Albania – trudności komunikacyjne

chat-dymki
5

Albania nie cieszy się wzięciem u turystów. Nie dość, że na liście europejskich potęg turystycznych zajmuje ostatnie miejsce, to i tak gros przyjezdnych stanowią tam albańscy imigranci i uchodźcy oraz turyści tranzytowi w drodze do Macedonii, Włoch czy Grecji, przypływający tam na promach z Włoch i z Grecji. Albania uchodzi ponadto za kraj dziki, niegościnny i mało bezpieczny. Wreszcie, zdaniem prawie wszystkich renomowanych przewodników turystycznych, nie ma tam niczego interesującego. Dla mnie były to powody wystarczające do odwiedzin tego kraju.

Gościnni ludzie

Na miejsce dostałem się rejsem Austrian Airlines z Wiednia, o tyle dziwnym, że aż połowę Boeinga 737 zajmowała klasa biznes, a w niej…dwunastu pasażerów. Mój sąsiad z prawej, niewątpliwie mieszkaniec Bałkanów, spytał kurtuazyjnie: Do you speak English, i to było wszystko, co po angielsku mówił. Przez resztę drogi już tylko się do mnie uśmiechał. Na szczęście po mojej lewej siedział izraelski inżynier, Ronen, który od dwóch lat pracuje w Tiranie przy montażu skomplikowanych systemów łączności satelitarnej (chyba dla NATO). Na rozmowie z nim spędziłem półtorej godziny monotonnego lotu. Ronen o stolicy Albanii wiedział niewiele; że taksówka z lotniska do centrum miasta kosztuje 25 euro, że hotele są drogie, ludzie nieufni, a kuchnia mało wyszukana, z wyjątkiem czerwonego wina. Ronen wpada do pracy w poniedziałek, na weekend wraca do siebie, do Jerozolimy i tyle go to wszystko interesuje. Tak mnie tym swoim brakiem zainteresowania do Tirany zniechęcił, że zdecydowałem prosto z Rinas, gdzie znajduje się stołeczne lotnisko pojechać na północ, do drugiego co do wielkości miasta kraju, Shkoder. Na swój pierwszy nocleg wybrałem miasteczko, Kruje, o którym opowiadał mi kiedyś Jeff, adwokat z Chicago, Albańczyk z pochodzenia. Jeff twierdził, że jest jedynym prawnikiem na Środkowym Zachodzie USA, mówiącym w języku albańskim. Po kilku kieliszkach grappy, w przypływie szczerości wyznał mi, że wszystko co posiada – a był, mimo swego młodego wieku człowiekiem wyjątkowo zamożnym; jeździł Rollce Roycem – zawdzięcza znajomości rodzinnego języka Matki Teresy.
Taksówkarz, który mnie wiózł z Rinas do Kruje, podobnie jak klientela Jeffa poliglotą nie był; umiał zapytać po włosku, czy mówię po włosku i liczyć po niemiecku. Okazało się jednak, że to wystarczy do przeprowadzenia pasjonującej konwersacji. Przez prawie 40 minut jazdy z lotniska do średniowiecznej stolicy Albanii opowiadał mi o problemach z wyłączeniami prądu spowodowanymi brakiem elektryczności, o kłopotach z Kosovem i muzułmanami, którym nie chce się pracować, a nawet o nieuczciwych handlarzach ziemią, jakich podobno w Albanii nie brakuje. Jeden z jego krewnych, wrócił do kraju po 20 latach emigracji w Niemczech, kupił piękną działkę w Domen, na południe od Durres, nad samym morzem, i kiedy zdobył już wszystkie pozwolenia na budowę hotelu okazało się, że na jego (jego?) działce stoi pensjonat innego albańskiego imigranta, tyle że ze Stanów Zjednoczonych. Nawet gminny geodeta był zaskoczony, bo zgodnie z mapą miał się tam znajdować niezabudowany ugór. Po krótkim procesie, sąd przyznał rację Amerykaninowi, w myśl zasady: kto pierwszy ten lepszy. Poza tym Amerykanie mają w Albanii lepszą renomę niż Niemcy.
Mimo braku chętnych ceny ziemi w Albanii rosną, powstają sieci biur pośrednictwa w Niemczech, Wielkiej Brytanii i w Skandynawii, gdzie zachwala się uroki albańskiej riwiery, zachęcając do kupna na niej gruntu. Trudno się zorientować, czy jest to skutek optymizmu, czy może kolejna próba oszustwa?

Kruje

Nie można wierzyć albańskim ludziom – zdawał się mówić tirański taksówkarz, zostawiając mnie po północy w zaciemnionym miasteczku, pod jedynym otwartym o tej porze hotelem.
W hotelowym holu panowała ciemność. Oparty o framugę drzwi wejściowych chłopak spał czujnie. Usłyszawszy kroki obudził się, spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami i wybiegł w otchłań ulicy. Po chwili wrócił, dając znaki, żebym za nim poszedł. Po kilkuset metrach doszliśmy do słabo oświetlonej „Cafe”, jakich w Albanii są tysiące, czyli pięciokrotnie więcej niż wynosi na nie popyt, gdzie przy stoliku siedział znajomy taksówkarz i dwóch nieogolonych mężczyzn. Pili wino. Na mój widok wyraźnie się ożywili. Taksówkarz z entuzjazmem podał mi szklankę, nalali ciemnej, aromatycznej cieczy i papierosa. Polaco – rzucił niedbale, jakbyśmy byli starymi znajomymi. W ślad za nim, Tiro, jak się potem okazało właściciel „cafe”, wygłosił toast po albańsku, z którego zrozumiałem tylko: „Boniek” i „Lato”. Powtarzał go tak ze cztery butelki, wstając za każdym razem niezdarnie i wykrzykując coraz bardziej bełkotliwie imię pewnej Malgoshy z Warszawy, z którą przed laty w Grecji miał romans. Wzdychał, przewracał oczami, z jego min wywnioskowałem, że dziewczyna musiała być piękna. Wciąż pamiętał kilka zwrotów, jakimi się do niego zwracała: Tiro, ty skur….synu! i parę mniej cenzuralnych. Piliśmy w milczeniu, szybko, dużo przy tym paląc, jakby była do wykonania jakaś norma. Potwierdziła się opinia Ronena, że kabernet, Luaia, to bardzo przyzwoite wino. Koło czwartej nad ranem taksówkarz zerwał się do odejścia, a ja, w asyście właściciela hotelu do pokoju.
Rano z lekkim bólem głowy ruszyłem na rekonesans okolicy: bazar, świeżo zrekonstruowany zamek warowny, ruiny wieży i kilka skromnych meczetów. Kruje to niewątpliwie największa atrakcja turystyczna Albanii. Miasteczko jest jednak bardziej egzotyczne niż interesujące. Niegdyś było stolicą kraju, jak nasz – nie przymierzając – Kraków. Obleciałem zabytki, zjadłem berek, czyli placek z francuskiego ciasta faszerowanego szpinakiem lub ostrym owczym serem, o boskim smaku, popiłem niezłym esspresso i wróciłem do hotelu na poszukiwanie Tiro. Po pół godziny dałem za wygraną – spakowałem plecak, położyłem na łóżku banknot dwudziestodolarowy i ruszyłem na poszukiwanie autobusu.

Trudności transportowe

W Kruje dworca autobusowego nie ma, podobnie jak nie ma go w Durres, Shkoder (polska nazwa: Szkoder), a nawet w Tiranie. Na skrzyżowaniach dróg kotłują się dziesiątki, a niekiedy setki mikrobusów, czekających na pasażerów. Jak oni wychodzą na swoje? Tym bardziej, że konkurencja jest bardzo silna, bo transport jest wyłącznie prywatny, a w całym kraju koordynacji między firmami transportowymi brak. I tak z Tirany do Durres na plażę jeżdżą busiki jak oszalałe, co trzy minuty, przeważnie w połowie puste, a do Vlore czy Gjirokaster na południu kraju trzeba niekiedy czekać dwie, trzy godziny i transportu nie znaleźć. Chyba, że ktoś ma kasę i wynajmie całego busa, ale nawet przy albańskiej konkurencji, jest to spory wydatek.
Miejscowi ludzie zwykle wiedzą, gdzie zatrzymują się autobusy kursowe, bariera językowa sprawia jednak, że cudzoziemcowi trudno od nich tę wiedzę wydobyć. Po kilku próbach nawiązania kontaktu w jakimś chrześcijańskim języku natknąłem się na wieśniaka, który mnie rozumie i podobnie jak ja zmierza do Shkoder. Na wszelki wypadek pokazałem mu na mapie, co rozumiem po nazwą Shkoder, bo każde albańskie miasto ma kilka różnych nazw. Przykładowo ja chciałem do Skoder, on do Shkodra, choć wciąż wymieniał jakąś inną, trudną do wymówienia kosovską nazwę tej miejscowości. Ustaliliśmy jednak, że jedziemy w to samo miejsce.
Z centrum Fushe Kruje (polska nazwa: Fusz Kruja), które jest dla Kruje tym, czy Nowa Huta dla Krakowa, poprzez labirynt ulic, na przełaj przez łąkę, przewodnik prowadzi mnie do remontowanego wiaduktu, skąd po rusztowaniach na wysokiej skarpie docieramy do drogi. Żadnej wiaty, ani nawet tablicy informacyjnej nie ma, ale on wie, że teraz wystarczy tylko przeskoczyć rów dzielący nas od jezdni i znajdziemy się tam, gdzie zatrzymuje się autobus do Shkoder. I rzeczywiście, w chwilę potem z piskiem opon zatrzymuje się zdezelowane, wypełnione po brzegi pasażerami mercedesisko. W drzwiach płacimy za bilet; on 300 leków, ja 500 leków, (taryfa turystyczna?) ale nie protestuję. Dwieście leków, to raptem 5 złotych. W PRL też cudzoziemcy płacili za wszystko więcej. Mówię konduktorowi „faleminderit” (dziękuję) i siadam obok faceta z plecakiem. Przedstawiamy się sobie; sąsiad na imię ma Thomas i jest globtroterem z Irlandii. Po paru zdaniach wiem, że miałem od niego dużo więcej szczęścia: Thomas za nocleg w Kruje zapłacił 50 euro, winem nikt go nie poczęstował, a przystanku autobusu do Shkoder szukał cztery godziny. Umawiamy się na wspólną podróż. Dzieląc pokój na dwóch wydamy na nocleg o połowę mniej. Tym bardziej, że jak się potem okaże znalezienie pokoju hotelowego w Albanii to prawdziwe wyzwanie.

Chaos

Wzdłuż najbardziej uczęszczanej w Albanii trasy, między Tiraną a Shkoder, dystans niewiele ponad 90 km, naliczyłem 40 stacji benzynowych, przy czym przerwałem liczenie na 77 kilometrze. Jeszcze gęściej (mniej więcej co 500 metrów) pobudowane są stacje wzdłuż drogi Tirana – Durres, którą Albańczycy jeżdżą na nadmorskie plaże. Większość stacji czeka na klientów godzinami. Niektóre są bardzo nowoczesne, kolorowe, posiadają salony zabaw, kasyna, a nawet motele. Prawda obiegowa niesie, że służą praniu pieniędzy.
Po dwóch godzinach jazdy jesteśmy w Shkoder. O ile z mikrobusami, paliwami ropopochodnymi i znalezieniem „cafe” problemów nie ma, o tyle znalezienie hotelu, nawet w tak dużym mieście, jak Shkoder to prawdziwy cud. Jest początek jesieni, turystów garstka, a nam trafiają się jedynie obskurne hoteliki na godziny. Śpicie w nocy – objaśnia właściciel o powierzchowności handlarza żywym towarem – na dzień zwalniając pokój „zakochanym”. Z trzech hoteli wymienionych w przewodniku Lonely Planet jeden jest w remoncie, drugiego nie ma, zaś trzeci kosztuje prawie 200 euro za dobę. Rozumiem, że za pół-gwiazdkowy hotelik na Montmartre czy na Awentynie można zapłacić 200 euro, ale żeby w Shkoder tyle płacić, to przesada. W końcu lituje się nad nami jakiś taksówkarz i w zamian za 20 euro gwarantuje znalezienie taniego, porządnego noclegu. I rzeczywiście, po kwadransie lądujemy w obszernej „komnacie” po 25 euro za noc od osoby, bez łazienki, bez klimatyzacji, ale za to z karaluchami. Jak się wkrótce okaże, tutaj też gros klienteli stanowiły „pary” na godziny. Kilka dni później w Tiranie czeka nas ten sam los, tyle że drożej.
Hotel w stolicy Albanii jest rarytasem. Powód? Brak, turystów, ale i bałagan i korupcja. Kupienie ziemi jest ryzykowne. Uzyskanie zezwolenia na budowę trudne i kosztowne. Mimo iż spośród 14 milionów Albańczyków aż dziewięć żyje poza granicami kraju, przestali w nim inwestować. Kraj opuszczają nawet wielkie firmy niemieckie, włoskie czy amerykańskie, które po odzyskaniu przez Albanię wolności budowały tu nowy ład. W kraju, w którym rządzi chaos i przemoc jest to przedsięwzięcie zbyt ryzykowne.
Wbrew ostrzeżeniom przewodnika Cook’a czy Lonely Planet, żeby w Albanii nie rozmawiać o polityce, Albańczycy, jak na ironię, gdy tylko potrafią się z cudzoziemcem porozumieć, chcą mówić wyłącznie o polityce.
Nevila i Anila są absolwentkami wydziału filologicznego uniwersytetu w Shkoder, pierwsza mówi biegle po włosku i angielsku, druga zna jeszcze niemiecki. W 1999 roku, kiedy zanosiło się na albański boom inwestycyjny, otworzyły agencję tłumaczeń i porad prawnych. Po pół roku dobrze zapowiadający się biznes został przejęty przez oficera stołecznej bezpieki. Odwiedził ich któregoś dnia w towarzystwie dwóch mundurowych, pokazał drobno zapisaną kartkę papieru, wyjął rewolwer i kazał podpisać zrzeczenie się praw do firmy. Nawet nie protestowały. I tak miały szczęście, że pozwolił im potem u siebie pracować. Zwolnił je z hukiem dopiero, gdy się dowiedział, że są praktykującymi ewangeliczkami. Wkrótce zresztą agencja upadła, a jej właściciel przerzucił się na znacznie bardziej intratny handel obuwiem i ubraniami w stolicy. W podobny sposób, jak niegdyś ich agencję, przejął kilka sklepów odzieżowych w Tiranie.
Obie dziewczyny są bez stałej pracy. Do niedawna utrzymywały się z tłumaczeń dla misji ONZ w Kosovie, odkąd jednak Kosovo stało się niezależnym państwem, obowiązuje tam zakaz zatrudniania Albanek. Najchętniej by wyemigrowały, formalnie jednak Albania jest krajem demokratycznym i nikt im statusu uchodźcy nie udzieli. Podobnie jak Shaq, recepcjonista z naszego hoteliku, złożyły podania o wizę pracowniczą równocześnie do Grecji, Włoch i Niemiec, i liczą na cud. Ten jednak zdarza się bardzo rzadko. Albańczycy trudno się asymilują, są buntowniczy, nieufni, zamknięci, nawet w USA i w Niemczech żyją w gettach, w których kultywują wielowiekowe waśnie i vendetty. W ambasadach to wiedzą – żali się Shaq – i dlatego traktują nas jak bandytów, przemytników i ludzi mafii. Nevila, Anila, Shaq nie kryją, że wstydzą się kraju swego pochodzenia. Nie tylko zresztą oni.

Bilans

W Tiranie nie ma dziś kotów, psów i ptaków – żali się emerytowany nauczyciel, handlujący olejkiem do opalania przy plaży w Durres. To pozostałość po epoce ortodoksyjnego komunizmu, kolektywizacji rolnictwa i braków w zaopatrzeniu w białko zwierzęce. I chociaż dzisiaj żywności nie brakuje i nawet nie jest droga, niewiele się w życiu zwykłych ludzi zmieniło. Premierem „pro-reformatorskiego” rządu jest Sali Berisha, nadworny lekarz byłego dyktatora kraju, Envera Hoży, a większość stanowisk centralnych sprawują funkcjonariusze tajnych służb komunistycznych. Nadal dominuje strach i nieufność, których symbolem są setki tysięcy bunkrów pobudowanych przez poprzedni reżym w celu odparcia zagrożenia z Zachodu. Komuniści są u władzy od chwili otwarcia politycznego w 1991 roku. Wprawdzie w sześć lat później, z powodu głębokiego kryzysu gospodarczego doszło do wybuchu rebelii i rząd został zmieciony, na miejsce komuny weszła postkomuna. W 2005 roku postkomuniści przegrali w demokratycznych wyborach do opozycji, której przywódcą jest…p. Berisha. Koło się zamyka.
Zanim Albańczycy zorientowali się, że padli ofiarą mistyfikacji, do kraju powróciły tysiące uchodźców i emigrantów, przywożąc z sobą pieniądze i tysiące mercedesów, uchodzących w dzisiejszej Albanii za symbol prestiżu. Śladem tej fali entuzjazmu są właśnie setki stacji benzynowych, opustoszałych myjni samochodowych oraz tysiące przydrożnych kapliczek i nagrobków stawianych w miejscach samochodowych kraks. Za rozwojem i bogaceniem się nuworyszów nie nadąża zmiana mentalności przywykłej od lat do zniewolenia i agresji, albańskiej duszy. Krwiożerczym kapitalizmem nazywa się potyczki gangów narkotykowych czy handlarzy bronią walczących o strefy wpływów. Albania, która była niegdyś światowym rekordzistą jak chodzi o przyrost naturalny (ok. 25-30 promil w latach 1960-1985) od pięciu lat wyludnia się.
Pod pomnikiem bohatera narodowego, Skanderbega, w sercu Tirany matka okłada po twarzy paroletniego synka. Chłopak płacze z bólu i upokorzenia, błaga by przestała. Jesteśmy z Thomasem jedynymi, którzy reagują, zwracając bijącej uwagę. Kobieta spogląda na nas z nienawiścią. Jakiś przechodzień bierze mnie pod łokieć i przez zęby, po rosyjsku radzi aby ją zostawić w spokoju. To jej dziecko – mówi, dodając półgłosem: tu każdy ma przy sobie nóż! Kierowca podmiejskiego autobusu wyrzuca pasażerkę z biletem, za to, że upomniała się o własne miejsce, na którym wygodnie rozsiadł się konduktor. Nikogo to nie dziwi. Nikogo nie oburza. Na przejściu dla pieszych trwa polowanie na pieszych. Rozparci w przechodzonych mercedesach kierowcy nie respektują sygnalizacji. Z przerażeniem w oczach przebiega na zielonym świetle przez zebrę zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Matki Teresy z Kalkuty, którego patronka wydaje się być jedynym wyrazistym autorytetem moralnym Albanii. Tu nie ma świętości, nie ma zasad – skarży się Mario, ministrant stołecznej cerkwi prawosławnej – społeczeństwo jest nieokiełznane, agresywne, panuje chamstwo i mściwość. Siła jest główną „wartością” życia w Albanii niemal tysiąca lat, o czym świadczą pomniki narodowych bohaterów, w stu procentach wojskowych. Na plaży w Durres, w odległości 200 metrów od siebie stoją dwie restauracje o tej samej nazwie: Bunqueri (Bunkry). Żaden z właścicieli nie chce popuścić. Obaj są b. oficerami policji, i choć mają równe rangi, w tej bardziej na lewo lepiej gotują.
Nikt nie mówi o tym kraju dobrze. Po okresie optymizmu, który ochłodził nieco temperament tego wojowniczego narodu, uruchamiając energię, dzięki której powstały stacje benzynowe, myjnie i kafejki, nadeszła frustracja i zawód. Brakuje pieniędzy, inwestycji, elektryczności, rozpadają się drogi i chodniki. Nadzieje na zmianę topnieją z dnia na dzień, emigranci wracają rozczarowani do swych drugich ojczyzn, przeklinając dzień, który ich tu przywiódł. Nieliczni, którzy zdecydowali się pozostać brutalnością i bezwzględnością odreagowują swoje kompleksy z emigracyjnych gett Londynu, Chicago czy Rzymu; z czasów gdy byli nikim, a przynajmniej tak ich traktowano. Do życia w Albanii nie ukrywają swej niechęci nawet dwie hinduskie zakonnice od Matki Teresy. Masy uciekają w bierność albo gotują się w drogę na emigrację, pozostawiając wolną rękę cynizmowi i korupcji. Brak jest inwestorów zagranicznych, brakuje kapitału, Albania jest bodaj jedynym krajem w Europie, w którym nie ma McDonald’sa, nawet TUI, Thomas Cook i Neckerman rezygnują z organizowania wczasów w tanich ośrodkach nad albańskim Adriatykiem. Świadomość izolacji frustruje ludzi jeszcze bardziej.

Jan M. Fijor
„różne” 2009-01-05

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Jan M. Fijor pisze:

    Witam!,
    Poniższa notka została do mnie nadesłana pocztą elektroniczną. Oto co uważa na temat artykułu jego autor:.
    (…)
    Zacznę od tego, że jestem fascynatem Albanii. Odwiedziłem ten kraj już kilkukrotnie.

    Po kraju podróżowałem lokalnymi środkami transportu i „stopem”. Odwiedziłem wszystkie

    miejsca od Alp Albańskich po Butrinti i pogranicze Macedonii.

    Jestem w trakcie pisania pracy naukowej o Albanii i zakładania Stowarzyszenia Przyjaciół

    Albanii w Krakowie.

    Ostatnio padł mi w ręce magazyn Globtroter z artykułem o „Krainie Orłów” tj. Albanii.

    Jestem MOCNO zaskoczony………… Nazwa globtroter kojarzy mi się z osobami

    które nie podróżują taksówkami tylko lokalnym transportem.

    Wyczytałem we wspomnianym artykule kilka zaskakujących mnie informacji.

    Proszę mi powiedzieć od kiedy w Tiranie i Durres niema dworca autobusowego?

    Ja wiem, że w Tiranie są 4 (cztery) dworce autobusowe! w tym jeden zaraz obok

    dworca kolejowego w samym centrum miasta. Dokładnie 5 minut drogi od 

    największego i najsłynniejszego w stolicy placu SKANDERBEGA.

    Każdy dworzec odpowiada za określony kierunek północ, północny-wschód, południe,

    południowy-zachód. Sam z nich wszystkich nieraz korzystałem.

    Tak samo Durres… Dworzec autobusowy znajduje się koło dworca kolejowego.

    Nie umiem zrozumieć jak można pisać artykuł dla pisma podróżniczego

    nie wiedząc takich rzeczy.

    Dlatego bardzo proszę o sprostowanie.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    A to jest to co uważam ja:

    (…) Powiem wiecej, w Tiranie i Durres jest co najmniej 10 „dworcow autobusowych” i trzeba niezle się orientowac w miescie, zeby trafic

    na właściwy kierunek. Specjalizacja jest naprawde waska. Dworzec autobusowy, albo terminal to zwykle jedno duze miejsce, z którego można wyjechac w dowolnym kierunku. Tam takiego we wrzesniu 2008 nie było.
    Co do taksowki, to pojechałem nia z lotniska, bowiem był to nie tylko jedyny, ale i najtańszy i najszybszy srodek lokomocji w drodze do Kruje.

    Gdyby autor notki wczytal się w tekst, to by wiedzial, ze o północy autobusy w Albanii nie jezdza, a spanie na lotnisku nie wchodzilo w gre. .
    Pod względem globtroterstwa nie mam sobie nic do zarzucenia.
    Poruszam się tak, jak mi dyktuje wygoda i interes. W Birmie jechalem taksowka z Rangunu do Bago (2 godzin jazdy) i wcale nie zaluje, gdyz kosztowalo mnie

    to tylko polowe wiecej niż autobus; zamiast 3 dolarow zapłaciłem 5 i trwalo o trzy godziny krócej.

    Globtroterzy podróżują tez niekiedy samolotami, które nie sa wcale lokalnymi srodkami komunikacji.
    Przy doborze srodka lokomocji liczy się czas, koszt, a także rozsadek.
    Z globtroterskim pozdrowieniem

  3. Radek pisze:

    Według najnowszego Lonely Planet Albania jest na liście krajów, które trzeba zobaczyć w 2011 roku:
    http://albania.com.pl/cms/index.php?option=com_content&task=view&id=182&Itemid=1

  4. Kaśka Kos pisze:

    Albania to jedno z najpięknieszych miejsc na Ziemi. Fakt, trochę dzika, niedostępna, biedna, ale cudowna. Mieszkańcy zaś przekochani.

  5. Jan M. Fijor pisze:

    Obawiam się, że Kasia widziała tylko skrawek tej Ziemi, ale Albania
    robi lepsze wrażenie niż by sie. wydawało.

    Uklony

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *