB groziła mi karą, a nawet postępowaniem sądowym o „działalność na szkodę państwa polskiego”. Autor nie wspomina nawet, że w latach 1970 – 1978 otrzymałem 27 odmów paszportowych „z ważnych przyczyn państwowych”, oraz że od 1985 roku przez 17 lat mieszkałem w USA. Kuriozalny jest sam wątek książki „Jak zostałem milionerem”, który ma sugerować, że pewnie zostałem milionerem, ponieważ współpracowałem z SB.
Parokrotnie komunikowałem się (osobiście i za pośrednictwem adwokata) z autorem, umawiał się ze mną, obiecał spotkania, wyjaśnienia, w końcu oświadczył, że kierownictwo zabroniło mu ze mną rozmawiać. W takiej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak upierać się przy swoim i skierować sprawę do sądu. Walkę tę będę toczyć do ostatnich sił. Piszę o tym z szacunku dla prawdy, ale też dla tych wszystkich, którzy poczuli niesmak i zawód z powodu tej całej afery. A także z poczucia liberalizmu, który mi p. Wicenty w tekście zarzuca; nie mogę pozwolić na to, by ktoś angażował pieniądze podatnika dla dokopania komuś, kogo się akurat nie lubi.

Jan M. Fijor
„www.fijor.com” 2008-11-17

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. j.szeliga pisze:

    Janek,

    bardzo dobrze! Nie ma IM co odpuszczać, powodzenia!

  2. Gregor pisze:

    Panie Fijor, jeśli IPN skłamał oczerniając Pana to powinien ponieść konsekwencje. Życzę Panu powodzenia w walce o prawdę.

  3. JM Fijor pisze:

    IPN jest łakomym kąskiem dla polityków, którzy mają okazję do szantażu ludzi, których nie lubią. Ja wiem, że bezpośrednim zleceniodawcą był Sławomir Cenckiewicz, ale nie wiem jeszcze w jakim celu to uczynił.

    Dziękuję za wyrazy otuchy
    Pozdrawiam
    JM Fijor

  4. Piter pisze:

    Jakie powody miał Cenckiewicz żeby Pana oczernić? Mógłby Pan zgłębić temat?

  5. Piter pisze:

    Aha, i jeszcze jedno pytanie. Jak się Pan ustosunkuje to notatki „Zobowiązanie” z Biuletynu IPN 12/2007 str.31? Bardzo prosiłbym o odpowiedź, mimo że zapewne to dla Pana kłopotliwy temat.

  6. Jan M Fijor pisze:

    Wiosną2006 roku opublikowałem we Wprost dwa teksty n.t. sprzedawania niemieckim służbom archiwialnym przez pracowników IPN dokumentów dotyczących zbrodni hitlerowskich w Polsce w czasie II wojny światowej. W rezultacie poleciały głowy w IPN. Jest jeszcze drugi powód, równie poważny, ale tego przed sprawą sądową nie mogę ujawnić.
    Co do zobowiązania, to już parokrotnie pisałem, że dla mnie nie było ono równoznaczne z nawiązaniem współpracy, Podpisałem to częściowo ze strachu, częściowo dla świętego spokoju, wiedząc, że i tak nic z tego nie wynika. To dzisiaj tak się je interpretuje. Najlepszy dowód, że współpracy nie nawiązałem, ponosząc z tego tytułu wiele niewygód i strat. M.in. dlatego wyemigrowałem z kraju.
    Jeśli ktoś znajdzie choćby ślad mojej współpracy, ma prawo mnie skarżyć. I ja będę się tego domagać.

    Ukłony
    Jan M Fijor

  7. Piter pisze:

    Dziękuje za odpowiedź. Życzę pomyślnego rozwiązania sprawy

  8. Stanisław Kowalski pisze:

    Jasiu! Nie daj się.Walcz do końca i wyjaśnij sprawę.Przeszedłeś twardą szkołę życia w „Żaczku”.Pozdrawiam!

  9. Jan M. Fijor pisze:

    I ja pozdrawiam! JM Fijor

  10. apsajdałn pisze:

    Witam !
    Ja osobiście już nikomu nie wierze w naszym kochanym kraju!!!Jesli Państwo tak ,to życze wielu chucznych rozczarowań !!!

  11. Jan M. Fijor pisze:

    A co pan ma wierzyć, albo nie wierzyć? Jeśli popełniono zbrodnię, to trzeba ją ścigać i ukarać. Cały proces lustracyjny oparty jest na wierzeniach, domniemaniach, podejrzeniach, ponieważ tak jest wygodnie manipulować opinią publiczną i szantażować niewygodnych ludzi. Ja sobie jednak na to nie pozwolę i żeby mi nikt nie pisał, że wierzy, albo nie wierzy, poszedłem do sądu. Ukłony Jan M Fijor

  12. Holender pisze:

    Panie Janie,
    Pan wierzy w niezawisłość polskiego sądu?
    Myśli Pan, że nad bramą do polskiego piekła wisi jakiś inny napis?

    Powodzenia

  13. Jan M. Fijor pisze:

    W razie czego sięgnę po sąd zagraniczny. W Salwadorze, po wojnie domowej sądy były potwornie skorumpowane, światli obywatele wpadli więc na pomysł zatrudnienia sędziów zagranicznych (głównie holenderskich) i pomogło. Może by coś takiego spróbować u nas? Ukłony JM Fijor

  14. MH pisze:

    No i gdzie ten cdn ?

  15. Jan M. Fijor pisze:

    Sprawa jest w sadzie. Czyli cdn. a co do naboju, to niech pan uwaza i nie bawi sie bronia, bo moze wystrzelic. Wesolych Swiat! Jan M Fijor

  16. MH pisze:

    Po lekturze przedmiotowego artykułu : powinien pan w drodze łaski otrzymać pistolet z jednym nabojem.

  17. MH pisze:

    Płk Albrecht wiedział, jak użyć pistoletu z jednym nabojem, pan udaje, że nie wie… Ech, „lepszy dla ciebie byłby świt zimowy, i sznur i gałąż pod ciężarem zgięta…”

  18. Jan M. Fijor pisze:

    Wypowiadasz sie, jako kat czy sedzia? czolko jmf

  19. MK pisze:

    Znam takich co nie podpisali. Radzę omijać przyzwoitych ludzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *