Do góry nogami (III)

chat-dymki
0

Na promie z Auckland na wyspę Waiheke, która zarazem pełni rolę jednego z bardziej wziętych przedmieść największej metropolii Nowej Zelandii (milion mieszkańców, czyli 25 procent populacji kraju), a także swoistą atrakcję turystyczną miasta (winnice, plaże i żeglarstwo) poznaję sympatycznego Anglika, o poczuciu humoru jakby żywcem wyjętego z kabaretu Monthy Pyton. Wyróżniał się z tłumu turystów, którzy w milczeniu – na podobieństwo sympatycznych owieczek – przemierza świat kartka po kartce według przewodnika Lonely Planet czy Pascala. Nawet na antypodach, które oryginalnością i oddaleniem od normalnego świata stanowią dla podróżującego swego rodzaju wyzwanie, gros wycieczkowiczów to ludzie starsi pozbawieni już naturalnej ciekawości świata, który zwiedzają, bo mają czas, pieniądze i wiedzą, że tak wypada, albo nudziarze z Niemiec czy Skandynawii testujący swe nowe plecaki lub obuwie trekkingowe. Ludzi z błyskiem w oku, rozumiejących świat, zafascynowanych jego różnorodnością i pełnych niecierpliwych pytań jest bardzo niewielu.

Takim człowiekiem okazał się właśnie poznany na promie na Waiheke Anglik. Miał ten błysk, cięte poczucie humoru, inteligentne pytania i bezpośredniość, która w kulturze anglosaskiej należy raczej do rzadkości

Po kilku uwagach o charakterze ogólnym na temat globalnego ocieplenia/ochłodzenia, poprawności politycznej i urodzie Nowej Zelandii przeszliśmy do konkretów. Przedstawił się; miał na imię Norman, pochodził z Londynu i był emerytowanym lekarzem kochającym podróże. Przedstawiłem się i ja, nie przypuszczając, że moje pochodzenie zrobi na nim takie wrażenie. Dowiedziawszy się, że jestem z Polski westchnął i powiedział po polsku: „Dzień dobry, ja też jestem Polakiem”, a dokładniej, jest synem polskiego Żyda. Ojciec Normana urodził się w Łodzi w rodzinie asymilowanych polskich Żydów, podobnie jak mój rozmówca był lekarzem, lekarzami byli także: dziadek i pradziadek Normalna, jego babka, matka i kilka ciotek. Na kilka miesięcy przed przyjściem na świat syna, w 1928 roku, nie widząc dla siebie perspektyw – jak to delikatnie ujął Norman – ojciec, dr Adam Zylberstein wyjechał w świat, czyli właśnie do Anglii, gdzie urodził się i mieszkał całe swoje życie Norman. Dzięki emigracji do Anglii stali się jedynymi przedstawicielami rozległej rodziny, którzy przeżyli wojnę. Całą, blisko godzinną podróż na wyspę zajęły nam rozmowy o muzyce Szymanowskiego i Lutosławskiego, poezji Szymborskiej i pisarstwie Schulza, o tym, że Dell przenosi właśnie fabrykę komputerów z Wielkiej Brytanii do jego rodzinnej Łodzi i innych sprawach, do których dr Norman, który w ostatnich 20 latach Polskę odwiedził parokrotnie, ma sentyment i sympatię.
Takie niecodzienne spotkania niecodziennych ludzi to kwintesencja i urok włóczenia się po świecie, to dla mnie niewątpliwie główny sens podróżowania. Poznajesz ludzi, którzy zapadają w twej pamięci na zawsze. Piszesz do nich, dostajesz od nich mejle, listy, od czasu do czasu rozmawiasz z nimi. Są różne rodzaje podróżowania; jedni, jak Arkady Fiedler odkrywają niedostępne jaskinie, rzeki czy plemiona; inni, jak Elżbieta Dzikowska i Tony Halik poszukują śladów starych kultur czy cywilizacji, a mnie najbardziej cieszy ten wielki mały świat, na którym poznaję ludzi takich, jak Cristobal Zawadzki b. minister w rządzie Kostaryki, prof. Marius Barnard, kardiochirurg z RPA, Raul Alfonsin b. prezydent Argentyny czy właśnie Norman S., polski Żyd z Łodzi to znaczy z Londynu. Nie muszę dodawać, że wymieniliśmy z Normanem adresy, mejle i umówili się na spotkanie w Warszawie.

Podobnie było kilka dni później, gdy na trasie Auckland – Fiji siedziałem obok pewnego Hindusa – jak się potem okazało – biznesmena z Singapuru, który swoje dzieciństwo spędził w…Polsce, gdzie z latach 1988 – 1993 jego ojciec był ambasadorem Indii. Ravi jest dziś partnerem w brytyjsko – włoskiej firmie software’owej specjalizującej się w outsourcingu i zniechęcony niepowodzeniami współpracy z programistami indyjskimi i australijskimi zamierza właśnie sięgnąć po fachowców z Polski. Tak mu doradził…Lech Wałęsa, z którym rodzina Raviego utrzymuje kontakty do dziś. Rok temu w czasie podróży do Birmy, moim sąsiadem w samolocie z Bangkoku był Sabrin, Indonezyjczyk, prezes dużej firmy handlowej, a jednocześnie absolwent gimnazjum prowadzonego w Dżakarcie przez polskich salezjanów. Sabrin umiał się modlić po polsku i znał Mickiewicza. Kiedy indziej, w Wietnamie trafił mi się kapitan żeglugi wielkiej, absolwent szkoły morskiej w Gdyni. Marcia, pracowniczka działu odprawy pasażerskiej lotniska w Sydney, dowiedziawszy się, że jestem z Polski „przesunęła” mnie dyskretnie w klasy ekonomicznej do biznesu, a Stella z Air New Zealand, której mąż Słowak urodził się w Popradzie, po drugiej stronie Tatr przekonała szefa pokładu, aby mi sprezentował firmowy koc, bo od lat kolekcjonuję koce linii lotniczych.

Wbrew pozorom Polska i Polacy mają swoich sympatyków w świecie. Zwłaszcza w rejonach, w których stanowimy interesującą mniejszość. Ci bezimienni ambasadorowie mogliby nam nieraz pomóc, nie robią tego, bo prawie nikt się nimi nie interesuje. Mało kogo obchodzą, nikt nie sięga po ich wiedzę, nie korzysta z ich doświadczeń, a zwłaszcza życzliwości. Trudno się zresztą dziwić, krajowa „elyta” władzy po świecie mało podróżuje, języki zna słabo, a problemy innych ludzi – poza bliską rodziną i towarzyszami partyjnymi – obchodzą ją umiarkowanie.
W analogiczny, równie bezsensowny sposób tracimy kontakt z innym cennym skarbem, jaki stanowi polska diaspora, zwana niekiedy Polonią, ale to jest już temat na inne opowiadanie.

Duży mały świat
Jan M. Fijor
„” 2009-02-20

 

Udostępnij mądry artykuł!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *