Nie ratować!

chat-dymki
6

Jeżeli pompowanie miliardów dolarów w upadającą gospodarkę jest dobrym rozwiązaniem, to dlaczego giełda nadal dołuje, rośnie bezrobocie, a nastroje recesyjne pogłębiają się?

Diagnoza

Pomimo energicznej akcji polityków, globalny kryzys gospodarczy ma się dobrze i już wkrótce wybuchnie ze zdwojoną siłą. Wskazują na to chociażby informacje z firmy ratingowej Fitch, a konkretnie, dane z rynku komercyjnych kredytów hipotecznych. Wynika z nich, że kryzys pożyczek mieszkaniowych wysokiego ryzyka (subprime mortgage), znany w mediach, jako NINJA to ledwie preludium „wielkiego wybuchu”, jaki nas dopiero czeka z powodu krachu na rynku kredytów zaciągniętych w latach boomu gospodarczego na budowę biurowców, hoteli, centrów handlowych czy kasyn. Czyżby miliardy dolarów (i euro) wpompowane w ratowanie upadających sektorów poszły na marne?
W czym tkwi błąd programów ratunkowych? W przekonaniu polityków i, niestety, większości ekonomistów, że jedyną przyczyną kryzysu był niedostatek regulacji, zbyt słaba kontrola rządu nad biznesem, a także ślepa wiara w wolny rynek. Przyznał to nawet sam Alan Greenspan, do niedawna guru polityki monetarnej, bijąc się w piersi i mówiąc, że i on dał się oszukać, kiedy – manipulował stopami procentowymi i podażą pieniądza. W wyniku takiej diagnozy, urzędnicy rządowi poczuli się odpowiedzialni za losy świata, a że innego pomysłu nie mieli, zaczęli rozdawać bankrutującym biznesom biliony dolarów w formie programów ratunkowych, kredytów ostatniej szansy bądź nacjonalizując różne instytucje finansowe – byle tylko przypadkiem gniew społeczny nie odsunął ich od władzy. Czy to ma być rekompensata za chwilę słabości, której skutkiem było właśnie zbytnie zaufanie dla rynku? Okazja do naprawienia błędu?
Ukoronowaniem tego sposobu rozumowania była nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii dla profesora Paula Krugmana, wziętego felietonisty New York Times, który od lat ostrzegał świat przed samowolą kapitalistów, proponując zastąpienie istniejącego systemu wolnorynkowego gospodarką planową. Komitet nagrody Nobla uznał, że Krugman ma rację, no bo jeśli nie rynek, to kto? Tym bardziej, że kapitalizm w sferach zbliżonych do tzw. autorytetów moralnych nigdy nie cieszył się wzięciem.
Terapia

Trafna diagnoza – o czym wie każdy lekarz – to warunek wyleczenia. I odwrotnie; błędne rozpoznanie może być zabójcze.
I choć nieliczni przebąkiwali, że do kryzysu doprowadziła raczej ekspansja kredytowa banku centralnego na podstawie pieniądza z powietrza, a nie wolny rynek, to ich głosy zbagatelizowano, gdyż były niewygodne. Kiedy latem i jesienią 2008 gospodarka zaczęła cierpieć na brak płynności (cash), jedynym środkiem terapeutycznym stały się zalecenia p. Krugmana, polegające na ożywieniu jej za pomocą tworzenia przez rząd miejsc pracy oraz stymulowania konsumpcji nową falą podaży pieniądza, rabatów podatkowych i innych mechanizmów o charakterze podażowym. Były to te same środki, które ponad 70 lat temu proponował inny brytyjski interwencjonista, Brytyjczyk, John Maynard Keynes, chwaląc słuszność Rooseveltowskiego Nowego Ładu i innych działań mających ratować światową gospodarkę przed kryzysem, w jaki rzekomo wpędził ją wolny rynek. I chociaż błędność koncepcji Keynesa wykazał Ludwig von Mises na długo przed ich sformułowaniem, dowodząc że etatyzm i kierowane przez polityków (urzędników) rządowe programy ratunkowe przynoszą więcej szkody niż pożytku, paradygmat interwencjonizmu trzyma się dzielnie do dzisiaj.
Mimo ostrzeżeń innego noblisty, Friedricha von Hayeka, który w Drodze do zniewolenia już w 1944 roku pisał, że oddanie gospodarki w ręce polityków, ludzi o mentalności urzędniczej (mierny, bierny, ale wierny) jest równie nieroztropne, jak powierzenie wilkowi opieki nad stadem owiec, obywatelom podoba się pomysł, by władzę nad gospodarką odebrać ludziom biznesu i przekazać urzędnikom. W tej wierze utwierdzają ich na każdym kroku najbardziej zainteresowani, czyli właśnie politycy. Wtórują im ekonomiści, zwłaszcza ze świata akademickiego, którzy żyją z budżetu i nie lubią biznesu. W Stanach Zjednoczonych ich liderem jest właśnie Paul Krugman, w Europie i w Polsce takich „Krugmanów” są tysiące. Najgorsze jest jednak to, że pomysł na leczenie błędów wolnego rynku za pomocą regulacji urzędniczej spotyka się z aprobatą tych, którzy za tę terapię płacą najwyższą cenę – samych podatników. Powód? Z jednej strony zawiść w stosunku do bogatych kapitalistów, z drugiej… zwykła ignorancja.

Na chłopski rozum

W trudnych warunkach ludzie wpadają w panikę i robią głupstwa i tylko tym można wytłumaczyć brak konsekwencji ze strony rządzących, mediów a zwłaszcza ekonomistów, którzy z jednej strony reagują krytycznie na hossy, starając się okiełzać „rozgrzaną” gospodarkę i krytykując nadmierny konsumpcjonizm, z drugiej zaś – właśnie w chwilach kryzysu – mobilizują społeczeństwa zachętami do jak największej konsumpcji. Trudno się wprost zorientować, co jest naprawdę korzystne; wysoka konsumpcja, czy może ograniczona konsumpcja. Zwracam na to uwagę, gdyż akurat teraz – od Alaski poprzez Gibraltar aż po Ural różni eksperci różnych rządów namawiają swoich przełożonych, by za wszelką cenę pompowali w gospodarkę pieniądze – czy to w postaci inwestycji w roboty publiczne, zwane z elegancka: infrastrukturą, czy w postaci niższych podatków; jedno i drugie ma się przełożyć na wzrost konsumpcji. A wyższa konsumpcja, zgodnie z paradygmatem Keynesa, ma pomóc przezwyciężyć kryzys ekonomiczny. Odpryskiem tej tezy jest ogólna niechęć rządzących do oszczędzania, co przejawia się m.in. w braku szacunku do pieniądza, niskim oprocentowaniu odsetek, a także tendencjach proinflacyjnych. Doszło do tego, że Paul Krugman deprecjonuje na łamach New York Times cnotę oszczędności, nazywając ją zwyczajnie… występkiem wobec interesu społecznego.
Na chłopski rozum zwolennicy ratowania gospodarki mają rację uważając, że spadek konsumpcji (i wzrost oszczędności) w sytuacjach kryzysowych wywołuje spadek produkcji, a tym samym pogarsza rentowność biznesu, czego skutkiem jest spadek dochodów ludności, bezrobocie, jeszcze słabsza konsumpcja i głębszy kryzys. Receptą na to – pisał John Maynard Keynes – powinno być właśnie skłonienie ludzi do konsumpcji, a co za tym idzie, wzrost gospodarczy. Recepta przypomina swą prostotą pomysł Juliana Tuwima, który był zdania, że dla uczynienia Polaków bogatymi wystarczy każdemu mieszkańcowi Polski dać po 50 tys. złotych.
Gdyby sprawa była taka prosta nie mielibyśmy recesji, kryzysów, depresji a zwłaszcza biedy. Wystarczyłoby zachęcić ludzi do konsumpcji przez obniżkę podatków stopy oprocentowania kredytów, a jeśli i to by nie pomogło przez wywołanie konsumpcji za pomocą wydatków rządowych, tak jak to się dzieje obecnie w USA (Plan Paulsona) czy ma się dziać w Unii Europejskiej (Plan Sarkozy’ego)8. Problem w tym, że większa ilość pieniędzy w kieszeni obywatela nie gwarantuje wcale większych wydatków i wzrostu produkcji. Starsi z nas pamiętają dobrze, że w czasach PRL, ludzie mieli pieniądze, ale nie mogli za nie niczego kupić, bo wszystkiego brakowało. Same pieniądze nie wystarczą, konieczny jest produkt, który ludzie za nie kupią. Jeśli jest nim futro z norek, potrzebny będzie nie tylko kuśnierz, producent, nici, maszyn do szycia, igieł, ale i hodowca norek, weterynarz, farmaceuta, garbarz, hurtownik i wiele innych ogniw pośrednich, dzięki którym możliwe jest wyprodukowanie i dostarczenie do sklepu futra z norek. Taki najprostszy, zdawałoby się, ołówek wymaga przy produkcji udziału ponad… 100 tysięcy osób.
Zanim taką machinę uruchomimy, mija dużo czasu. To nie jest tak, że rząd daje nam gotówkę, za którą uruchamiamy produkcję futer czy czegokolwiek innego. Czasy prostych, mało skomplikowanych wyrobów, które można mieć na zamówienie minęły. Specjalizacja i podział pracy doprowadziły do wydłużenia procesów produkcyjnych. Dawny tkacz dywanów potrzebował wrzeciona, warsztatu, krzesła i własnego wysiłku. Siadał i tkał. Dzisiaj produkcja dywanu to skomplikowany proces, który wymaga fabryk, pracy maszyn tkackich, komputerów, designerów, stylistów etc. Wydajność jednostkowa i koszt jest niższy, ale stopień złożoności wyższy. Przy czym gros osób tworzących proces nie ma kontaktu z produktem finalnym, gdyż zajmują się głównie wytwarzaniem narzędzi lub pośrednich środków produkcji. Ich produktem są półprodukty wykorzystywane w kolejnych ogniwach aż do produktu finalnego, czyli konsumpcyjnego.
W normalnych czasach nawet tak złożony proces produkcji przebiega w sposób płynny, w okresie recesji zaczyna się jednak rozpadać. Jego rozpad przebiega nierównomiernie. Powiedzmy, że producent wrzecion jest na skraju bankructwa, ale już producent nici znalazł kontrahenta produkującego koronki i część nici, którą do tej pory sprzedawał tkaczowi dywanów, sprzedał tym razem koronkarce. Słowem, jedne ogniwa procesu produkcji zwalniają o 10 procent, inne o 35 procent, jeszcze inne bankrutują, a nieliczne nawet prosperują.
Aby w czasie kryzysu ten rozpad uporządkować i odtworzyć proces produkcji w tempie porównywalnym do tego sprzed recesji, potrzebny jest czas. Nie wystarczą pieniądze. Paul Krugman, Jerzy Osiatyński, Grzegorz Kołodko, Mirosław Gronicki czy Jerzy Hausner głęboko się mylą, sądząc, że wystarczy zwiększyć podaż pieniędzy i zakupy o, powiedzmy, dwa procent, by gospodarka zaczęła rosnąć do poziomu sprzed kryzysu. Te produkty – pisze w The Structure of Production, amerykański ekonomista i finansista, Mark Skousen – musi ktoś najpierw wytworzyć, a nie zrobi tego, jeśli wie, że to mu się nie opłaci, albo nie ma możliwości kupna potrzebnego mu surowca lub pracy ludzkiej.

Korekta cyklu

Odbudowa cyklu produkcyjnego osłabionego (lub zaburzonego) przez kryzys musi jakiś czas trwać. Zwłaszcza jeśli kryzys został wywołany polityką ekspansji kredytowej (albo jak kto woli: taniego pieniądza), tak jak to miało miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie bezpośrednią przyczyną recesji był boom na rynku nieruchomości wywołany ekspansywną polityką monetarną, polegającą na pompowaniu przez bank centralny (FED) w gospodarkę (za pośrednictwem banków komercyjnych) pieniędzy wykreowanych z powietrza, zamiast z oszczędności lub produkcji. Doprowadziło to wielu przedsiębiorców do przekonania, że sytuacja gospodarcza jest lepsza, niż była w rzeczywistości. Skutkiem sztucznie wytworzonego (przez bank centralny, czyli FED) optymizmu był optymizm realny, polegający na uruchamianiu działań, na które w rzeczywistej gospodarce nie było zapotrzebowania. Kryzys zaczął się z chwilą, gdy bank centralny – w obawie przed inflacją, do której przeważnie prowadzi tworzenie pieniądza z powietrza – zaczął się ze swej polityki wycofywać i ograniczać podaż pieniądza – na rynku nastąpił chaos, później kryzys, aż w końcu programy ratunkowe, które w najlepszym przypadku korektę gospodarki zaburzyły.
Lord Keynes zapomniał nie tylko o naturze procesu produkcyjnego, lecz także o naturze ludzkiej. Człowieka do konsumpcji zmuszać nie trzeba – pisze Ludwig von Mises. Raczej trzeba go przed nią powstrzymywać. Jeśli ktoś nie wierzy, niech porozmawia z osobami zadłużonymi na kartach kredytowych i sprawdzi statystyki dłużników Visa czy Mastercard.
To prawda, że w okresie recesji, kiedy nie wiadomo, co się może wydarzyć (a nie wiadomo, bo kreatywność polityków ratujących nas przed kryzysem dorównuje jedynie ich ekonomicznej ignorancji i przebiegłości), ludzie wstrzymują się od konsumpcji i zaczynają oszczędzać. Czy trudno im się dziwić? Nie wiedząc, na czym stoję, wolę się powstrzymać od konsumpcji i przynajmniej na jakiś czas ją odłożyć. Oszczędzanie nie jest przeciwieństwem konsumpcji (czy inwestycji), ono jest jej odłożeniem w czasie i przestrzeni. Oszczędzam pieniądze w banku, bo liczę na to, że moja cierpliwość, czy powściągliwość zostaną nagrodzone kilkoma procentami zysku. Decyduję się nie konsumować dzisiaj 1000 zł po to, aby za rok móc skonsumować 1080 zł, albo za 9 lat 2000 zł, a równocześnie pozwalam bankowi pożyczać moje pieniądze komuś, kto zechce je zainwestować w jakąś pożyteczną działalność, na której wszyscy skorzystamy. Za moje 1000 zł dzisiaj mógłbym kupić żonie sukienkę balową, na czym zarobiłby producent materiałów, projektant, krawiec, za 9 lat być może kupię jej złoty pierścionek, na czym zarobi jubiler. Dlaczego taka zamiana beneficjantów mojej konsumpcji miałaby być szkodliwa dla gospodarki? W czym krawiec jest lepszy od jubilera?
Co więcej, część krawców, dla których zaczyna brakować pracy dzisiaj, ma okazję przekwalifikować się i zostać złotnikami lub fachowcami w innym pożytecznym zawodzie. Jeśli sami na to nie wpadną, pomogą im w tym przedsiębiorcy, którzy stworzą popyt na nowe, lepsze miejsca pracy. Oszczędzanie nie spowoduje żadnych strat na rynku, ono jedynie doprowadzi do korekty błędnych inwestycji czy lokat. Robert P. Murphy z Instytutu Misesa w Alabamie przyrównuje ten proces do decyzji tysiąca osób, które w trosce o zdrowie zamiast jeść fast food, zaczną konsumować świeże owoce i jarzyny. Czy taka zmiana oznacza jakąkolwiek stratę społeczną? Chyba jednak nie.
Keynes i jemu współcześni, zaślepieni niechęcią do kapitalizmu, zwolennicy oddania władzy nad gospodarką urzędnikom nie rozumieją, że spadek konsumpcji nie jest spadkiem w ogóle, lecz tylko opóźnieniem jej do czasu aż konsumenci uznają, że dalsze powstrzymywanie się (od konsumowania) może im przynieść stratę. Taką decyzję ludzie muszą podjąć sami! Jakakolwiek interwencja rządu (banku centralnego) zwiększy tylko napięcie i zrodzi poczucie zagrożenia. Wszak gdyby sytuacja nie była tak dramatyczna – myśli przeciętny Smith, Kowalski czy Suzuki – rząd by nie interweniował. Strach rodzi panikę, a ta z kolei agresję. Nie wszyscy wiedzą, że w sytuacjach trudnych politycy działają po omacku i przeważnie popełniają błędy. Przykładem jest hiperinflacja w Niemczech w 1923 roku, Wielka Depresja 1929-1933, kryzys „energetyczny” początków lat 1970., a także dwie ostatnie ciężkie recesje, jedna związana z kryzysem dot.com, druga z subprime mortgage i bańką nieruchomości. Wszystkie te kryzysy zostały wywołane w ten sam sposób – błędną polityką monetarną banku centralnego i interwencją rządu.
Obywatele nawet w takich chwilach są znacznie bardziej racjonalni, a ich powściągliwość w konsumpcji wynika głównie z braku wiary w skuteczność działań rządu i przekonania o umiejętności przedsiębiorców, którzy z czasem przełkną gorycz straty wynikłej z błędnego oszacowania rzeczywiści i dostosują swe zasoby (kapitał, energię, czas, kapitał ludzki) do nowych, zmienionych warunków. Gospodarka ruszy. Kryzys dobiegnie końca.

Non nocere

Im więcej rząd będzie przeszkadzał, tym dłużej potrwa kryzys. Pakiety ratunkowe nie zwiększają ogólnego wolumenu środków, a jedynie służą ich redystrybucji – od podatnika do banku; od jednego przedsiębiorcy do drugiego. Skutkiem takiej redystrybucji (de facto jest to zalegalizowana kradzież) jest pauperyzacja jednych i wzbogacenie drugich. O tym, kto się wzbogaci, a kto zbiednieje decydują politycy – ci sami, którzy do kryzysu doprowadzili. Celem interwencji jest właśnie odwrócenie uwagi od prawdziwego winowajcy, jakim są interwencjoniści, a przy okazji zrewanżowanie się kumplom i sympatykom, którzy teraz znaleźli się w tarapatach, ale gdy staną na nogi, o przysłudze nie zapomną i pomogą w kampanii wyborczej.
Głównym powodem, dla którego politycy nie wierzą w mądrość przedsiębiorców i rynek i wolą redystrybucję – pisze Murray N. Rothbard – jest właśnie troska o reelekcję. Dzięki interwencjonizmowi zyskują jednocześnie wdzięczność obdarowanych – nauczycieli, górników, pielęgniarek czy bankierów – i dają dowód swej niezbędności. Innymi słowy, zapewniają sobie lekką, dobrze płatną pracę. Niewielu obywateli rozumie, a jeszcze inni rozumieć nie chcą, że rząd nie ma własnych pieniędzy, i jeśli jednemu daje, to drugiemu musi zabrać. W tym mechanizmie, a nie w szlachetnym i dobrym sercu polityka zawiera się koncepcja państwa opiekuńczego, które marnotrawi bogactwo narodów, napychając kieszenie warstwom uprzywilejowanym.
Sztuczne napędzanie konsumpcji przez budowę nikomu niepotrzebnych stadionów piłkarskich (gdyby były potrzebne, to by je zbudowali inwestorzy prywatni), wcześniejsze emerytury czy odprawy działają na krótką metę. Wkrótce okaże się, że stadiony nie przynoszą korzyści, emerytury obciążają budżet podatnika, a alkohol wypity za wypłacone odprawy przyniesie więcej szkód niż korzyści. Boom osiągnięty przy pomocy „taniego” kredytu, wytworzonego dzięki nadmiernej podaży pieniądza daje złudzenie, że gospodarka kwitnie i szybko się rozwija. Skutkiem tego są kolejne błędne decyzje inwestycyjne, recesja, aż wreszcie kolejny kryzys. Najlepszym tego dowodem jest to, że nawet zaangażowanie ogromnych środków w realizację rzekomo misternego „plan Paulsona”, nacjonalizacja Fannie Mae i kilku innych firm finansowo – ubezpieczeniowych, a ostatnio wsparcie kredytowe dla przemysłu motoryzacyjnego zdezorientowały świat biznesu, zamiast go oświecić i mu pomóc. Nawet guru finansów, Warren Buffett stracił w ciągu kilku miesięcy blisko 42 procent swego majątku. Okazuje się, że na głupotę i dobre intencje polityków nie ma silnych nawet na Wall Street.

Jan M. Fijor
„mises.pl” 2008-12-18

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Bruner pisze:

    Bardzo dobry text ale nie zgadzam sie z krytyka obnizki podatkow w celu pobudzenia konsumpcji.. po pierwsze nizsze podatki zawsze lepsze od wyzszych – mamy wiecej w kieszeni, a po drugie obnizka vatu nie oznacza ze sie rzucimy do sklepow i kupimy dwa chleby zamiast jednego.. owszem bedzie wiecej pieniedzy do wydania ale czesc ludzi szczegolnie ze sie duzo mowi o kryzysie i jak pan pisze powyzej, te pieniadzy odlozy albo wyda je madrzej. Zakladam przy obnizce podatkow nie zwiekszania deficytu.. poza tym wwg mnie wszystko okej 🙂 pozdrawiam i powodzenia!

  2. Jan M. Fijor pisze:

    No to ja dokladnie to wlasnie pisze.pozdrawiam jmf

  3. Marek Stempkowski pisze:

    Odnośnie Vatu – ja był optował za podwyżką vatu i zniesieniem lub obniżeniem podatku liniowego nawet do 10%.
    Konsekwetnie. Jestem za podwyzką VATu nawet do 30-40%.
    Przesunięcie pieniędzy mogłoby urealnić płacone podatki szczegolnie przez Małe i Srednie firmy w Polsce.
    Nie zgadzam się aby wszystkie działalności opodatkowywać bez opamietania. Niektorzy podatnicy płacą w polsce wiecej zusu niz osiągają dochodu.. winne są przepisy pro społeczne.. a nie pro ekonomiczne..
    np. umowa o pracę.. dlaczego to pojęcie może wyjść z użycia już niedługo?
    Bo staje się mało opłacalne w polskich realiach.

  4. krokodyl d pisze:

    kluczem do sukcesu po pierwsze jest zwiekszona kontrola wydatkow firm tzw prywatnych na prowizje dla pseudo menagerow i ich klakierow , /politykow itp/ zwiazki zawodowe /mafia zraca grupowa kase / caly kryzys jest efektem zapomnienia prostych ekonomicznych zasad nie pozycza sie klientowi o ktorym sie wie ze ma juz kilka pozyczek a mimo to nie ma pieniedzy a na dodatkk wszystkie najlepsze pomysly koncza sie kleska .To ze obecnie tylko duza inwestycja ma szanse przetrwania tez leglo w gruzach .Wyjjsciem z kryzysu wydaje sie byc tylko WOJNA.

  5. tytus pisze:

    Dziękuję za świetny tekst. Dobrze że wspomniał Pan o kilku autorytetach ekonomicznych z naszego rodzimego podwórka. Kryzys to dla nich wyjątkowa okazja, by brylować w telewizji. Szkoda tylko że nie sposób cokolwiek wartościowego od nich usłyszeć. Czy brak im wiedzy, czy odwagi? Z pewnością ekonomiczny status quo to (po)twór, który jest również ich dziełem. Ci rządowi ekonomiści to wdg. największa przeszkoda na drodze ekonomicznej edukacji społeczeństwa. Proszę wstąpić do Empiku: zwali się Panu na głowę stos książek Kołodki czy marksistki Klein. Włączamy telewizor: Osiatyński toruje drogę rządowi. Itp. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale właśnie dlatego warto pisać prawdę. Proszę pisać dalej!

  6. Sławomir Staszak pisze:

    Na tytułowe pytanie lewacy odpowiedź mają
    taką: „Bo wpompowano zbyt mało pieniędzy. Należy pompować jeszcze, jeszcze więcej… a najlepiej bez ustanku całymi latami, progresywnie, co roku więcej… a gdy zabraknie na pompowanie pieniędzy, bedzie to oznaczało, że przyszedł czas na zasiskanie pasa i oszczędzanie na… pompowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *