Do góry nogami (I)

chat-dymki
2

Jeśli komuś z czytających tekst tego kawałka wyświetli się do góry nogami, proszę nie regulować komputera. Otóż, piszę te słowa z drugiej półkuli, z Australii, czyli jak wiadomo, po drugiej stronie ziemi, co niejednemu może się wydać „do góry nogami” czy jak kto woli na głowie.

Ekstremalne położenie geograficzne to nie jedyny powód stawiania przeze mnie opisywanych spraw na głowie.
Zacznijmy od pogody. O tej porze, na półkuli południowej panuje lato i dokuczliwe upały. Liczyłem na nie w krótkie, chłodne i dość ponure dni grudnia i stycznia. Od miesiąca poprzedzającego termin wyjazdu obserwowałem doniesienia z drugiej półkuli, grzejąc nimi i ciesząc skołatane brakiem słońca, mrozem i przewlekłą zimą serce. Radowało mi się ono wiadomościami, że od końca stycznia 2009 Australia ogarnięta została akurat rekordowo wysokimi upałami, które w Sydney i okolicy, a więc tam gdzie się szczególnie kierowałem sięgały 40-44 stopni. Tymczasem w dniu lądowania (13 lutego, piątek) słupki termometrów ledwie uporały się z wysokością 15 stopni Celsjusza, a niebo aż po horyzont zasnute było chmurami. Co gorsza, deszcz pada 24 godziny na dobę. Po fali upałów i suszy, której tragicznym żniwem były masowe pożary i śmierć kilkuset obywateli, mówi się o groźbie powodzi. Na Nowej Zelandii, dokąd lecę za kilka dni też jest – w środku lata – globalne oziębienie, tyle, że nie jest aż tak mokro. Czyż świat nie stanął na głowie? Co prawda, pożary buszu nie zostały wywołane wysokimi temperaturami czy jakąś wyjątkową łatwopalnością buszu, lecz podpaleniami – sprawcy już siedzą w kryminale – gdyby nie upały rozmiary spustoszenia nie byłyby aż tak ogromne. Pożarami ogarniętych zostało prawie 400 tysięcy hektarów, a więc obszar równy powierzchni dawnego województwa częstochowskiego, spłonęło doszczętnie 1800 domów, a życie straciło blisko 200 osób. Mimo iż jest to najgorszy pożar australijskiego buszu od ponad 60 lat, nie liczba ofiar, zasięg czy wysokość strat są dla mnie największym zaskoczeniem. Tym, co mnie szczególnie dziwi są rozmiary akcji filantropijnych organizowanych w Australii z przeznaczeniem dla ofiar pożarów buszu. Kwesty odbywają się w restauracjach, na lotniskach, na rogach ulic czy w kościołach. Wczoraj wysłuchałem uroczystego koncertu chóru sydnejskiej opery narodowej, jaki odbył się o 6 rano na schodach monumentalnej budowli stanowiącej od blisko 40 lat symbol tego pięknego miasta. Dochód z imprezy przeznaczony jest także na pomoc ofiarom pożaru. Podobne koncerty filharmoników sydnejskich odbywają się o wschodzie słońca nad Zatoką Sydnejska, przy plaży Bondi i w kilku innych centralnych punktach największego miasta Australii.
Wydawać by się mogło że zamożni Aussies zamieszkujący równie zamożne tereny stanu Victoria (tam gdzie leży Melbourne) swoje domostwa ubezpieczyli i otrzymają teraz sowite wypłaty odszkodowań. Jeśli tak, to po co ta pomoc? Okazuje się jednak, że wielu spośród dotkniętych żywiołem nie ma ubezpieczenia, a jeśli nawet je ma, to i tak rekompensata nie pokryje kosztów odtworzenia utraconego domostwa. Odszkodowania wypłacone będą po cenach nabycia nieruchomości, a renowacje czy odbudowa po cenach aktualnych. Jedne od drugich, z powodu silnych tendencji inflacyjnych różnią się między sobą znacznie.

Obiecałem sobie i znajomym, że będę pisać tego australijskiego bloga codziennie. Niestety okazało się to niewykonalne z bardzo prozaicznej przyczyny. Wtyczka mojego lap topa nie pasowała do kontaktu australijskiego. Wprawdzie wiedziałem to od mojej poprzedniej wizyty down uder, ale kupno adaptera, urządzenia łączącego polską wtyczkę z australijskim kontaktem nie jest wcale łatwe, ani w Polsce ani w Australii. Na szczęście mam kontakty wśród miejscowej Polonii i Lech Nowak, miejscowy informatyk absolwent Politechniki Warszawskiej na wydziale elektroniki odpowiednie urządzenie dostarczył, więc będę mógł pisać.
Każdy, kto kiedykolwiek usiłował wcisnąć wtyczkę swej polskiej (japońskiej) golarki czy lap topa do kontaktu australijskiego wie dobrze, że jest to niemożliwe. Powód? Wyjątkowo złośliwie skonstruowane otwory australijskich kontaktów. Australia nie jest jakimś wyjątkiem. „Oryginalne” wtyczki mają też w wielu innych krajach. Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego w Wielkiej Brytanii, USA, Australii czy innym czołowym kraju wolnorynkowym świata zdecydowano się na całkowicie odmienny kształt kontaktów? Czy myślicie, że to efekt braku koordynacji między lokalnymi urzędami ds. standaryzacji a urzędem regulacji na poziomie globalnym? A może jest to rezultat przywiązania do tradycji? Albo konserwatyzmu czyli przyzwyczajenia? Skądże znowu! Kontakty są inne celowo. Chodzi bowiemo to, żeby nie pasowały do nich wtyczki wyrobów elektrycznych/elektronicznych wyprodukowanych i zakupionych poza granicami każdej z wymienionych potęg wolnorynkowych.

Po co tyle zachodu z tak błahej przyczyny? Nie jest ona wcale błaha. Jest to celowa bariera postawiona ewentualnym użytkownikom sprzętu przez ich krajowe urzędy skarbowe. Jeśli bowiem Smith z Australii czy Wielkiej Brytanii kupiłby lap topa czy telewizor w USA, to by nie tylko oszczędził na jego cenie co najmniej połowę, ale co gorsza ograbił z potencjalnego „zysku” swój ukochany urząd skarbowy, urzędy kontroli i itp. krwiopijców i darmozjadów. Z analogicznych powodów ceny wszystkiego są w Australii, Kanadzie czy Wielkiej Brytanii od 2-4 razy wyższe niż w takich Stanach Zjednoczonych.

Pisane z Australii
Jan M. Fijor
„różne” 2009-02-15

 

Udostępnij mądry artykuł!

Komentarze

  1. Paweł pisze:

    Zycze miłego pobytu w Australii i Nowej Zelandi.

  2. Jan M. Fijor pisze:

    Od dzisiaj jest juz milo. Cieplo, slonecznie, bilety mamy i jedziemy na Fiji. Dziekuje i zycze wszystkim rownie goracych wrazen. JM Fijor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *