Do gory nogami (II)

chat-dymki
0

Chłodno, mokro i daleko od domu – tak można by dziś (15 lutego 2009) w Australii sparafrazować westchnienie rosyjskich wygnańców na Syberię, zwłaszcza gdy ktoś, jak ja, wierząc w prognozy meteorologów spod znaku weather.com wybrał się na antypody w krótkich spodenkach z pół tuzinem T-shirtów. Od tygodnia temperatura nie przekracza 18 stopni, spadając w nocy do 10 i poniżej. Leje niemal nieustannie. Przypominam, że mówimy o kraju, który tradycyjnie uchodzi za pozbawiony wody i na przeważającym obszarze pustynny.

Susza, upały i brak rzek to zasadniczy argument polityczny i społeczny przeciwników zwiększenia wolumenu imigrantów, czego domaga się garstka światłych obywateli Australii świadomych tego, że bez zwiększenia populacji kraju, która liczy zaledwie ok. 20 mln mieszkańców nadejdzie jego naturalny kres.

Odpowiedzią na zakaz imigracji jest imigracja nielegalna.
Kilka lat temu rząd premiera Johna Howarda postawił w stan pogotowia armię, aby za wszelką cenę powstrzymała lądowanie pół tysiąca imigrantów z sąsiedniej Indonezji. Od tego momentu głównym zagrożeniem, z jakim walczy australijskie wojsko jest ewentualny najazd nielegalnych emigrantów. Sprawom walki z nielegalną imigracją poświęca uwagę australijski parlament od lat. Przeciętny Australijczyk przekonany jest, że na jego egzystencję czyhają miliony dzikusów z Azji i Afryki, którzy chcą zniszczyć spokój i dostatek down under. Armia trzyma potencjalnych imigrantów na odległość strzału. Schwytani recydywiści, czyli osobnicy usiłujący po raz kolejny przedostać się do Australii nielegalnie a zwłaszcza schwytani organizatorzy nielegalnych transportów imigrantów do Australii przetrzymywani są na wyspie Nauru, na Pacyfiku, która pełni rolę analogiczną do amerykańskiego Guantamo.

Jerome, dla znajomych Joe (lat 57) mieszkaniec miasteczka Cessnox, dla którego najwłaściwszym określeniem jest: dziura jest dumny z tego, że od ponad 10 lat, licząca niewiele ponad 20 tysięcy dusz populacja jego gminy spada. Zapomniał nawet o tym, że w 2003 roku, kiedy susza dotknęła jego farmę, musiał sprzedać ziemię, bo nie tylko nie miał pieniędzy na jej utrzymanie, ale co gorsza nie było komu tego robić. Na całe szczęście Jerome jest alkoholikiem i rząd australijski przyznał mu status osoby chorej, dzięki czemu nasz ex-farmer uprawniony jest do renty inwalidzkiej w wysokości ok. 1000 dolarów australijskich miesięcznie (ok. 2200 zł), co przy aktualnych cenach (dwukrotnie drożej niż w Unii, trzy, cztery razy drożej niż we Polsce) jest stawką głodową. Poglądy ludzi takich jak Joe wyznaczają politykę imigracyjną rządu w Canberze, który chroni Aussies od niechcianych przybyszów.

Bo australijski rząd jest bardzo opiekuńczy. Australijczycy muszą przykładowo jeść banany wyłącznie australijskie, bo dlatego ten sposób urzędnikom wydaje się, iż chronią miejscowych plantatorów. Ile taka ochrona kosztuje przekonali się konsumenci, gdy pod koniec 2008 roku część australijskich plantacji padła ofiarą pożaru. Z braku bananów, przy jednoczesnym protekcjonizmie, zakazującym (albo utrudniającym) import musieli za te – bodajże najtańsze owoce świata – płacić po 10-12 dolarów australijskich za kilo czyli ok. 25 zł. Tymczasem w zasięgu 10 dni rejsu znajdują się najlepsze w świecie banany ekwadorskie, przed którymi rząd chroni plantatorów. Ale dlaczego nie chroni konsumentów? Bo australijska elita władzy ma swoisty pogląd na to co dobre, który można by scharakteryzować mniej więcej tak: dobre jest to, co służy urzędnikom i politykom. Pod tym względem Australia nie odstępuje od reszty świata, może tylko z tą różnicą, że w Sydney, Brisbane czy Adalaide starają się wmawiać ludziom, że to czego chce gmina, stan czy rząd federalny służy dobru obywateli. Wytłumaczenia te przybierają niekiedy postać groteskową.
Elisabeth, sąsiadka przyjaciół, u których zatrzymałem się podczas pobytu w Sydney procesuje się od ponad roku z władzami gminy, które pod groźba uwięzienia kazały jej zamurować (w i końcu same zamurowały) okno w sypialni jej nowego domu, tłumacząc to troską o jej rachunek elektryczny. Bez okna – zdaniem urzędników – p. Elizabeth będzie zużywać rzekomo mniej energii na klimatyzację. Na klimatyzację może tak, ale za to więcej kosztować ją będzie oświetlenie mieszkania. Urzędnicy za nic mają argument właścicielki, że to okno jest jej potrzebne po to, by mogła przez nie oglądać z sypialni to, co dzieje się w jej bujnym ogrodzie na tyle domu.
Pewien mieszkaniec miasteczka Berowra w Nowej Południowej Walii procesował się z władzami gminy kilka lat o to, żeby pozwoliły mu usunąć kilka krzewów, których korzenie wrastały w rury kanalizacyjne, mury, a nawet betonowy podjazd do domu i nikt nie potrafił tej dewastacji przeciwdziałać. Władze gminy oponowały, utrzymując, że zieleni w Australii mało i tę która jest trzeba zostawić przyszłym pokoleniom. Zdesperowany Berowranin krzaki mimo wszystko wyciął bez pozwolenia (i przy pomocy nielegalnego imigranta) za co został postawiony w stan ciężkiego oskarżenia. Groziła mu grzywna w wysokości kilkunastu tysięcy dolarów, a nawet więzienie. I oto zdarzył się cud. Sędzia uznał argumenty obywatela, co więcej, odrzucił uzasadnienie władzy, uznając je za idiotyczne; gdybyśmy chcieli chronić wszystko dla przyszłych pokoleń – powiedział wydając wyrok uniewinniający – pokolenia żyjące obecnie umarłyby z głodu. To nie wszystko. Decyzją sądu regionalnego nie tylko sprawcę „dewastacji środowiska” od zarzutów uniewinniono, ale na dodatek, zdjęto z urzędu radę gminy w miasteczku Berowra za to, że zbyt rygorystycznie stosowała zakazy. O takim sądzie jak w Australii możemy jedynie pomarzyć, ale też nasz system sprawiedliwości – w przeciwieństwie do australijskiego – nie kształtowała niestety brytyjska tradycja wolności i poszanowania praw jednostki.

Niestety, sądy, które nie wahają się zrzucić z urzędu wybranych w wyborach przedstawicieli ludu, za to, że temu ludowi psują kred i dokuczają nie pozwalają na zmianę istniejącej ustawy imigracyjnej, zakazującej wjazdu do kraju ludzi, którzy rozwiązaliby trapiący Australię i Australijczyków problem rąk do pracy. Ta sama brytyjska tradycja wolności zakłada bowiem, że Australia ma być spokojna, cicha i „taka jak kiedyś”. Sędziów nie przekonuje nawet to, że w czasie ostatnich pożarów buszu w okolicach Melbourne brakowało ludzi do gaszenia pożarów, podobnie jak brakuje ich teraz przy ratowaniu powodzian w stanie Quinsland. I dlatego, na terytorium wielkości Europy, która jest w stanie pomieścić ponad 800 milionów ludzi, godzą się jedynie na dwudziestomilionową garstkę. Ciekawe jaki kataklizm zdoła zmienić ten sztywny pogląd.

Tak jak dawniej
Jan M. Fijor
„” 2009-02-20

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *